Pobyt w Ułan Bator skończył się praktycznie tak samo, jak poprzedni. Planowałem zostać u Jasona kilka dni, a ostatecznie wyjechałem po tygodniu. Tak naprawdę podświadomie chyba się z tym liczyłem. Nic mnie nie poganiało (chińska wiza liczy się od momentu przekroczenia granicy), dobrze mieszkało mi się w UB, więc w sumie czemu bym miał wyjeżdżać?
Po przyjeździe do Jasona zacząłem od odgruzowania plecaka i zrobienia ogromnego prania. Najchętniej włożyłbym do pralki cały plecak, ale się nie zmieścił. Nie chodziło o zwykły brud, ten po pobycie na farmie przestał mi przeszkadzać. Po raz kolejny chodziło o stepowy pył. Był w każdym zakamarku mojego bagażu. Po transporcie na pewnym pickup'ie sytuacja była już całkowicie beznadziejna. Do pralki wrzuciłem tez buty. Po wyjęciu okazało się, że jednak mają jakiś kolor i ważą zdecydowanie mniej bez ubitego w nich kurzu. Gdy wyszedłem z łazienki w czystych ciuchach, Jason wydał okrzyk zdziwienia. Powiem szczerze, że sam chyba lepiej czułem się w swoim 'wiejskiej wersji'.
Oprócz mnie w mieszkaniu był jeszcze jeden Couchsurfer. Ranger z Kalifornii podróżował od dawna, a jako że tak naprawdę nie ma już domu w Stanach, planuje niedługo osiedlic w Bośni. Jednym słowem znalazł swoje miejsce podczas podróżowania i już wie, gdzie chce spędzić resztę życia. Był on raczej domatorem. Przez 4 dni nie wyszedł z mieszkania Jasona. Co kto lubi.
Trójka chłopów w kuchni. Ranger nie był odporny na cebulę ;)
Uwielbiam wracać w swojej podróży drugi raz do tego samego miasta. Wszytko się zna, wie się w jaki autobus wsiąść, gdzie zrobić tanie zakupy i jak wrócić do domu. Sytuacja tak rzadko spotykana w czasie ciągłego przemieszczania się. Napawałem się więc możliwością zwykłego przebywania w jednym miejscu i posiadania miejsca, gdzie codziennie się wraca. Rzeczy, których nie ma szans docenić mieszkając w Polsce. Narzekamy, że szkoła, że studia, że praca, ale zawsze na noc zawsze wraca się do ciepłego i bezpiecznego domu. Myśleliście kiedyś co by było, gdyby codziennie po dniu pracy czy szkoły trzeba rozkładać namiot lub prosić ludzi o nocleg? Jedna z zalet życia w mieście, których naprawdę nie można docenić mając je na codzień.
Wstawałem więc codziennie rano, brałem ciepły prysznic i robiłem ogromne śniadanie. Siedziałem chwilę z Rangerem, graliśmy partię albo dwie Backgammona, po czym ruszałem na miasto. Bynajmniej nie żeby zwiedzać. Łaziłem bez celu, odkrywałem nowe uliczki i małe dzielnice. Wchodziłem do przypadkowych sklepów, przeglądałem książki w księgarni, siadałem na ławce, przyglądałem się pędzącym ludziom. Gdy już trochę zmarzłem, zazwyczaj szedłem do mojej ulubionej piekarni, kupowałem ulubioną drożdżówke z szynką i cebulą, zaglądałem do ulubionej kawiarni, zamawiałem ulubione latte orzechowe i siadałem w ulubionym miejscu w rogu. Czytałem książkę i przeglądałem przewodnik po Chinach.
Ulubiona kawa, ulubiona drożdżówka, ulubiony stolik i ulubiony przewodnik
To się nazywa zagracić sobie garaż!
Facebook Shop, czyli porządny marketing spożywczaka
Potem wracałem do domu, sprawdzałem co by trzeba dokupić na obiad, robiłem małe zakupy. Czasem gotowałem ja, czasem Jason, czasem jeszcze ktoś inny, kto akurat nas odwiedził. Następnie rozsiadaliśmy się na kanapie i odpalaliśmy jakiś film. Czasem było to coś wartego uwagi, a czasem arcydzieła typu Trasformers lub Zombie-bobry (Zombeavers, gorąco polecam). Z Jasonem byliśmy też fanami nocnych spacerów po objedzeniu się do nieprzytomności. Często jednak kończyły się one na rundce dookoła bloku. 'Uuu, dzisiaj za zimno...' 'Yep, odwrót!'. Jak widzicie opisanie jednego dnia w mieście zajęło mi jeden akapit, a jednego dnia w jurcie - kilka razy więcej. Przypadek? Nie. Po prostu zwykła miejska nuda. Ktoś powie 'Ha! Wreszcie Kotlet się nudził! Dobrze mu tak.' Owszem, nudziłem się. Czy nuda może mieć pozytywne znaczenie? Jak najbardziej. Co jakiś czas i NA jakiś czas jest bardzo wskazana. Ok, ktoś inny powie 'Przecież zażyłeś już monotonii na farmie, po co ci więcej?'. Owszem po raz drugi. Nuda miejska jest jednak czymś zupełnie innym. Miasto daje komfort poczucia bezpieczeństwa i nie martwienia się o rzeczy przyziemne, o którym na wsi możemy tylko pomarzyć.
'Mała przekąska'
Polskie kopytka w wydaniu mongolskim
Indyjski garnek ciśnieniowy ochrzczony przeze mnie 'Bomba'. Bez niego nic by się nie udało...
Wieczorami chodziłem też z Jasonem na lekcje angielskiego. Nie z dziećmi, które wcześniej uczyłem w zwykłej szkole, ale w pełnoprawnej szkole językowej. Brał mnie tam trochę jako maskotkę. Gdy uczniowie byli znudzeni zwykłym materiałem, pojawiał się Jasonowy as w rękawie w postaci Kotleta, jego opowieści i pokracznych rysunków na tablicy. (Swoją drogą kiedyś jedna z uczennic podsumowała mnie 'Matt, your drawings are really bad'. Pozbawiła mnie tym samym złudzeń na pozostanie w przyszłości Van Goghiem). Odpowiadał mi taki układ, bo mogłem się ruszyć z domu i zrobić coś ciekawego. Jednego dnia sytuacja jednak trochę się skomplikowala. Pewien nauczyciel nie dotarł do szkoły, a jako że Jason cały czas przedstawiał mnie całej kadrze, wspólnie uradzili że będę idealnym zastępcą na te kilka lekcji. Co innego opowiadać o jakichś pierdołach, a co innego prowadzić lekcje, za które ludzie płacą grubą kasę. Na jednych zajęciach szczęśliwie była kolej na książkowe konwersacje. Temat 'Radio'. Dosyć szybko jednak opuscilismy podręcznikowe ryzy i skupiliśmy na legalności piractwa w Mongolii i tym podobnych rzeczach. Kolejna lekcja była cięższa, gdyż mały chłopak przez 4 lata mieszkał w Stanach i jestem prawie pewien, że mówił po angielsku lepiej ode mnie. Rodzice chcieli, żeby nauczył się gramatyki, co sprowadzało się do wprowadzania gramatycznych nazw konstrukcji, które bardzo dobrze znał. Bezsens. Przyszedł akurat czas na ćwiczenia czytania ze zrozumieniem. Jest to bardziej kwestia inteligencji, więc z racji różnicy wieku mogłem triumfowac i udawać prawdziwego nauczyciela. Po tych zazwyczaj trzech godzinach lekcji byliśmy z Jasonem wykończeni i wracając do domu rozmawialiśmy tylko o tym co sobie zrobimy na kolację i jak ogromne porcje zjemy. Nasze kulinarne popisy zwykle trwały do późnych godzin nocnych.
Jason nauczyciel
Kotletowe studentki
Dokładnie tak
Akapit zamułki. Przed podróżą wiedziałem, a w sumie bardziej miałem nadzieję, że spotkam fajnych ludzi i zostaniemy znajomymi na dłużej. Nie podejrzewałbym jednak, że będę mógł nazwać kogoś przyjacielem. Gdyby ktoś mi powiedział, że będzie to Hindus mieszkający w Mongolii to bym go wysmial. A jednak. Niesamowite, że tak naprawdę po łącznie niecałych dwóch tygodniach spędzonych razem zaczelismy sie dogadywać praktycznie jak wieloletni przyjaciele. Niejednokrotnie prowadziliśmy długie rozmowy na tematy, których nie poruszam nawet z niektórymi moimi znajomymi w Polsce. Po prostu kolejny dobry człowiek na mojej drodze, który dodatkowo okazał się mieć ze mną wiele wspólnego. Pod koniec pojawił się szalony pomysł. Jason w przyszlym roku będzie miał 1,5 miesiąca wakacji. Chce wtedy odwiedzić siostrę w Anglii. Pomyśleliśmy, że może pojechałby stopem w odwrotnym kierunku i zaglądnął do Polski. Może mało realne, ale fajnie mieć nadzieję, że spotkamy się jeszcze w tym życiu.
Polak, Hindus - dwa bratanki
Pod koniec mongolskiej przygody wpadłem na teoretycznie genialny pomysł. Potrzebowałem wysłać trochę rzeczy do Polski. Przede wszystkim optymistycznie pozbyłbym się grubej kurtki, kilku ciepłych rzeczy i niektorych, które okazały się zbędne. Chciałem trochę odchudzić plecak. Proces ten zacząłem już w Hatgal, gdzie wyrzuciłem moje sandały (szczęśliwym zrządzeniem losu wziąłem przez przypadek stare, które już i tak się rozlatywały). Miałem ową paczkę zrobić w Chinach, ale natchnęły mnie te rodzime produkty w sklepach. Jakoś musiały się tu dostać. Obdzwoniłem więc wszystkie polskie firmy występujące w Mongolii. Chciałem dostać kontakt do jakiegoś tirowca, który wracająco mogłby zabrać moją przesyłkę. Niestety okazało się, że większość firm używa koleji lub statków do Chin. Jeden pan poinformował mnie, że czasem wysyłają tiry, ale tylko w lecie. 'Panie, wie pan jak tam jest teraz zimno? Te przetwory by nam zamarzły po drodze.' Pomysł jednym słowemł nie wypalił.
Kilka razy przedłużałem mój pobyt w UB. 'Ok, jutro jadę'. Oszukiwałem się chwilę, po czym z Jasonem uznawaliśmy, że jeden dzień mnie nie zbawi. Perfekcyjne miejsce do zostania na dłużej? A jednak wyjechałem i znowu jestem w drodze. Powód taki sam jak na wszystkich etapach podróży. Ostatnio w książce, którą czytałem natrafiłem na fragment wręcz idealnie to opisujący. 'Jakie się ma uczucie, kiedy wyjeżdża się od ludzi, a oni nikną powoli na równinie, aż w końcu widać tylko rozmywające się punkciki? - że zniewala nas za duży świat i że to jest pożegnanie. Ale człowiek wypatruje już kolejnej szalonej przygody pod tym samym niebem.' Spakowałem więc wszystko co mi potrzebne do życia do plecaka, zjadłem ostatnie indyjsko-mongolskie posiłki i ruszyłem na rogatki miasta. Tym razem te południowe. Wciągnąłem powietrze, poczułem znajomy dreszcz emocji, a uśmiech sam pojawił się na twarzy.
Nie miałem planu, bo wiedziałem że autostop w Mongolii jest nieprzewidywalny. Wiedziałem tylko, że do granicy chińskiej mam mniej więcej 700km. Mniej więcej, bo Mapy Google uważają, że przejechać do Chin się nie da i nie wyznaczają takiej trasy. Pierwszych kilku kierowców nie wyróżniało się niczym ciekawym. Może oprócz taksówkarza, który wziął mnie za darmo. O dziwo na odcinku do granicy nie było aż takich problemów z uświadomieniem ludzi, że nie chcę płacić. Może ten rejon choć trochę rozumie ideę autostopu...
Jeśli kiedyś mówiłem, że na północy Mongolii nic nie ma to teraz biję się w pierś i przepraszam za pomyłkę. Tam jest przynajmniej Coś w postaci gór. Na południu nie ma nawet ich. Bezkres stepu aż po horyzont, linia kolejowa wzdłuż drogi i czasem jakiś martwy, potrącony dziki koń w rowie. Do tego praktycznie idealnie gładka droga. Wszystko to przypominało mi raczej filmy amerykańskie niż Mongolię. Na całej trasie 700 km są dwa 'miasta'. Rozłożone w miarę równych odstępach, chyba żeby jakoś na niby zapełnić tą przestrzeń. Stopowanie nie szło najlepiej. Około 14 byłem dopiero w połowie drogi do granicy. Miałem przed sobą do przebycia jeszcze kawał drogi przez pustynię Gobi. Praktycznie zero samochodów (w sumie kto przy zdrowych zmysłach jechałby przez pustynię bez celu) napawało mnie jak zwykle lekkimi obawami o nocleg. 'Do tej pory sobie radziles to i teraz jakoś pójdzie'. Pustynia niespecjalnie zmieniła krajobraz. Nie we wszystkich miejscach jest to piaszczysta Sahara, przez większość trasy po prostu dalej ciągnie się step. Jedyną zmianą było zastąpienie koni przez wielbłądy. Przez chwilę pojawiła się myśl, że taka szaleńcza jazda na dromaderze mogłaby być jeszcze ciekawszym doświadczeniem niż koń Rafał. Głowę zaprzataly mi już jednak Chiny i lekkie ocieplenie, więc nie zamierzałem zmieniać planów.
Wielbłądy. Musicie mi uwierzyć na słowo
Kotlet czeka na Gobi.
Kotlet jedzie przez Gobi.
Ostatni stop był szczęśliwie najdłuższy, jednak do granicznego Zamiin Uud dojechałem juz po zmroku. Na mapie miejscowość wyglądała na zabitą dechami, jednak wpływ Chin zrobił swoje i wjechałem do mini metropolii z neonami. Miałem szczerą chęć jeszcze tego samego dnia przekroczyć granicę, jednak okazało się, że Chińczycy cenią sobie prywatność i na noc się zamykają. 'Ok, no to utknąłeś, teraz myśl gdzie spać'. Zaryzykowalbym z namiotem, ale nie miałem ochoty na kikunastokilometrowy spacer na obrzeża miasta. Z 'pomocą' oczywiście przyszło kilku Mongołów z propozycjami hoteli od 70 zł wzwyż. Podziękowałem i zaglądnąłem do prawie niezawodnego przewodnika LP. Coś jest, w dodatku niedaleko. Jak zwykle tanie miejsca są mocno schowane, ale ostatecznie znalazłem niejaki hostel Jantin. Mieścił się w budynku kolejowym. Cierpliwie odrzuciłem drogie propozycje recepcjonistki i wskazałem palcem na cenniku, że interesuje mnie ta pozycja na samym dole. 15 zł za pokój wieloosobowy, w którym oczywiście nikogo nie było, zadowalalo mnie calkowicie. Rzuciłem się na łóżko i rozmyślałem o wszystkim co mnie spotkało w tych mongolskich stronach. Myśli te zostały jednak szybko zastąpione innymi. Chiny. Kto by pomyślał, że jestem już tak blisko. Jeszcze tylko jeden dzień i będę w kraju, który zawsze wydawał mi się końcem świata. Podróż nie przestaje zaskakiwać. Jedziemy dalej!
Będzie tylko o jednym dniu z życia Kotleta, ale za to z niesamowicie ciekawym dla mnie doświadczeniem.
Jason, u którego zatrzymałem się w UB i zasiedzialem trochę, bardzo dobrze zna angielski. Z tego powodu, oprócz pracy w wolontariacie, dorabia sobie też ucząc angielskiego w mongolskiej szkole. Pewnego (kolejnego już...) dnia mojego pobytu padło takie pytanie:
- Hej, Matthew (Mateusz jest zdecydowanie za trudnym imieniem dla obcokrajowców), co robisz dzisiaj popołudniu?
- Pomyślmy... Prawdopodobnie... Tak! Nic! - od kilku dni napawałem się po prostu zwykłym mieszkaniaem w Ułan Bator.
- To może byś to przełożył i poprowadził lekcje angielskiego dla dzieciaków w szkole?
Najpierw trochę mnie zamurowało. Dogaduję się po angielsku, ale żeby prowadzić lekcje chyba trzeba trochę większych umiejętności. W sumie nie wiedziałem nawet na jakim oni są poziomie. Jason zapewnił mnie jednak, że gramatyki i ósmego czasu zaprzeszłego nie będę musiał wykładać. 'Po prostu z nimi pogadasz, opowiesz coś, nauczysz słówek'. Łatwo mu było mówić, jak robi to od kilku lat. Jednak w myśl pierwszej rzeczy na liście 'nauczone podczas podróży' zgodziłem się, zanim pojawiły się większe wątpliwości. W końcu uczenie w mongolskiej szkole to doświadczenie, które już raczej się nie powtórzy. Jason poszedł na dwie godziny do pracy, a po jego powrocie mieliśmy ruszyć do szkoły. Zostałem sam w domu. 'No to trza by się chyba jakoś przygotować...' - pomyślałem. Niestety laptop Jasona nie chciał się z jakichś powodów uruchomić, więc nie mogłem przygotować nawet jakichś ciekawych zdjęć. Po raz kolejny uznałem 'jakoś to będzie' i zamiast przygotowań uciąłem sobie drzemkę.
Do szkoły dotarliśmy z 15-minutowym opóźnieniem, ale dzieciaki (przekrój od 12 do 16 lat, więc już nie takie dzieciaki...) grzecznie na nas czekały. Jason przedstawił mnie po czym zostawił na ich pastwę. Wiedząc z doświadczenia, że samym gadaniem nie zasłużę na uwagę, odpaliłem laptopa i pokazałem mapę świata. Oczywiście pierwsze pytanie czy wiedzą co to jest Polska. Ktoś słyszał - nie jest źle. To teraz gdzie leży. 'Gdzieś w Europie'. Też nie najgorzej. Ostatecznie została zlokalizowana jako państwo pomiędzy tą gigantyczną rosyjską plamą na mapie, a Niemcami, o których większość słyszała. Pierwsze cukierki rozdane, uwaga przyciągnięta.
Później postanowiłem opowiedzieć trochę o swoich studiach. Poopowiadalem więc jak to przez pięć lat pilnie uczyłem się jak wybudować most. Równocześnie starałem się wplatać jakie nowe słówka i wyciągać od nich te, które już umieli. Od mostów gładko przeszedłem do środków transportu, tylko po to żeby uświadomić ich że istnieje jeszcze jeden sposób podróżowania, o którym nie mają pojęcia. Nazywa sie autostop. Miałem pewność, że go nie znają bo kilka dni wcześniej bezskutecznie próbowałem wytłumaczyć jego zasady być może ich rodzicom. Oczywiście nie mogłem ominąć najlepszej części podróży, czyli Mojego Miejsca. Było to strzałem w dziesiątkę. Historią przedzierania się przez las, rozbijania obozu i przebywania z dala od ludzi udało mi się zaskarbić ich sympatię. Oczywiście wszystko uwiarygodniłem zdjęciami.
Profesjonalne nauczycielskie rysunki
Czas szybko leciał, więc porzuciłem wizje przeróżnych podróży i zaproponowałem grę. Miałem ze sobą Dobble. Może ktoś z Was zna, to taka prosta gra karciana o bardzo wysokim wskaźniku towarzyszących jej emocji. Była idealna na tą okazję, bo wymagała nazywania przedmiotów. Oczywiście po angielsku, więc najpierw przerobilismy wszystkie niezbędne słowa. Tak jak liczyłem emocje sięgały zenitu, dodatkowo podsycane przeze mnie cukierkami dla zwycięzców. Reszta z półtoragodzinnej lekcji minęła w oka mgnieniu. Na koniec jeszcze wspólna fotka, 'Thank you, teacher' i można było rozejść się do domów. Zaomnialbym. Wesoła gromadka sporządziła dla mnie listę mongolskich dań, których muszę spróbować. Wszystko ładnie spisane po mongolsku, więc będzie czym machać w jadłodajniach.
'Hitler' - pupil jednego z uczniów
Myślę, że było to doświadczenie, które będę pamiętał całe życie. Przyznam szczerze, że miałem trochę obaw, ale koniec końców świetnie się bawiłem! Myślę, że dzieciaki też były zadowolone, sądząc po ich śmiechu, gdy prezentowałem moją wyprawę przez las i odpędzanie węży kijem (w jego charakterze wystąpiła miotła). Możliwość uczenia mongolskich dzieci pewnie już nie powtórzy się w moim życiu, chociaż kto wie...
'Ok, jestem w Mongolii. Fajnie!' Popatrzyłem w lewo - step, w prawo - step, prosto - pusta droga. 'Tiaaa... No to co dalej?' Podrapałem się po głowie i z tego wszystkiego usiadłem na plecaku. Tak mniej więcej zaczął się mój pobyt w tym kraju. Może zanim napiszę co było dalej przytoczę kilka faktów o tym państwie. Wtedy jeszcze nie z wszystkich zdawałem sobie sprawę i dlatego mój pierwszy dzień tutaj był naprawdę ciężki.
Wrota do Mongolii
Mongolia jest krajem ogromnym. Powierzchnię ma około 5 razy większą niż Polska. Na tej przestrzeni żyje około 2,7 miliona ludzi, czyli tyle ile w Warszawie razem z Krakowem. Dodatkowo z całej tej populacji blisko połowa żyje w stolicy - Ułan Bator. Jednym słowem Mongolia jest jednym z najsłabiej zaludnionych krajów świata. Idziemy dalej. W Polsce narzekalismy, że wybudowano tylko kilka tysięcy kilometrów autostrad. W Mongolii jest około 800km utwardzonych (co nie znaczy, że wszystkie są wyasfaltowane) dróg. Oczywiście wszystkie skoncentrowane są przy stolicy i na trasie przelotowej Rosja - Chiny. W Mongolii, poza stolicą, nie ma czegoś takiego jak posiadanie ziemi. Jeśli jakiś skrawek ci się podoba to po prostu rozkładasz tam swoją jurtę (o nich później), sadzisz zboże (tylko ono ma szansę tu wyrosnąć), wyganiasz krowy, konie i owce na stepy i zaczynasz życie. Gdy ci się znudzi, przenosisz się kilka lub kilkaset kilometrów dalej. Ten 'skrawek' to zazwyczaj 'od tej góry na horyzoncie do tej którą ledwo widać po drugiej stronie'. To nie koniec. W centralnej Mongolii praktycznie nie ma drzew. Gdziekolwiek okiem sięgnąć tylko suche trawy. Nie można więc liczyć na jakikolwiek cień. Ciężko znaleźć też rzekę, czasem trafi się jezioro z wodą o wątpliwej przydatności do spożycia. Z grubsza już macie przed oczami ten obraz? To teraz postawcie w tej wizualizacji małego Kotleta w jego lekko śmiesznej czapce, czterech warstwach ubrań, z uśmiechem na twarzy i wystawionym kciukiem. Oto moja wizja Mongolii!
Mongoł.
Też Mongoł.
Na początku jednak byłem pełny autostopowego optymizmu, którym napełniła mnie Rosja. Wypatrzyłem na horyzoncie stację i ochoczo ruszyłem w jej stronę. 'Może będzie wifi to zobaczę czy mam u kogo spać w Ułan Bator i wrzucę coś na bloga'. Doszedłem. Wifi może kiedyś założą, na razie byli zajęci pogłębianiem dziury pod drewnianym wychodkiem, bo już trochę się zapchał. Zjadłem część zapasów, wiedząc że najedzony Kotlet od razu inaczej patrzy na świat. Następnie stanąłem przy drodze i zacząłem wypatrywać samochodów. Nie było źle, co jakiś czas ktoś przejeżdżał. Wreszcie zatrzymali się młodzi chłopacy. Bez pytania chcieli brać ode mnie plecak i pakować mnie do środka. Powtórzyłem kilka razy, że nie mam pieniędzy, a gdy w końcu zrozumieli pokiwali głowami, oddali plecak i odjechali w dokładnie w moim kierunku... Mongołowie na wstępie więc mieli u mnie minusa. Przez całą drogę przez Rosję nikt, dosłownie nikt nawet nie wspomniał o pieniądzach. Prosta zasada - i tak jadę, więc czemu ktoś ma mi płacić? No nic, uznałem, że nie będę się uprzedzal. Któreś z kolei auto wreszcie mnie wzięło. "Przecież Ty z jewropy, powinniście zostawiać u nas pieniądze, a nie jeździć za darmo". Zacząłem gadkę o biednym studencie i jakoś przeszło. Miałem szczęście, że kierowca mówił po rosyjsku, później było już tylko gorzej. Kompletnie nie mogłem się dogadać. Wreszcie dojechałem z kimś do miasta Darkhan. Również chciał pieniądze, ale na szczęście nie był natarczywy. Uznałem, że wystarczy na dziś. Znalazłem w przewodniku Lonely Planet całkiem dobrze zapowiadający się hostel, więc postanowiłem zostać i dopiero kolejnego dnia kontynuować tą autostopową gehennę. Nie było mi to dane, ponieważ po godzinnych poszukiwaniach okazało się, że hostel już nie istnieje. Alternatyw zero, w dodatku dzień się powoli kończył, wszyscy dookoła patrzyli na mnie spode łba i uznałem, że nie jest to miejsce, w którym chcę spędzić noc... Kupiłem więc paczkę ciastek na obiad (pierwszy plus - mega tanie jedzenie) i chcąc, nie chcąc musiałem wrócić na główną drogę.
Na koniu do sklepu? Czemu nie!
Wyjąłem wszystkie pieniądze z portfela i machałem nim przed oczami każdemu kierowcy, który się zatrzymał. Nie było innego sposobu żeby mnie zrozumieli. Stanęło łącznie około 15 aut, każde odjeżdżalo, gdy widzieli mój portfel. Wreszcie jakiś mężczyzna kiwnął, żebym wsiadał. Rozłożyłem się wygodnie przed kilkugodzinną drogą do Ułan Bator. Po dwóch kilometrach zatrzymaliśmy się. Kierowca podwiózł mnie na dworzec taksówek, gdzie czekało juz na mnie kilkunastu chętnych do zarobku na bogatym Europejczyku. Nawet nie miałem już siły im tłumaczyć dlaczego nie chcę jechać, tylko cierpliwie wróciłem na drogę. Byłem już zmęczony, więc wyciągnąłem dawno nieużywaną tabliczkę i napisałem UB. Chciałem narysować przekreślony znaczek ich waluty, ale niestety go nie znałem. Znowu wiele zatrzymanych aut i tyle samo odjeżdżających w siną dal. Moja frustracja na ten kraj wzrastała. Ostatecznie wzięła mnie pewna kobieta. Byłem pewien, że zrozumiała mój brak funduszy, bo pokazała kciukiem do góry. Po jakimś czasie okazało się, że gest ten oznaczał, że zabiera jeszcze jedną osobę po drodze. Oczywiście płaciła ona jak za normalną taksówkę, więc zorientowałem się, że nie zostałem zrozumiany. Postanowiłem jednak zatrzymać ten sekret do Ułan Bator i tam jakoś to rozwiązać. Łatwo nie było. Pomimo pokazania pustego portfela, żądała żebym wyciągnął pieniądze z bankomatu. Pomachałem kartą euro26 i udałem, że innej nie mam. Następnie ładnie podziękowałem i opuściłem samochód. Od razu skierowałem się do hostelu, bo wiedziałem że na kontakt z moim hostem jest za późno. Tym samym zaliczyłem pierwszy płatny nocleg w całej wyprawie. Na miejscu wreszcie odetchnąłem. To był jeden z trudniejszych dni w mojej dotychczasowej podróży...
Kontynuujemy ciekawostki. Tym razem garść o stolicy. Ułan Bator ma dwa rekordy. Jest najzimniejszą i najbardziej zanieczyszczoną (szczególnie w zimie) stolicą świata. Równocześnie życie w stolicy jest bardzo drogie, co generuje sporą ilość bezdomnych. Przez wiele lat procent ludzi zamarzających w zimie na ulicach był ogromny. Miasto znalazło pewne rozwiązanie. Pod ziemią znajduje się ogromna sieć rur ciepłowniczych. Jest tak rozbudowana, że praktycznie tworzy drugą metropolię. Uznano więc, że jest to darmowe miejsce do ogrzania biednych ludzi i kanały w zimie są zwyczajnie otwierane przez służby miejskie. Generuje to inny problem, gdyż ludzie często do tych otwartych studzienek wpadają i robią sobie krzywdę, ale to już sprawa wtórna. Drugi rekord stolicy jest trochę powiązany z pierwszym. W Ułan Bator są całe dzielnice zapełnione jurtami. To takie małe domki w stylu okrągłych namiotów, które można szybko przenieść w razie potrzeby. Porządna, nówka sztuka jurta kosztuje na targu około 10 tysięcy złotych, do tego wystarczy poprosić sąsiada o kawałek miejsca w ogrodzie i już mamy własny dom bez czynszu i dodatkowych opłat. W środku jurty znajduje się mały piecyk opalany drewnem, węglem lub starymi kapciami. I to właśnie źródło niesamowitego zanieczyszczenia miasta. W czasie mojego pobytu, gdy wychodziłem wieczorem z domu, aż dusiłem się od zapachu spalin. Podobno w zimie jest wielokrotnie gorzej. Zanieczyszczone zwykłymi śmieciami są też ulicę. Złośliwi twierdzą, że Mongołowie, jako lud koczowniczy, pewnego dnia po prostu przeniosą swoją stolicę gdzie indziej i w ten sposób nie będą musieli sprzątać.
Miasto i dzielnice jurt
Jeszcze jedna dygresja. Wspominałem o planach na Mongolię. Od francuskiej pary z Irkucka dowiedziałem się o ciekawej pracy oferowanej w workaway.info (strona z pracami w ramach wolontariatu we wszystkich zakątkach świata). Dwa dni drogi od stolicy znajduje się jezioro Khovsgol. Jest to podobno najpiękniejsze miejsce w Mongolii. Bardzo chciałem tam pojechać, ale nie miałem pomysłu na noclegi, gdyż w namiocie mogłoby już być za zimno. Niesamowitym zrządzeniem losu okazało się, że właśnie nad tym jeziorem jest pewna farma, na której potrzebują pomocy. Praca polega na opiece nad zwierzętami, pomocy w domu i przy gromadce dzieci. W zamian dostaje się spanie i jedzenie, czyli dokładnie wszystko, czego mi potrzeba. Wysłałem zgłoszenie i pisząc to jestem już na 90% pewny, że wszystko wypali. Po kilku dniach w stolicy ruszam więc na wioski. Prawdopodobnie spotkam się tam z francuską parą i Hiszpanem, których poznałem w Irkucku.
Wallmarta nie ma ale jest Wellmart
Decathlon w Mongolii (tak, jeden pokój)
Wracam do Ułan Bator. W hostelu zostałem aż do godziny 13 następnego dnia. Spotkałem tam starszego Holendra, podróżującego po Mongolii już miesiąc. Odbyłem z nim niesamowitą rozmowę, poruszającą wiele wątków dotyczących nie tylko podróży. Oczywiście nie mogę zanudzić Was jej streszczeniem, ale napiszę o jednej rzeczy. Żaliłem mu się, że Mongołowie chcą pieniądze za podwiezienie mnie. Wytłumaczył mi to w ten sposób: "U nich jest oczywiste, że każdy samochód działa jak taksówka. Gdy byli mali mama brała ich do miasta machając samochodom i płacąc kierowcom. Teraz sami robią to samo. Są do tego po prostu przyzwyczajeni". Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że nie można być złym na kogoś tylko dlatego, że jest inaczej wychowany. Nie można też wchodzić z buciorami do jego kraju i wymagać, żeby przyjął twoje zasady. Co najwyżej można przedstawić mu je i zaproponować żeby się na nie zgodził. Jeśli nie - trudno. Jego kraj - jego prawo. W ten sposób zabiłem w sobie lekki gniew na Mongołów i z nowym, pozytywnym nastawieniem ruszyłem na miasto. To był pierwszy przełom. Jakby na potwierdzenie tych myśli, zjawili się życzliwi ludzie. Najpierw jakiś chłopak, widząc mój plecak, zapytał czy mi nie potrzeba pomocy albo przewodnika po mieście. Później pani w siedzibie sieci komórkowej cierpliwie mnie znosiła, pomimo że wracałem tam chyba trzy razy (tym razem dostałem 2 GB w sieci 2.5G cokolwiek to znaczy. Tak czy inaczej wątpię, żeby działało gdziekolwiek poza stolicą). Później spotkałem się z moim hostem. Jason to Hindus pracujący od roku na wolontariacie w Mongolii. Większość rzeczy dotyczących tego kraju dowiedziałem się właśnie od niego. Jest niesamowicie życzliwy, w dodatku świetnie gotuje. Opowiadał mi też mnóstwo rzeczy o Indiach. Podobno w jego kraju życie jest około 5 razy tańsze niż w Mongolii. Biorąc pod uwagę, że dla mnie tu i tak jest tanio to tam chyba jedzenie rozdają za darmo... Hindusi uwielbiają jeść gigantyczne porcje. Nazywają siebie nawzajem 'mountain climbers' co nawiązuje do ogromnej góry jedzenia na talerzu. Spożywając powoli wspinasz się na szczyt. Najczęściej do jedzenia używają rąk, ewentualnie łyżki. Uwielbiam to podejście, bo sam jestem fanem jedzenia wszystkiego łyżką. Te i wiele innych historii spowodowały, że uznałem ten kraj za wspaniałe miejsce na Ziemi. Hmmm...
Mój host host w swoim zywiole
W międzyczasie do UB (nikt nie bawi się tutaj w wymawianie całej nazwy) dotarł Hiszpan Andreu, którego poznałem w Irkucku. Kolejnego dnia połaziliśmy więc razem po mieście i zwiedziliśmy buddyjską świątynię z gigantycznym posągiem. Andreu miał lekkie problemy z wizą chińską, więc nasze wspólne plany na pracę na farmie trochę się oddaliły.
Andreu i Kotlet
Później odwiedziłem jeszcze Narantuul Market, czyli jeden z największych targów w całej Azji. Spędziłem tam dwie godziny, a mam wrażenie że nie przeszedlem nawet połowy alejek. Niesamowite miejsce. Żywe zwierzęta, rękodzieła, antyki, części samochodowe, rowery, wyposażenie kuchni, meble do domu, łóżka, materiały budowlane, ubrania, dywany, buty, jurty w całości i na części to tylko garstka przykładów rzeczy, które można tam kupić. Oczywiście wszystko pod otwartym niebem. Z tego całego bałaganu zakupiłem sobie mongolską łyżkę do oblewania się mlekiem...
Narantuul Market
Wieczorem urządziliśmy u Jasona wieczór polski w indyjskim domu w Mongolii z jego przyjaciółmi ze Stanów i Słowacji. Niezła mieszanka. Moj host jest wegetarianinem, więc zaserwowałem placki ziemniaczane z deserem w postaci jabłek w cieście (lub jak kto woli racuchów). Owoce i warzywa było ciężko dostać, ale udało się.
Polska uczta
Ok, jeszcze jedna dygresja, obiecuję ze ostatnia. Mongolia praktycznie nic nie produkuje, bo zwyczajnie nie ma z czego. Niewiele tu rośnie, a to co uda się wyhodować ludzie od razu zjadają. Większość produktów w sklepach pochodzi z importu. Skutkiem jest sprzedaż w większości przeterminowanej żywności. Nie mając wielkiego wyboru jadłem rzeczy teoretycznie zepsute od miesiąca do pół roku temu. Żyję i mam się dobrze, choć do spleśniałego chleba ze sklepu jeszcze się nie przekonałem. Patrząc na półki można zauważyć, że jednym z największych eksporterów żywności jest... Polska. Czułem się tu jak u siebie. Najbardziej cieszyła mnie obecność polskich słodyczy, w szczególności moich ulubionych 'Korsarzy'. To takie draże czekoladowe drugiej albo i trzeciej kategorii, które uwielbiam. W Polsce nie cieszą się powodzeniem, tutaj natomiast można je kupić w każdym sklepie, kiosku i u babuszek na ulicach. Z racji trudnej nazwy mówią na nie 'Ali Baba'. Wreszcie ktoś oprócz mnie poznał się na nich!
Rano pospałem oporowo, ale ostatecznie wygramoliłem się na miasto i poszedłem do drugiego, a zarazem chyba ostatniego miejsca wartego zobaczenia w UB. Pałac zimowy, jak wszystkie zabytki, zyskał na tym, że praktycznie nie było w nim turystów. Siadłem na ławce i jedząc drożdżowke z jajkiem zadumałem się nad egzotyczną dla mnie architekturą. Fajnie zobaczyć coś kompletnie odmiennego od europejskich gotyków i późnego rokokokoko. Wracając zastanawiałem się nad najbliższymi dniami. Miałem zostać w UB dwa dni, a właśnie mijał dzień czwarty. Bardzo dobrze mieszkało mi się u Jasona, więc uznałem, że zostanę jeszcze dwa dni i w sobotę wyruszę ze stolicy. Plusy braku wizy do Mongolii - mogę spędzić tu tyle czasu, ile mi się podoba.
Wieżowce z widokiem na zabytek
Wieczorem Jason ugotował dania indyjskie. Poprosiłem, żeby nie stosował taryfy ulgowej w sprawie przypraw. Musiałem przygotować się na ostre jedzenie w Chinach. Nauczyłem się też jedzenia rękami po indyjsku. Wbrew pozorom nie jest to takie proste! Mój host oprócz umiejętności kulinarnych, ma też umiejętność jedzenia ogromnych ilości jedzenia. Zawsze zjadaliśmy wielkie porcje, posiedzieliśmy chwilę i padało pytanie 'Druga runda?'. Naprawdę mamy ze sobą dużo wspólnego...
Kotlet je ręcyma
Kotlet je dużo
Na koniec o tytułowym przełomie. W Ułan Bator, u Jasona, po raz pierwszy zrozumiałem, że ta podróż nie jest czymś w rodzaju wyjazdu z domu i odpoczynku. Zwyczajnie poczułem, że sama podróż może być moim domem na jakiś czas. Nie potrzeba mi jednego miejsca, codziennie mogę być gdzie indziej, ale w każdym z tych miejsc czuję się jak u siebie. Można powiedzieć, że zadomowiłem się w podróży. Uporządkowałem sobie plecak, zorganizowałem w nim miejsce na każdą rzecz, gdy spałem w namiocie miałem już kilka rzeczy, które służyły mi za mini mebelki, prawie codziennie sprawdzałem wiadomości z Polski, a gdy byłem u kogoś w domu oglądałem sobie amerykańskie filmy... Jak w domu. W podróży zazwyczaj ma się jakiś cel. Wtedy poczułem, że takiego celu tak naprawdę nie potrzebuję. Ciężko to wytłumaczyć, ale czułem się naprawdę dobrze. Nie wiem jak długo ten stan potrwa, wiem natomiast że dopóki nie minie, nie będę chciał wracać...