Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Długa droga do Domu

Na początek informacja do wiadomości publicznej. Czytacie najprawdopodobniej ostatni post Kotleta Na Wynos. Przynajmniej w najbliższym czasie. Nie mam pojęcia jak ułożą się dalsze plany Kotleta, więc tym bardziej nie mogę nic powiedzieć o przyszłości tego bloga. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu smutno, bo pisanie kolejnych postów jakoś weszło już w harmonogram moich zajęć. Życie jednak toczy się dalej, a blog i tak spełnił swoją dotychczasową rolę w wymiarze dużo większym niż się początkowo spodziewałem. Poza tym patrząc na prawą stronę bloga widzę tekst '...wyruszył w podróż i jest mu z tym dobrze. Jeśli to się zmieni to wróci'. Co prawda się nie zmieniło, ale wrócił. A dokładniej właśnie wraca.



Piszę te słowa z lotniska w Kuala Lumpur, choć opublikowanie ustawię na kilka dni później, aby pojawiła się wreszcie lokalizacja: Polska :) Co działo się przez ostatnie dni? Ostatniego Marzenia Kotleta, czyli dotarcia autostopem na równik i południową półkulę opisywał nie będę. Nie będzie więc o wyjątkowo ciężkim podróżowaniu na Sumatrze, uczestniczeniu w obronie indonezyjskiej pracy magisterskiej, dwudniowym swataniu mnie z islamską pięknością, spaniu z dwoma studentami na ośmiu metrach kwadratowych i mieszkaniu pod namiotem w indonezyjskim wulkanie. Przynajmniej na razie. Będzie za to o radości, spełnieniu i szczęściu. Ktoś pomyśli: 'Będzie podsumowanie podróży!'. Nie. Będzie o powrocie do Domu.

środa, 15 kwietnia 2015

Lustro prawdę ci powie...

Może gdy stanąłem na lądzie po jachtostopie? Może gdy pomieszkiwałem w Kuala Lumpur? Albo już wcześniej, gdy dotarłem do cywilizacji, po przebyciu szlaku w Birmie? Nie jestem pewny kiedy. W każdym razie stało się. Popatrzyłem w lustro.

Od bardzo długiego czasu tego nie robiłem. Zazwyczaj standard moich noclegów takowych nie uwzględniał. Nawet jeśli bywało inaczej, nie czułem takiej potrzeby. Odkąd przestałem go używać do zakładania soczewek i odkąd nauczyłem się przycinać zarost nożyczkami gdzieś na poboczu w oczekiwaniu na transport. Odkąd zorientowałem się, że to czy mam wielkiego 'koguta' z włosów na głowie nie robi mi wielkiego znaczenia. Odkąd wiem, że koszulka i tak jest niewyprasowana i ma plamy chociażbym nie wiem jak na nią patrzył. Odkąd... No po prostu przestałem.

Pierwszy raz od bardzo dawna spojrzałem więc w lustro tak naprawdę. Nie bezmyślnie, szczotkując z rana zęby. Popatrzyłem sam sobie głęboko w oczy. Z pełnym zrozumieniem. Potem ogarnąłem całą twarz i resztę ciała aż po stopy. Przekręciłem głową w prawo i w lewo, jak zwierzaki, gdy pierwszy raz zobaczą swoje odbicie. Co zobaczyłem? Kilka zadrapań na czole od jakichś przydrożnych krzaków. Dosyć gęstą brodę, która w przypadku mojego lichego zarostu oznaczała długie nieużywanie maszynki. Kilka dodatkowych zmarszczek na czole, których jakoś nie pamiętam sprzed wyjazdu. Zapadnięte niektóre mięśnie, które dawno nie widziały 'obwodowych treningów' na siłowni. Za to trochę komicznie wyolbrzymione bicepsy od podrywania plecaka kilka razy dziennie i uda od przebytych kilometrów. Zobaczyłem małe blizny na nogach po pijawkach w dżungli Namtha, które chyba już nie znikną. Zobaczyłem odciski na dłoniach od kopania fundamentów na Koh Sdach. Śmieszny nieopalony fragment ręki pod opaskami na nadgarstku, które miały mi przypominać o różnych wydarzeniach, ale w większości już się zwyczajnie zniszczyły. Zobaczyłem pojedyncze ziarenka ryżu ze żniw w Soptod wciąż wysypujące się z zakamarków butów. Zobaczyłem plecak pozszywany nieudacznie w wielu miejscach, w którym nieustannie odnajdywałem stepowy pył z Mongolii. Zobaczyłem buty kupione przed wyjazdem, których aktualny stan wołał o pomstę do nieba. Zobaczyłem dziury w spodniach od kolców na birmańskich bagnach. Zobaczyłem słone zacieki na plecaku od morskiej wody, która wdzierała się do mojej koi w czasie jachtostopu.

Wróciłem wzrokiem do własnych oczu. KOGO zobaczyłem? Człowieka, który w ostatnich siedmiu miesiącach przeżył więcej przygód niż w całym dotychczasowym życiu. Człowieka, który pokonał 30 tysięcy kilometrów praktycznie w całości licząc na życzliwość i uprzejmość ludzką. Człowieka, który rozbijał samotny obóz nad dzikim Bajkałem, wypasał owce w Mongolii, poznawał tajniki jazdy konnej, uczył dzieci w mongolskiej szkole, przeżył trzęsienie ziemi w Chinach, zgłębiał buddyzm pod Tybetem, przemierzał dżunglę w Namtha, pracował przy żniwach ryżu w Laosie, odkrywał górską Kambodżę, mieszkał na wyspie na końcu świata, brnął przez zakazaną birmańską Północ, jeździł na słoniach i pływał katamaranem po tajskich wyspach. W porównaniu do wielu ludzi, których poznałem w drodze to tyle, co nic. Chcę jednak to wszystko sobie postawić przed oczami. Te miliony obrazów. 

Dlaczego? Żeby pojąć czemu w lustrze nie widzę już człowieka, który wyjeżdżał ponad pół roku temu z Krakowa. Oczy, które widziały tyle ludzkiego szczęścia i niedoli musiały się zmienić. Twarz tyle razy krzywiona naprzemian grymasami bólu i szerokim uśmiechem musiała się zmienić. Włosy tyle razy skracane mniej lub bardziej wprawnymi nożyczkami musiały się zmienić. Skóra przyjmująca trzaskające mrozy i upalne słońce musiała się zmienić. Ręce zmagane ciężką pracą i błogim relaksem musiały sie zmienić.

Patrzyłem więc w oczy innemu człowiekowi. Człowiekowi, którego widziałem teoretycznie pierwszy raz w życiu. Mimo to nie mogę powiedzieć, że był mi obcy. W końcu ze wszystkich sił starałem się go poznać przez te miesiące. Sprawdzałem go w różnych warunkach. W biedzie i w bogactwie, w głodzie i w dobrobycie, w samotności i w towarzystwie, w mrozach i w upale, w lenistwie i w ciężkiej pracy, w miastach i na odludziach, w smutku i w radości. Tak... Poznałem go bardzo dobrze. Dużo lepiej niż tego, którego ostatni raz widziałem w moim domowym lustrze. Tego nowego przejrzałem na wylot. Dzięki temu podróżowaniu dobrze wiem czego się po nim spodziewać w każdej sytuacji. To dobrze. W końcu spędzę z nim resztę życia.

Temat postu jest jednak jednoznaczny. Co powiedziało mi lustro? Dla niektórych będzie to może zaskoczenie, dla niektórych nie. Lustro powiedziało wprost... 'Pora wracać, Kotlecie'.

Do tego dopuścić nie można...
Wielu uznaje, że powrót to moment przekroczenia progu domu i spotkania się z bliskimi. Dla mnie to coś innego. To moment kiedy wreszcie odwracam się na pięcie i przestaję przeć naprzód. To myśl, że na horyzoncie punkt zwany Domem staje się coraz większy, a nie zanika nieuchronnie. To fakt, że punkt ten od teraz będę miał dokładnie przed sobą, a nie gdzieś daleko za plecami. Do tej pory nie miałem celu w mojej podróży. Po prostu szedłem przed siebie tam, gdzie aktualnie miałem ochotę. Teraz ten cel jest jasny. Wracam. 

Czy mam plan na ten powrót? Miałem. Rozbudowany, misterny plan, który stopniowo rodził się w mojej głowie. Gdy wreszcie zaczął nabierać rumieńców, a ja sam zacząłem wyczuwać znajomą ekscytację, nagle coś się zmieniło. Stanąłem przed tym głupim lustrem. Lustra oczywiście nie gadają, ale kotlety jak najbardziej. Tych było w mojej głowie co najmniej kilka. Przez jakiś czas te kilka kotletów nie mogło się ze sobą dogadać. Rozważali miliony za i przeciw, kłócili się ze sobą, a czasem wręcz wrzeszczeli w mojej głowie. Uciąłem te dywagacje, gdy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Chcę wrócić. CHCĘ. Pozornie błache stwierdzenie, ale jeszcze nigdy w życiu go nie użyłem w kontekście podróży. Zawsze wracałem, bo 'trzeba'. Albo jakieś załatwienia w domu, albo spotkania, albo kompani podróży mieli dosyć, albo po prostu założony budżet się wyczerpał. Wracałem, bo musiałem. Pierwszy raz jest inaczej. Czuję, że zwyczajnie mam ochotę wrócić do domu zamiast podróżować dalej. Od wielu miesięcy robię to, na co mam w życiu ochotę i tym razem również nie zamierzam tego zmieniać. Wiem, że powrót do rzeczywistości będzie trudny. Wiem też, że pewnie pojawią się podsycane przez innych myśli, że trzeba było siedzieć dalej w tej Azji. Ale równocześnie wiem, że nie będę żałował tej decyzji, bo od dawna nie byłem do czegoś tak przekonany, jak w tej chwili. Wspaniałe uczucie.

Wychodzi więc na to, że nie zatrzymał mnie czas, bo nadal mam go pod dostatkiem. Nie wracam również z powodu pustego konta, chociaż nie ukrywam, że pojęcie bankructwa jest mi coraz bliższe. Nauczyłem się jednak ledwo co ruszać oszczędności, więc na jakiś czas by jeszcze pewnie starczyło. Nie zdecydowałem się wrócić z 'rozsądku', o którym pisałem swego czasu w Pekinie. Znużenie podróżą? Jak sobie policzyłem spędziłem w tej wyprawie 2,5% mojego życia. To dużo. Może nawet bardzo dużo. Powodem powrotu nie jest jednak zmęczenie, choć oczywiście pewne jego symptomy się pojawiają. No więc co? Zwyczajnie poczułem, że chcę wrócić i że właśnie to będzie naturalną kontynuacją mojej podróży. Tego bym się w życiu nie spodziewał. 

Kiedy można więc będzie przeczytać post na blogu z podpisem 'Lokalizacja: Polska'? Myślę, że mogę to już określić z dokładnością do kilku dni, ale nie lubię rzucać datami. Zawsze jak się poczyni za dużo planów to coś się posypie. Poza tym... 

Mam do załatwienia w Azji jeszcze jedną sprawę. Ostatnie Marzenie Kotleta w tej podróży. Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, w chwili gdy to czytacie jestem w trakcie próby jego realizacji. Może mi to zająć kilka dni, tydzień, a może więcej. Czy się uda? Nie mam pojęcia. Jak zwykle nie zamierzam jednak podcinać sobie żył w przypadku niepowodzenia. 

Można się oczywiście domyślić, że to Ostatnie Marzenie również wymagało pewnych przygotowań i rozmyślań. Czy to znaczy, że taki plan był już dawno? Jasne, że tak. Po prostu tak to już jest z tym Kotletem, że wymyśla sobie różne rzeczy, ale rzadko o nich mówi przed realizacją...


poniedziałek, 16 marca 2015

Do zwrotu! Czyli Kotlet wypływa na morze

Udało się! Sam do końca nie mogę w to uwierzyć, ale jachtostop jednak jest realny. Piszę to z pokładu katamaranu zacumowanego u wybrzeży wyspy Langkawi w Malezji. Jak się tu znalazłem?

W tym miejscu miał być inny post. Był on już napisany i gotowy do wrzucenia na bloga. Postanowiłem, że nie będę go zmieniał. Owszem, jest trochę nieaktualny, ale może choć w minimalnym stopniu odda zaskoczenie, jakie przeżyłem. Wydarzenia ostatnich dni, które były całkowicie szalone i nieprzewidywalne opiszę na końcu. Na razie opis całego przedsięwzięcia zwanego poszukiwaniem jachtu z małymi wtrąceniami 'uaktulniającymi'.

Wierni fejsbukowicze już wiedzą, iż Kotlet postanowił spróbować zmienić środek transportu i podbić morskie przestrzenie. Tak zwany jachtostop. Zdawałem sobie sprawę, że z moim doświadczeniem (bądźmy szczerzy - jeśli chodzi o morze to zerowym. Wiele wakacji na Mazurach jest jakąś podstawą, ale zdawałem sobie sprawę, że to inna bajka), będzie to trudne, żeby nie powiedzieć niewykonalne. Jednak kto nie próbuje, ten nie ma nic. Szczegóły trochę później, ale zdradzę tajemnicę, że Kotlet na razie został na stałym lądzie.

I to już informacja nieaktualna. Kotlet aktualnie wybiera się jachtem do Tajlandii. - dop. późniejszy

Na Langkawi (po raz pierwszy, nie ostatni) dotarłem bez żadnych przeszkód. Liczyłem, że półtoragodzinna przeprawa promem będzie przygodowa przynajmniej pod względem widoków, ale się zawiodłem. Zapakowano mnie do kolosa na blisko 600 osób i wskazano miejsce jak w samolocie. Klima i filmy na ekranie. Nie do końca na to liczyłem. Swoją drogą nie wiem czy najlepszym pomysłem jest puszczanie w czasie jazdy krwawego horroru o pewnym nawiedzonym domu w Malezji. Płaczące dzieci chyba wolałyby coś innego. Tak czy inaczej dotarłem do portu na Langkawi. Wyspa jest wyjątkowo nieprzyjazna budżetowym podróżnikom. Brak komunikacji publicznej i zabójcze ceny taksówkarzy odbiły się pozytywnie na mojej kondycji. Oczywiście tej fizycznej. Dotarłem więc o własnych siłach do oddalonego kilka kilometrów Kuah i znalazłem najtańszy hostel. Najtańszy nie znaczy tani. 30 zł za łóżko piętrowe w pokoju na poddaszu bez okna. Znaczy okno było. Na korytarz. W nim okien również nie było, ale prowadził na klatkę schodową, która z kolei prowadziła dwa piętra w dół gdzie na końcu korytarza było okno na zewnątrz. Światło miało marne szanse pokonania takiej odległości. Była za to klima, żeby się nie udusić.

Trup ścielił się gęsto

Langkawi

niedziela, 8 marca 2015

Najlepszy plan? Brak planu!

Upały nie sprzyjają autostopowi. Wiem, że największym wrogiem jest deszcz, ale jednak żar lejący się z nieba też mocno komplikuje sytuację. Stanie w słońcu na poboczu to katorga, a co dopiero jak trzeba przejść kilka kilometrów przez miasto. Właśnie w takich warunkach przyszło mi jechać przez Tajlandię. Temperatura oscylowała w granicach 40 stopni w cieniu. Jeden z kierowców słusznie kiedyś stwierdził 'Ja ledwo w klimatyzacji daję radę wysiedzieć, a Ty chcesz iść przez ten upał?'. Jakoś szedłem. Ale ledwo. 

Umiejętne wykorzystanie każdej chwili autostopowego cienia
Po Kanchanaburi ruszyłem na południe. Docelowo w stronę Malezji. Cel odległy był blisko 1200 km, na które nie miałem żadnego planu. Zresztą szczerze mówiąc na Malezję wtedy też jeszcze pomysłu nie miałem, ale nie uprzedzajmy faktów. Chciałem po drodze coś ciekawego w Tajlandii zrobić. No Bóg mi świadkiem, że chciałem. Chciałem popłynąć kajakiem w deltę pewnej rzeki. Okazało się, że nie dość że samemu kajaka pożyczyć nie można, to jeszcze rzadko w ogóle dadzą ci powiosłować. Co to za frajda? Przypomniała mi się historia z 'Into The Wild', gdy główny bohater ostatecznie kupił kajak w supermarkecie. Rozważałem to, ale kajaków w 7eleven nie mieli. Chciałem pojechać na pewną odległą wyspę, którą polecił mi właściciel hostelu w Kanchanaburi. Okazało się, że trzeba wykupić całą wycieczkę, a jedyna firma która pozwala na samodzielne przejście się po wyspie, żąda blisko 2000 bathów (200 zł) za sam transport. Tajlandia przy wszystkich swoich zaletach ma jedną wadę. Jest cholernie turystyczna. 

Pojechałem więc bez celu. W Tajlandii czasem trzeba na autostopowy transport chwilę poczekać, ale za to każdy ma klimatyzację więc można było trochę odetchnąć. No chyba, że Cię weźmie na pakę to efekt jest jak, nieprzymierzając kotlet na patelni. Kolejni kierowcy byli dosyć przeciętni. Oprócz jednego. Wziął mnie zaraz za stacją, na której uzupełniałem i upuszczałem płyny. Pickup. Na pace ogromny motocykl. W środku niczym niewyróżniający się Taj w koszulce Harley - Davidson. Jak mi powiedział, lubił motocykle i właśnie wracał z Motoshow w Bangkoku. Nic niesamowitego, sam mam motocykl i lubię sobie pojechać na jakiś zlot. Otóż w tym wypadku nie wszystko było przeciętne. Sami zobaczcie jak prezentował się mój kierowca i jego motocykl.

piątek, 6 marca 2015

Podróżniczy horror

Bardzo dużo ludzi od początku mojej podróży pyta mnie 'Jak Ty sobie tam radzisz?', 'Jak to wszystko ogarniasz?', 'Przecież to tyle planowania', 'Ty to musisz mieć łeb jak sklep'. To ostatnie to szczera prawda, ale dlatego, że zawsze mam problem ze znalezieniem kasku XXL z powodu wielkiej głowy. 

Teraz powiem szczerze. Inne rzeczy to też prawda. Podróżowanie to nie przelewki. Postanowiłem więc nagrać film z takiego jednego poranka pełnego gorączkowych przygotowań, planów, nerwowych rozmyślań i zaskakujących przygód. Jeśli ktoś ma słabe nerwy niech odpuści oglądanie. Bez żartów.



niedziela, 1 marca 2015

Nic ciekawego

Nienawidzę kabaretów. Bo trzeba czekać pół godziny na coś śmiesznego. Dlatego tylko urywek.

'Co tam u ciebie, Kotlecie?'


Tak to jest w podróży, że po gigantycznych przygodach często przychodzą dni spokoju. I dobrze, bo przecież by człowiek zwariował. Nie ukrywam, że sam też tak pokierowałem wydarzeniami, żeby dać trochę odpocząć sobie i moim Aniołom Stróżom. W czasie wyprawy dookoła jeziora Indawgyi musiały się nieźle napocić, więc im się należało.

sobota, 21 lutego 2015

Jeszcze dalej niż północ

Wróciłem. To informacja, przynajmniej dla mnie, najważniejsza. Mimo, że niesamowicie cieszyłem się na wyprawę na północ, zdawałem sobie sprawę z niemałego ryzyka jakie podejmowałem. Jestem spowrotem w Mandalay i powoli kieruję się do Tajlandii. Do opowiedzenia jest sporo, także niestety będzie lekkie bombardowanie postami. Będzie też sporo obrazków, więc co mniej wytrwali czytelnicy mogą się nimi zadowolić :) No to ruszamy.

- Ale po co chce Pan tam jechać?  - zapytał po raz kolejny sprzedawca biletów.
- No wie Pan, podobno ładne widoki. - odpowiedziałem ze spokojem. Nie mogłem zdradzać moich prawdziwych powodów. Od kilkunastu minut stałem w pokoju dla 'specjalnych' klientów kolei, którzy chcą jechać w miejsca rzadko odwiedzane. Wcześniej długą chwilę czekałem przy zwykłym okienku i wysłuchiwałem jakie to wspaniałe kierunki, które są całkowicie bezpieczne, mogę obrać. Gdy grzecznie odmawiałem każdego z nich i powtarzałem, że interesuje mnie tylko ten jeden, skierowano mnie do osobnego pomieszczenia. Po jakimś czasie udało mi się doprosić o rozkład jazdy i ceny, wiedziałem więc że wszystko jest na dobrej drodze. Wystarczyło uruchomić bardzo dobrze wyuczone w podróży umiejętności perswazji.
- Ale ten pociąg jedzie 17 godzin bez przerwy. Siedzenia są niewygodne i strasznie trzęsie. - nie poddawał się bileter.
- Proszę Pana, widzi Pan ten paszport? Jestem z Polski. My tam mamy PKP. Nie ma Pan pojęcia co to oznacza w kwestii komfortu podróżowania koleją. - Tego nie powiedziałem. Zawarłem to w jednym spojrzeniu, które zaowocowało ostateczną zgodą i ręcznym wypisaniem biletu przez kolejarza. Dodatkowo opatrzony napisem 'Safe for tourist', co mnie choć trochę uspokoiło.

Do wyboru były trzy klasy. Ordinary, first i upper. Nazwy nie dawały najmniejszej podpowiedzi, ale po cenach zorientowałem się w hierarchii. Ostatecznie zdecydowałem się na środkową opcję ze względu na różnicę w cenie około 2 zł w stosunku do klasy najniższej. Zrobiłem to na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że PKP to jednak nie najgorsze, co może człowieka w kolei spotkać. Wybiegłem ze stacji cały w skowronkach. Trzymałem w rękach moją przepustkę za 4$. Przepustkę na północ Birmy. Przepustkę do przygody. 

Wygląda że się uda...

Przepustka do Marzenia

wtorek, 10 lutego 2015

Birma. Preludium.

Wydostanie się z Bangkoku było tak samo problematyczne jak w przypadku wszystkich wielkich miast. Po dwóch godzinach wylądowałem jednak na względnie zamiejskiej drodze. Bez większych utrudnień przemieszczałem się w stronę birmańskiej granicy. Za utrudnienia nie uznaję usmażenia się przez trzy godziny największego upału na pace półciężarówki. Urozmaiceniem był też odcinek pokonany z Ooo (tak, to jest imię). Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, bo Ooo karkołomnie przekroczył trzy pasy, aby do mnie podjechać. Gdy tylko zaglądnąłem do środka już wiedziałem. Ladyboy. W wolnym tłumaczeniu - babochłop. Skąd taki osąd? Nietrudno się domyślić. Całe auto w różu, wszystko wyperfumowane, za kierownicą chłop udający kobietę, a na kolankach słodki piesek. Zresztą nawet gdybym się nie domyślił to nowy znajomy od razu się przedstawił.  'Jestem Ooo, babochłop'. Najpierw się wahałem czy wsiadać, ale uznałem że transport jest transport, a z jednym mocno zniewieściałym gościem chyba sobie poradzę w razie czego. Ooo okazał(a) się jednak niegroźny. Raz zaczął pokazywać jakieś gesty w okolicy krocza, ale na szczęście chodziło o przerwę na siku dla pieska. Muszę się przyznać, że gdy się rozstawaliśmy byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o wspólną fotkę. Trochę to nieludzkie, bo Ooo cieszył się jak dziecko, a mi zależało tylko na pamiątcę. Być w Tajlandii i nie mieć zdjęcia z Ladyboyem? Być nie może. 

Kotlet i Ladyboy


środa, 10 grudnia 2014

Dżungla, dżungla i po...

Cztery dni prawdziwej przygody, na którą czekałem od czasu biwakowania nad Bajkałem. Cztery dni doświadczeń, które zapamiętam na całe życie. Cztery dni, które były kolejnym ogromnym krokiem do czegoś, co powoli można nazwać zmianą postrzegania świata. Cztery dni... których na razie nie opiszę. Niestety. Nie dlatego, że stało się coś, o czym nie chcę pisać czy mówić. Powód jest prozaiczny. Nie mam w tej chwili na to czasu. Zawsze piszę na bieżąco, jednak w dżungli z wiadomych przyczyn nie zajmowałem się stukaniem w tablet w czasie marszu przez ledwo widoczne ścieżki. Oczywiście nie poddam się tak łatwo i mogę obiecać, że wcześniej czy później taki tekst powstanie. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak przeprosić tych, którzy na niego czekali i przybić piątkę tym, którzy odetchnęli z ulgą, iż nie czeka ich kolejny post-gigant. 

Co teraz? W Luang Namtha miałem zostać jakieś 3 dni, ale spodobało mi się, więc posiedzę dłużej. Na pewnych drzwiach w pewnym domu na pewnej ulicy zobaczyłem ogłoszenie, iż poszukują wolontariuszy w trochę odległej wiosce. Chodzi o budowanie kilku budynków i uczenie dzieciaków angielskiego. Niezbyt długo trwały moje wahania. Przespałem się jedną noc w Namtha i ruszam do owej wioski. Nie wiem na jak długo, prawdopodobnie tylko kilka dni, bo trzeba w końcu zacząć pomyśleć o jakimś przyjaznym miejscu na spędzenie Świąt. Dżungla chyba nie jest do tego stworzona...

Tymczasem piję Wasze polskie zdrowie poranną kawką z bambusa! 


piątek, 14 listopada 2014

Plany, czyli co dalej...?

Pekin był moim celem. Celem, który kiedyś jawił się jako najdalszy zakątek świata. Jakieś dwa lata temu zrodziło się marzenie, żeby dotrzeć tu koleją transsyberyjską. Kalkulowałem sobie, że z kilkoma przystankami może zająć mi to jakieś trzy tygodnie. Gdy podróż doszła do skutku okazało się, że na dotarcie tu poświęciłem blisko dwa miesiące. Żadnego z tych dni nie żałuję. Nie sztuką byłoby dotrzeć do celu jak najszybciej, sztuką było nacieszenie się samą podróżą. Wielu spotkanych po drodze ludzi kompletnie tego nie rozumiało, ale akurat w tym przypadku dokładnie wiedziałem czego chcę. Spróbowałem jazdy koleją, która była nowym doświadczeniem; długiego autostopowania, które było nowym doświadczeniem; mieszkania w obcym miejscu, które było nowym doświadczeniem; a nawet nazwijmy to pracy w podróży, która była nowym doświadczeniem. Wszystko kręci się wokół tego samego - nowych doświadczeń. To właśnie dzięki nim najbardziej cieszę się, że wyruszyłem z domu.

Cel został osiągnięty. Jednak czy to koniec? Oczywiście, że nie. Na razie, oprócz lekkiej tęsknoty za ojczystymi stronami, nic nie ciągnie mnie spowrotem. Czas mija szybko, ale kompletnie mnie to nie obchodzi. Mam go pod dostatkiem. Myślałem, że gorzej będzie z funduszami. Okazało się, że w podróży można żyć naprawdę tanio. Na podsumowania pewnie jeszcze nie pora, ale uwierzcie, że na takie podróżowanie może sobie pozwolić każdy, kto umie choć trochę odłożyć żyjąc w Polsce. Kasa więc jeszcze przez jakiś czas mnie nie zatrzyma. To teraz czas na głosy 'Ocho, Kotlet już nie wróci. Będzie się szwendał po świecie do końca jego dni'. Otóż nie. Po tych dwóch miesiącach wiem już, że wcześniej czy później coś mnie zatrzyma. Tajemnicze Coś, czego nie umiem do końca opisać. Spotkałem wielu podróżników, którzy są w drodze od kilku lat. Jest to ich sposób na życie. Tak naprawdę nie mają już domu, z rodziną rozmawiają raz na kilka miesięcy, a przyjaciele prawie o nich zapomnieli. Nie chcę tego. Niezależnie od tego jak dobrze czuję się w podróży, wiem że mam do czego wracać. Wydaje mi się, że w pewnym momencie można przesadzić i nagle okaże się, że tak naprawdę nie było cię taki szmat czasu, że nikt o Tobie nie pamięta, nie masz z kim dzielić się mnóstwem przeżytych przygód, a rodzinne strony stały się jakieś dziwnie obce. Zaczynasz wieść smutne życie w świecie, który sam odrzuciłeś, a teraz chciałbyś żeby przyjął cię jak swojego. Beznadziejna sytuacja, która z tego co wiem, najczęściej kończy się kolejną ucieczką w podróże. 

Niejaki Tomek Michniewicz, w jednej ze swoich książek użył idealnego porównania podróżowania do drzwi obrotowych. Jeśli za bardzo się zakręcisz, wciagną cię bez pamięci. Uczucie jest wspaniałe, jednak kiedyś drzwi muszą się zatrzymać. Im dłużej będziesz w tym kołowrotku, tym bardziej bolesne będzie wyrzucenie z niego i spotkanie ze stałym gruntem. 

Zejdźmy więc na ziemię. Wiem, że kiedyś trzeba będzie wrócić. Co z tego wynika? Na razie nic. Dwa miesiące to nie kilka lat, więc spokojnie mogę jeszcze nacieszyć się życiem w drodze. Plany. Nie lubię ich, ale wiadomo, że jakieś punkty na mapie trzeba mieć. W Chinach pewnie wypadałoby spędzić więcej czasu, jednak ogranicza mnie miesięczna wiza. Miałem chęć wyjechania do Hongkongu i wjazdu na kolejny miesiąc do Chin (wiza jest dwuwjazdowa). Patrząc jednak na zwiększone tutaj tempo zmniejszania się stanu mojego konta, myślę że pozostanę przy tym jednym miesiącu. Kraj ten jest tak ogromny, że jeśli faktycznie mi się tu spodoba, to tak czy inaczej kiedyś trzeba będzie wrócić i przemierzyć całą resztę. 

Czyli miesiąc w Chinach. Następny przystanek to Laos. Prawdopodobnie wypadnie, że spędzę tam Święta. Mógłbym trafić lepiej, bo kraj ten nie przepada za chrześcijanami, ale wierzę że coś się wykombinuje. Potem chcę skierować się do Tajlandii. To będzie moment przełomowy. Jeśli do tego czasu zapragnę wracać, to najlepszym do tego miejscem będzie Bangkok ze względnie tanimi lotami do Europy. Natomiast jeśli uznam, że to jeszcze nie ten moment, otworem będą stały inne kraje Azji południowo - wschodniej.
Jak widzicie znowu zaczyna dominować słowo 'jeśli', więc chwilowo przystopuję. Do następnych decyzji mam jeszcze trochę czasu. Na razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko nabrać głębokiego oddechu i z optymizmem wystawić kciuk.
Kotlet jedzie dalej!


poniedziałek, 3 listopada 2014

Rekordzista

Z Moron wyruszyłem dopiero około 13, co nie wróżyło dobrego dnia autostopowego. Pierwszy kierowca okazał się być kolejnym, który wiedział lepiej czego potrzebuję. Usilnie próbował mnie zawrócić i zawieźć na postój taksówek. Przypadki takie są równie częste, jak irytujące. Na powtarzanie nazwy docelowego miasta delikwent tylko przytakuje, bo przecież taksówka bardzo chętnie tam pojedzie. Kilka razy musiałem nakładać przez to dobrych kilka kilometrów marszu, więc nauczyłem się, że nie można się w takich sytuacjach cackać. Trzeba od razu chwytać za klamkę i powoli otwierać drzwi, aż się zatrzyma i pozwoli wysiąść. Tak było też w tym przypadku. Kolejny transport był lepszy - prawie 100 kilometrów, ale za to wylądowałem na całkowitym pustkowiu. Auto pojawiało się raz na 10 minut, więc spokojnie rozsiadłem się na poboczu i wstawałem, gdy na horyzoncie pojawiała się chmura kurzu. Brak jakiejkolwiek wioski w pobliżu był trochę niepokojący, ale pocieszałem się, że jeszcze nie jest tak późno i coś na pewno się trafi. Miałem rację. Po pół godzinie jechałem dalej, tym razem jakieś 20 km. Zostałem wysadzony na odcinku, gdzie budowana była nowa droga. Szczerze mówiąc nie wiem dla kogo, bo ruch był raczej symboliczny. Tak czy inaczej nie była ona jeszcze otwarta, co skutkowało dowolnością przemieszczania się samochodów wokół niej. Dla mnie był to ogromny minus, gdyż musiałem stać na środku, wypatrywać potencjalnych transportów dużo wcześniej i starać się dotrzeć na któreś koleiny wzdłuż nowej drogi, które akurat wybrał kierowca. Czasem bywało to komiczne, gdy biegłem z plecakiem na przełaj przez step, żeby przeciąć drogę jakiemuś samochodowi. Niektóre z  nich ewidentnie się mnie bały i uciekały jeszcze głębiej w step. Taki mały Kotlet, a takie wielkie samochody się go boją. 

Stacja benzynowa.

Nowa droga. Posłuży dziesięciolecia, bo prawie nikt nią nie jeździ


Żeby się rozgrzać, szedłem powoli do przodu. Uznałem, że jak nic nie przyjedzie to na Boże Narodzenie może dojdę do Chin. Wreszcie zobaczyłem w oddali jakąś wioskę. Nie była przy drodze więc wyglądała jak każda inna, jednak na 90% byłem pewny, że to ta sama, w której dwa tygodnie wcześniej miałem przyjemność uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Przy trasie był natomiast mały barek, gdzie zatrzymał się bezpośredni autobus do UB. Kolejne namowy na zabranie mnie i kolejne gigantyczne zdziwienia, że jednak nie chcę jechać. Z tego wszystkiego zrobiła się 17. Do zmroku miałem maksymalnie dwie godziny. W momencie zachodu słońca zrobiło się oczywiście okropnie zimno, więc odezwał się głos kotletowego rozsądku. 'Nie bądź głupi, nawet jak coś teraz złapiesz to wylądujesz pośrodku stepu ciemną nocą.' Powoli uczę się go słuchać w każdej sytuacji. Mrozy rzędu kilkunastu stopni raczej przekreślały nocleg w namiocie. Cóż mi pozostało... Skierowałem swoje kroki w stronę wioski, licząc że sympatyczna rodzina będzie mnie jeszcze pamiętać i przyjmie na jedną noc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wioska była, jak na mongolskie standardy, naprawdę duża. Poprzednim razem, gdy ją opuszczałem jechałem autobusem i od razu zagadałem się z jakimś chłopcem, więc nie było szans na zapamiętanie drogi. Dostałem się tam natomiast w środku ciemnej nocy siedząc na tylnim siedzeniu i będąc przekonanym, że błądzimy po bezdrożach. Jednym słowem odnalezienie małej chatki w gąszczu małych uliczek graniczyło z cudem. 'Dobra, skup się! Z geografii jedynek nie miałeś, orientację też masz nie najgorszą, więc jakoś dasz radę'. Wytężyłem wszystkie zmysły od pierwszego do dziesiątego. 'Wjechaliśmy do wioski z tamtej strony, później chyba był jakiś rozwalony mur... Pamiętasz? Pomyślałeś, że to jakies ruiny...'. Jest mur! 'Ok, dawaj dalej. Przy murze w lewo, później małą uliczką i w prawo...?'. Ślepa, pudło. 'No to wracamy, może jednak w drugą stronę...'. Też pudło. 'Skup się, skup się, skup się!!' W międzyczasie już prawie się ściemniło, wszystkie domy pozamykane na pięć spustów, na bitych drogach pomiędzy domami ani żywej duszy. 'Dawaj Kotlecie, postaraj się bardziej'. Na odtwarzaniu trasy spędziłem jakieś pół godziny, za każdym razem trafiając na ślepe zaułki. Jakimś dodatkowym zmysłem wydawało mi się jednak, że zmierzam w dobrą stronę.
- Może to w ogóle nie ta wioska?!
- Nie no, bez jaj, okolica jakaś znajoma, jestem prawie pewien, że zbliżamy się do celu. - rozpocząłem konwersacje z jedyną rozmowną osobą w okolicy.
- Okej, jakie inne opcje?
- Hmm...
- Hmmm...
- Mam! Zdjęcia!
- No jasne! Że też JA na to nie wpadłem.
Wyciągnąłem aparat i zacząłem cofać się dwa tygodnie wstecz. Kotlet i babcia, Kotlet i dziecko, Kotlet i jacyś faceci, wnętrze domku... Kto robił takie bezużyteczne fotki?? Wreszcie jest! Rodzina, w tle chatka i dalszy domek z niebieskim dachem. Rozejrzałem się dookoła - co drugi dach niebieski. Yhm. Szukamy dalej. Domek z niebieskimi ścianami. Już trochę lepiej. Podskoczyłem do góry. Coś jest! I to rzut kamieniem, w rzędzie domów obok. Pokonałem krótki labirynt ścieżek i wreszcie dotarłem. Znajoma brama, przez którą ostatnio bezcermonialnie wparował mój kierowca. Wybawienie. 'Zaraz, zaraz coś jest jednak inaczej...'. Brama zamknięta, furtka zaryglowana. Niedobrze. Obszedłem cały kwartał domków, zostałem obszczekany przez każdego psa podwórkowego, ale dostałem się na tyły domu. Dwie z trzech jurt zniknęły, chatka zamknięta, podwórko puste. 'Ekstra, akurat teraz postanowili wyjechać na wczasy do ciepłych krajów czy co?'. Tym samym runął cały plan. Rozważałem przez chwilę przeskoczenie przez płot i próbę dostania się do jurty, jednak perspektywa zobaczenia mnie przez jakiegoś sąsiada nie była kusząca. Policja prawdopodobnie dotarła by tam następnego dnia popołudniu, ale nie podjąłem ryzyka.
- No cóż, trzeba wymyśleć nowy plan.
- Co ty nie powiesz...
- Rusz głową, bo zostaniesz na lodzie dosłownie i w przenośni, czyli albo zamarzniesz gdzieś w tej wiosce albo będziesz się telepał z zimna całą noc w namiocie.
- Dobra, szukamy otwartej bramy.
Zamknięte... zamknięte... pies... dwa psy... otwarte! Zapukałem do okna. Gospodyni niby wyszła, ale chyba udawała, że nie wie o co mi chodzi. Nie trzeba dużo, żeby zrozumieć że chcę gdzieś przenocować, ale nie mogłem przecież się na siłę wepchnąć do czyjegoś domu, więc musiałem odpuścić. Doszedłem do czegoś w rodzaju centrum i zauważyłem sklep, w którym jeszcze świeciło się światło. 'Ha! Biegniemy!'. Wparowałem do środka i z kilkudziesięciu poznanych mongolskich słów skleciłem coś w stylu 'Ja tu spać, jutro jechać, noc zimno'. Słów spać i jechac nie znałem po mongolsku, ale w migowym jak najbardziej. Pani się uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała. Uznałem, że to moja ostatnia deska ratunku i w najgorszym wypadku będę okupował sklep. 'Przecież mnie nie wyniosą siłą.' Siadłem więc przy piecu, uśmiechałem się szeroko, licząc na kotletowy urok osobisty i czekałem na rozwój wypadków. Pani chyba zrozumiała aluzję i z równie szerokim uśmiechem zamknęła sklep i pokazała na tylne drzwi. Zaprowadziła mnie do swojego domu, gdzie czekali już na nią mąż i córeczka. Wspólnie radzili nade mną, pokazywali mnie palcami i wesoło rozmawiali. Wreszcie pani domu usadziła mnie przy stole, dała solidną porcję makaronu z mięsem kozy i miseczkę ciepłej wody. Posiedzieliśmy chwilę prowadząc dosyć ułomną rozmowę w migowo - mongolskim, po czym rozłożono mi koc obok pieca. Tylko na to czekałem! Padłem jak zabity i po 30 sekundach już mnie nie było. 

Szukaj wiatru w polu, czyli gdzieś tam jest znajomy domek


Miejsce mojego jednonocnego zbawienia

Chwila refleksji. Zastanawiałem się, jak można odmówić człowiekowi ogrzania się w swoim domu, gdy na polu trzaskający mróz... Później sobie pomyślałem: 'A czy Ty otworzyłbyś drzwi w środku nocy, jakiemuś niezbyt czystemu typowi?'. W tej chwili już na pewno tak, ale nie mając takiego doświadczenia, jakie mam teraz? Nie wiem... Na szczęście zawsze przekonuję się o tym, że po kilku napotkanych niepowodzenia, Niebo zsyła mi jakąś naprawdę dobrą duszę, która nie waha się długo, widząc człowieka w potrzebie. Moje podróżnicze doświadczenie to jedno. Ważniejszy aspekt to to, że na pewno od teraz sam, jeszcze bardziej niż do tej pory, będę starał się być jedną z takich dobrych dusz na drodze innych ludzi. A kto wie, może kogoś natchnę tymi patetycznymi zdaniami i widząc człowieka w potrzebie dwa razy się zastanowi zanim odmówi?

Zebrałem się z samego rana, nie chcąc robić jeszcze większego kłopotu. Gorąco podziękowałem i już po 8 byłem na znajomej drodze. Oczywiście te same pustki, ale tym razem miałem przed sobą cały dzień i głowę pełną pozytywnego nastawienia. Zaprzyjaźniłem się z dwuosobową ekipą budujacą drogę. Chyba uznali, że idę na nogach całą trasę i uznali mnie za niespełna rozumu. Pewnie nie oni pierwsi. Wreszcie nadjechała jakaś ciężarówka. Zabrałem się z kierowcą może 100 metrów po czym skręcił, zwołał ekipę budowlaną i wszyscy zrobili sobie przerwę na piwo. Fajnie, ale czas mnie naglił, a w międzyczasie oczywiście jak na złość przejechały dwa auta. W końcu udało mi się uwolnić z trochę natrętnego towarzystwa i wróciłem na drogę. Chwila czekania i tym razem mi się poszczęściło - transport aż do Bulgan, czyli najgorszy odcinek będę miał za sobą. Trasa pomiędzy Moron i Bulgan jest praktycznie pusta ze względu na brak większych wiosek. Od Bulgan ruch trochę się zwiększa i osiąga maksimum na drodze przelotowej Rosja - Chiny. Było więc lepiej niż dobrze. W Bulgan zrobiłem sobie przerwę na obiad. Zakupiłem konserwę tyrolską Pamapolu, zagryzłem chlebem i czekoladą Wawelu. Jak w domu. Następnie jednym samochodem dotarłem do Erdenet, jednak utknąłem w centrum. Zacząłem się trochę spieszyć, bo wiedziałem, że kolejnej nocy mogę nie mieć tyle szczęścia i wyląduje w namiocie. Przeliczyłem godziny i uznałem, że jest szansa dotrzeć jeszcze dzisiaj do UB. Żeby zaoszczędzić cenne minuty w Erdenet szarpnąłem się na taksówkę. Za równowartość 90 groszy przejechałem kawał niezbyt wielkiego miasta i byłem prawie na wylocie. 
Obiad po polsku


Autostop w Mongolii z racji bariery językowej jest raczej dosyć milczący, więc miałem trochę czasu na przemyślenia na temat dalszych planów. Pomimo braku konieczności posiadania wizy, po miesiącu swój pobyt w tym kraju trzeba zarejestrować i przedłużyć uiszczając opłatę. Było to jakieś 3 złote za dzień, więc teoretycznie mogłem to zrobić i ruszyć na dalsze podboje innych terenów tego pustkowia. Opcja ta kusiła mnie, jednak było jedno 'ale'. Nadchodziła prawdziwa zima. Temperatura nawet w dzień nie podnosiła się wiele powyżej zera, sytuację ratowało trochę słońce, ale gdy go zabrakło, stanie na poboczu ograniczało się do wymyślania nowych sposobów rozgrzania się. Dodatkowo w nocy mróz wykluczał noclegi w namiocie, więc trzeba było wszystko planować do przodu. Nie dało się beztrosko czekać na transport. To wszystko skłoniło mnie do ostatecznej decyzji. Po kilku dniach odpoczynku w UB postanowiłem ruszyć na południe, do Chin. Południe zawsze oznacza ocieplenie, więc również w tym przypadku na to liczyłem. 

Kilka podwózek później byłem już prawie na głównej drodze do UB. Dowiózł mnie tam miły pan z synkiem, który z przedniego siedzenia urządził sobie ze mną strzelaninę Uczestniczyłem w niej chwilę, po czym szczęśliwie zostałem zabity i mogłem uciąć sobie małą drzemkę. Niestety przemieszczaliśmy się dosyć powoli. Wiedziałem, że muszę dotrzeć na główną trasę przed zmrokiem i złapać coś bezpośrednio do stolicy, żeby uniknąć nocnego stopowania. Niestety nie udało się to i zostałem wysadzony na skrzyżowaniu już po zmroku. Nie było wyjścia. Stanąłem w świetle jedynej latarni w pobliżu jakiejś pustawej stacji benzynowej i zacząłem machać. Zgodnie z przewidywaniem nikt nie był skory do zatrzymania się. Wreszcie nieopodal zatrzymała się jakaś rodzinka na krótki postój przed dalszą drogą. Zlitowali się nade mną i dopakowali do pełnego już samochodu. Kierowca nie przekraczał 50 kmh ale nie miało to znaczenia - wiedziałem że jadę prosto do UB i wszystko mi było jedno o której tam dotrę. Znowu migowe rozmowy uzupełniane zdjęciami na komórce z farmy i dotychczasowej podróży. Droga minęła bardzo miło, w dodatku rodzinka podrzuciła mnie prawie pod same drzwi mieszkania Jasona. Coś pięknego. 
Mój zabójca

Teraz wreszcie o tytułowym rekordzie. U Jasona wszystko dokładnie sobie przeliczyłem, popatrzyłem w kalendarz i jednosobowa komisja ogłosiła werdykt. Życiowy rekord! Dokładnie 14 dni i 5 godzin bez mycia się! Co tam jazda stopem do Chin! To była dopiero rzecz, którą będzie można się dzieciom chwalić. Byłem z siebie niesamowicie dumny. Chwilę napawałem się tym momentem w łazience, po czym ze względu na mojego współlokatora wskoczyłem pod prysznic. Tym samym zerwałem z życiem pastucha i na powrót zostałem mieszczuchem.

Kotlet w czasie ustanawiania rekordu

Szczęśliwy Kotlet na finiszu rekordu

Kotlet zdatny do mieszkania z kimkolwiek oprócz Mongołów

poniedziałek, 15 września 2014

Ojacie!

To piękne słowo zapożyczone od jednej z moich znajomych idealnie opisuje aktualny stan, w jakim się znajduję. Ojacie! To już jutro. Ojacie! Jeszcze tylko jedna noc we własnym łóżku. Ojacie! Wreszcie się okaże czy to wszystko jakoś wypali. Ojacie! Wszystkie sprawy do załatwienia skreślone. Ojacie! Pełny kalendarz kończy się na jutrzejszym dniu, później wymowna pustka. Ojacie! Wygląda, że jestem gotowy.

Ojaciów można by jeszcze wymieniać dużo, ale najważniejsze jest to, że jutro wyruszam. Wytoczę się z rana na wylotówkę na Warszawę i z nadzieją wystawię kciuk.

22 kilogramy. Tyle ostatecznie waży mój plecak. Dużo. I to dużo za dużo. Nie jest jednak łatwo spakować się na przekrój temperatur od -10 do +30⁰C. Liczę na to, że nie będę, aż tak dużo chodził z plecakiem, szczególnie w terenach górskich. Po prostu liczę na życzliwość ludzi przy łapaniu stopa :)

Trzymajcie kciuki!

niedziela, 7 września 2014

Kotlet solo raz!


Solo. Nie podwójny czy potrójny i z pełnym zestawem dodatków, jakiego zamówiłby pewnie każdy szanujący się zjadacz mięsa, za jakiego sam się uważam. Kotlet pojedynczy.

Po pytaniu o strach, o którym już pisałem kolejnym zazwyczaj jest „A czemu sam?”. Pytanie jest zasadne, bo faktycznie większość dotychczasowych podróży odbywałem w jakiejś mniejszej lub większej grupie przyjaciół. Wyjątkiem były wyprawy po górach. Rok temu udało mi się przejść Główny Szlak Beskidzki właśnie w pojedynkę. Przed wyjściem zastanawiałem się czy to dobry pomysł, czy nie będzie nudno, smutno i zamulaście. Nie było. Było za to poznawanie nowych ludzi, walka z samym sobą i ogromna satysfakcja. Co więcej, po powrocie nie wyobrażałem sobie, żebym miał przejść ten szlak z kimś. Pewnie sporo z Was myśli sobie teraz: „Jakiś dziwak i odludek z tego Kotleta”. Otóż jest to absolutną nieprawdą i mam nadzieję, że osoby które mnie znają mogłyby to potwierdzić. Ale (Tak, wiem "nie zaczyna się zdań od ale". Ale ja jestem inżynierem, a nie polonistą więc sobie pozwalam) oczywiście góry to jedno, a podróże po świecie to drugie.

Jak już pisałem większość dotychczasowych wypraw była z kimś i zdecydowanie tego nie żałuję. Było dużo śmiechu (bo jak wiadomo w kupie weselej), było wspólne podejmowanie decyzji (mniej lub bardziej jednogłośnych), było wspólne rozwiązywanie problemów, była możliwość zwalenia winy za niepowodzenie na kogoś innego, a w ostateczności podzielenia jej na kilka głów i wreszcie było ekstremalne poznanie się oraz zyskanie przyjaciół na całe życie. 
Kotlet solo raz. Na wynos.

Mógłbym teraz przedstawić minusy podróżowania „w kupie”, ale jako że uważam się za optymistę, przekornie przedstawię je jako plusy podróżowania samemu. Chyba najważniejsza rzecz to poznawanie innych ludzi. Gdy „tambylcy” widzą samotnego gościa na drodze istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że pomogą ci w każdej sprawie, bardzo często wykażą się ogromną gościnnością, zaproszą do domu i nakarmią. Jadąc samemu jest więc szansa maksymalnego wniknięcia w kulturę danego kraju i poznania go w ten najlepszy sposób, czyli od środka. Oczywiście będąc w grupie też spotyka się takich ludzi, jednak często machną oni ręką i pomyślą „jest ich kilku, dadzą se radę”. 

Kolejna rzecz to decyzje. Podejmowanie ich i ustalanie planu samemu nie daje możliwości zwalenia na kogoś ewentualnych niepowodzeń. Co sobie postanowisz tak będzie. Jeśli później okaże się to klapą – trudno, wiesz że była to tylko twoja decyzja. Jeśli z planów wyjdzie coś epickiego – masz ogromną satysfakcję z tego, że sam to wymyśliłeś. Ot, mała sprawa, a nie ma szans doświadczyć tego podróżując z kimś. Fakt ten pomaga również rozwinąć własne umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Nie ma „jakoś to będzie, może ktoś coś wymyśli”. Jeśli sam czegoś nie wymyślisz to problem się nie rozwiąże i kropka.

Teraz coś o czym już kiedyś wspominałem, a mianowicie kolega Czas. Ciężko jest znaleźć kogoś, kto miałby dokładnie tyle czasu, ile potrzebujesz. Zazwyczaj ten ktoś musi wracać wcześniej, przez co tu i ówdzie trzeba przyspieszyć, coś opuścić i nagle orientujesz się, że znowu napierasz jak głupi do przodu zamiast na luzie chłonąć atmosferę każdego miejsca.

Jeszcze sprawa ostatnia. Jadę sam, ale nie samotnie. To dwie różne sprawy, które trzeba rozgraniczyć. Mam nadzieję poznać wielu, wielu ciekawych ludzi i spędzić z nimi jak najwięcej czasu. A jeśli już naprawdę będę tak beznadziejny, że nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać to przynajmniej odwiedzę znajomych z Kazania i Nowosybirska. Podróż samotna jest czymś kompletnie innym, co nie znaczy, że gorszym. Zresztą na pewno na niejednym odcinku mojej trasy również jej zaznam.

Piszę to wszystko, żeby odpowiedzieć na pytanie, które często jest mi zadawane, ale również żeby uspokoić sam siebie. Nie ukrywam, że jest to pierwsza tak duża wyprawa, na którą jadę w pojedynkę, więc sam nie jestem pewien jak to wszystko wyjdzie. Jeśli tak długi wyjazd samemu okaże się kaszaną to wrócę. Bez żalu, za to z satysfakcją, że spróbowałem czegoś nowego. Niedosytu z powodu przerwanej podróży nie będą mieli też współtowarzysze, bo takowych nie będzie. Proste, prawda?