Na początek informacja do wiadomości publicznej. Czytacie najprawdopodobniej ostatni post Kotleta Na Wynos. Przynajmniej w najbliższym czasie. Nie mam pojęcia jak ułożą się dalsze plany Kotleta, więc tym bardziej nie mogę nic powiedzieć o przyszłości tego bloga. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu smutno, bo pisanie kolejnych postów jakoś weszło już w harmonogram moich zajęć. Życie jednak toczy się dalej, a blog i tak spełnił swoją dotychczasową rolę w wymiarze dużo większym niż się początkowo spodziewałem. Poza tym patrząc na prawą stronę bloga widzę tekst '...wyruszył w podróż i jest mu z tym dobrze. Jeśli to się zmieni to wróci'. Co prawda się nie zmieniło, ale wrócił. A dokładniej właśnie wraca.
Piszę te słowa z lotniska w Kuala Lumpur, choć opublikowanie ustawię na kilka dni później, aby pojawiła się wreszcie lokalizacja: Polska :) Co działo się przez ostatnie dni? Ostatniego Marzenia Kotleta, czyli dotarcia autostopem na równik i południową półkulę opisywał nie będę. Nie będzie więc o wyjątkowo ciężkim podróżowaniu na Sumatrze, uczestniczeniu w obronie indonezyjskiej pracy magisterskiej, dwudniowym swataniu mnie z islamską pięknością, spaniu z dwoma studentami na ośmiu metrach kwadratowych i mieszkaniu pod namiotem w indonezyjskim wulkanie. Przynajmniej na razie. Będzie za to o radości, spełnieniu i szczęściu. Ktoś pomyśli: 'Będzie podsumowanie podróży!'. Nie. Będzie o powrocie do Domu.
Może gdy stanąłem na lądzie po jachtostopie? Może gdy pomieszkiwałem w Kuala Lumpur? Albo już wcześniej, gdy dotarłem do cywilizacji, po przebyciu szlaku w Birmie? Nie jestem pewny kiedy. W każdym razie stało się. Popatrzyłem w lustro.
Od bardzo długiego czasu tego nie robiłem. Zazwyczaj standard moich noclegów takowych nie uwzględniał. Nawet jeśli bywało inaczej, nie czułem takiej potrzeby. Odkąd przestałem go używać do zakładania soczewek i odkąd nauczyłem się przycinać zarost nożyczkami gdzieś na poboczu w oczekiwaniu na transport. Odkąd zorientowałem się, że to czy mam wielkiego 'koguta' z włosów na głowie nie robi mi wielkiego znaczenia. Odkąd wiem, że koszulka i tak jest niewyprasowana i ma plamy chociażbym nie wiem jak na nią patrzył. Odkąd... No po prostu przestałem.
Pierwszy raz od bardzo dawna spojrzałem więc w lustro tak naprawdę. Nie bezmyślnie, szczotkując z rana zęby. Popatrzyłem sam sobie głęboko w oczy. Z pełnym zrozumieniem. Potem ogarnąłem całą twarz i resztę ciała aż po stopy. Przekręciłem głową w prawo i w lewo, jak zwierzaki, gdy pierwszy raz zobaczą swoje odbicie. Co zobaczyłem? Kilka zadrapań na czole od jakichś przydrożnych krzaków. Dosyć gęstą brodę, która w przypadku mojego lichego zarostu oznaczała długie nieużywanie maszynki. Kilka dodatkowych zmarszczek na czole, których jakoś nie pamiętam sprzed wyjazdu. Zapadnięte niektóre mięśnie, które dawno nie widziały 'obwodowych treningów' na siłowni. Za to trochę komicznie wyolbrzymione bicepsy od podrywania plecaka kilka razy dziennie i uda od przebytych kilometrów. Zobaczyłem małe blizny na nogach po pijawkach w dżungli Namtha, które chyba już nie znikną. Zobaczyłem odciski na dłoniach od kopania fundamentów na Koh Sdach. Śmieszny nieopalony fragment ręki pod opaskami na nadgarstku, które miały mi przypominać o różnych wydarzeniach, ale w większości już się zwyczajnie zniszczyły. Zobaczyłem pojedyncze ziarenka ryżu ze żniw w Soptod wciąż wysypujące się z zakamarków butów. Zobaczyłem plecak pozszywany nieudacznie w wielu miejscach, w którym nieustannie odnajdywałem stepowy pył z Mongolii. Zobaczyłem buty kupione przed wyjazdem, których aktualny stan wołał o pomstę do nieba. Zobaczyłem dziury w spodniach od kolców na birmańskich bagnach. Zobaczyłem słone zacieki na plecaku od morskiej wody, która wdzierała się do mojej koi w czasie jachtostopu.
Wróciłem wzrokiem do własnych oczu. KOGO zobaczyłem? Człowieka, który w ostatnich siedmiu miesiącach przeżył więcej przygód niż w całym dotychczasowym życiu. Człowieka, który pokonał 30 tysięcy kilometrów praktycznie w całości licząc na życzliwość i uprzejmość ludzką. Człowieka, który rozbijał samotny obóz nad dzikim Bajkałem, wypasał owce w Mongolii, poznawał tajniki jazdy konnej, uczył dzieci w mongolskiej szkole, przeżył trzęsienie ziemi w Chinach, zgłębiał buddyzm pod Tybetem, przemierzał dżunglę w Namtha, pracował przy żniwach ryżu w Laosie, odkrywał górską Kambodżę, mieszkał na wyspie na końcu świata, brnął przez zakazaną birmańską Północ, jeździł na słoniach i pływał katamaranem po tajskich wyspach. W porównaniu do wielu ludzi, których poznałem w drodze to tyle, co nic. Chcę jednak to wszystko sobie postawić przed oczami. Te miliony obrazów.
Dlaczego? Żeby pojąć czemu w lustrze nie widzę już człowieka, który wyjeżdżał ponad pół roku temu z Krakowa. Oczy, które widziały tyle ludzkiego szczęścia i niedoli musiały się zmienić. Twarz tyle razy krzywiona naprzemian grymasami bólu i szerokim uśmiechem musiała się zmienić. Włosy tyle razy skracane mniej lub bardziej wprawnymi nożyczkami musiały się zmienić. Skóra przyjmująca trzaskające mrozy i upalne słońce musiała się zmienić. Ręce zmagane ciężką pracą i błogim relaksem musiały sie zmienić.
Patrzyłem więc w oczy innemu człowiekowi. Człowiekowi, którego widziałem teoretycznie pierwszy raz w życiu. Mimo to nie mogę powiedzieć, że był mi obcy. W końcu ze wszystkich sił starałem się go poznać przez te miesiące. Sprawdzałem go w różnych warunkach. W biedzie i w bogactwie, w głodzie i w dobrobycie, w samotności i w towarzystwie, w mrozach i w upale, w lenistwie i w ciężkiej pracy, w miastach i na odludziach, w smutku i w radości. Tak... Poznałem go bardzo dobrze. Dużo lepiej niż tego, którego ostatni raz widziałem w moim domowym lustrze. Tego nowego przejrzałem na wylot. Dzięki temu podróżowaniu dobrze wiem czego się po nim spodziewać w każdej sytuacji. To dobrze. W końcu spędzę z nim resztę życia.
Temat postu jest jednak jednoznaczny. Co powiedziało mi lustro? Dla niektórych będzie to może zaskoczenie, dla niektórych nie. Lustro powiedziało wprost... 'Pora wracać, Kotlecie'.
Do tego dopuścić nie można...
Wielu uznaje, że powrót to moment przekroczenia progu domu i spotkania się z bliskimi. Dla mnie to coś innego. To moment kiedy wreszcie odwracam się na pięcie i przestaję przeć naprzód. To myśl, że na horyzoncie punkt zwany Domem staje się coraz większy, a nie zanika nieuchronnie. To fakt, że punkt ten od teraz będę miał dokładnie przed sobą, a nie gdzieś daleko za plecami. Do tej pory nie miałem celu w mojej podróży. Po prostu szedłem przed siebie tam, gdzie aktualnie miałem ochotę. Teraz ten cel jest jasny. Wracam.
Czy mam plan na ten powrót? Miałem. Rozbudowany, misterny plan, który stopniowo rodził się w mojej głowie. Gdy wreszcie zaczął nabierać rumieńców, a ja sam zacząłem wyczuwać znajomą ekscytację, nagle coś się zmieniło. Stanąłem przed tym głupim lustrem. Lustra oczywiście nie gadają, ale kotlety jak najbardziej. Tych było w mojej głowie co najmniej kilka. Przez jakiś czas te kilka kotletów nie mogło się ze sobą dogadać. Rozważali miliony za i przeciw, kłócili się ze sobą, a czasem wręcz wrzeszczeli w mojej głowie. Uciąłem te dywagacje, gdy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Chcę wrócić. CHCĘ. Pozornie błache stwierdzenie, ale jeszcze nigdy w życiu go nie użyłem w kontekście podróży. Zawsze wracałem, bo 'trzeba'. Albo jakieś załatwienia w domu, albo spotkania, albo kompani podróży mieli dosyć, albo po prostu założony budżet się wyczerpał. Wracałem, bo musiałem. Pierwszy raz jest inaczej. Czuję, że zwyczajnie mam ochotę wrócić do domu zamiast podróżować dalej. Od wielu miesięcy robię to, na co mam w życiu ochotę i tym razem również nie zamierzam tego zmieniać. Wiem, że powrót do rzeczywistości będzie trudny. Wiem też, że pewnie pojawią się podsycane przez innych myśli, że trzeba było siedzieć dalej w tej Azji. Ale równocześnie wiem, że nie będę żałował tej decyzji, bo od dawna nie byłem do czegoś tak przekonany, jak w tej chwili. Wspaniałe uczucie.
Wychodzi więc na to, że nie zatrzymał mnie czas, bo nadal mam go pod dostatkiem. Nie wracam również z powodu pustego konta, chociaż nie ukrywam, że pojęcie bankructwa jest mi coraz bliższe. Nauczyłem się jednak ledwo co ruszać oszczędności, więc na jakiś czas by jeszcze pewnie starczyło. Nie zdecydowałem się wrócić z 'rozsądku', o którym pisałem swego czasu w Pekinie. Znużenie podróżą? Jak sobie policzyłem spędziłem w tej wyprawie 2,5% mojego życia. To dużo. Może nawet bardzo dużo. Powodem powrotu nie jest jednak zmęczenie, choć oczywiście pewne jego symptomy się pojawiają. No więc co? Zwyczajnie poczułem, że chcę wrócić i że właśnie to będzie naturalną kontynuacją mojej podróży. Tego bym się w życiu nie spodziewał.
Kiedy można więc będzie przeczytać post na blogu z podpisem 'Lokalizacja: Polska'? Myślę, że mogę to już określić z dokładnością do kilku dni, ale nie lubię rzucać datami. Zawsze jak się poczyni za dużo planów to coś się posypie. Poza tym...
Mam do załatwienia w Azji jeszcze jedną sprawę. Ostatnie Marzenie Kotleta w tej podróży. Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, w chwili gdy to czytacie jestem w trakcie próby jego realizacji. Może mi to zająć kilka dni, tydzień, a może więcej. Czy się uda? Nie mam pojęcia. Jak zwykle nie zamierzam jednak podcinać sobie żył w przypadku niepowodzenia.
Można się oczywiście domyślić, że to Ostatnie Marzenie również wymagało pewnych przygotowań i rozmyślań. Czy to znaczy, że taki plan był już dawno? Jasne, że tak. Po prostu tak to już jest z tym Kotletem, że wymyśla sobie różne rzeczy, ale rzadko o nich mówi przed realizacją...
Bardzo dużo ludzi od początku mojej podróży pyta mnie 'Jak Ty sobie tam radzisz?', 'Jak to wszystko ogarniasz?', 'Przecież to tyle planowania', 'Ty to musisz mieć łeb jak sklep'. To ostatnie to szczera prawda, ale dlatego, że zawsze mam problem ze znalezieniem kasku XXL z powodu wielkiej głowy.
Teraz powiem szczerze. Inne rzeczy to też prawda. Podróżowanie to nie przelewki. Postanowiłem więc nagrać film z takiego jednego poranka pełnego gorączkowych przygotowań, planów, nerwowych rozmyślań i zaskakujących przygód. Jeśli ktoś ma słabe nerwy niech odpuści oglądanie. Bez żartów.
Mnisi buddyjscy. Mają w sobie jakąś nieokreśloną tajemnicę. Każdy wydaje się zagadką. Każdy ma w oczach niewypowiedzianą mądrość. Klasztory umiejscowione gdzieś wysoko w górach to natomiast istne siedlisko tajemnic. Moja mina, gdy zobaczyłem jeden z nich na szczycie Góry, była więc prawdopodobnie zbliżona do min zdziwionych mnichów. Taka niema cisza trwała dobrą chwilę. Nie mam pojęcia kto był bardziej zaskoczony. Wreszcie się opamiętałem i wydukałem 'Eee, Minglaba?'. Znaczy 'Dzień dobry', jedno z niewielu birmańskich słów jakie znałem. Na odpowiedź musiałem trochę poczekać. Nie wiem czy ich zdziwienie było spowodowane widokiem człowieka, widokiem białego człowieka, widokiem człowieka wychodzącego z lasu czy widokiem człowieka z ogromnym plecakiem. Prawdopodobnie wszystko naraz.
Po chwili zaczęli jednak dawać oznaki życia. Szybko nawiązaliśmy kontakt uśmiechowo-uśmiechowy. Polecam ten język obcy. Do nauki wystarcza lustro w domu, a dogadać się można w każdym zakątku świata. Miałem nadzieję na jakiegoś wysoce wykształconego mnicha, który będzie mówił po angielsku. Faktycznie, sprowadzono do mnie kogoś na kształt przeora, ewidentnie przodującego wiekiem. I faktycznie znał angielski. 'Yes' i 'No'. Jako, że i tak nie rozumiał moich pytań, więc zazwyczaj łączył te dwa słowa w jedno.
Czułem się jak we śnie. Oto nagle wylądowałem w jakimś buddyjskim klasztorze i siedzę sobie wygodnie po turecku z wszystkimi mnichami. Brzmi jak zmyślona bajka. Musiałem się jednak jakoś w tym odnaleźć. Od razu było widać, że jak na buddystów przystało, nie odczuwają nawet cienia złości, iż nagle wtargnąłem z lasu prosto do ich królestwa. Ba! To mnie podjęto jak króla. Najpierw ugoszczono chlebem i herbatą, później jeden z mnichów oprowadził mnie po klasztorze. Zbliżało się południe, więc mnisi zbierali się na ostatni posiłek tego dnia (w klasztorze nie je się po 12, bo właśnie wtedy wszystkie pokarmy ofiarowane są Buddzie). Oczywiście zostałem zaproszony. Przeżycia spożywania strawy w ciszy w kręgu mnichów nie zapomnę chyba do końca życia.
W klasztorze spędziłem sporo czasu. Nie mogłem nacieszyć się miejscem, w które wepchnął mnie ślepy traf. Zastanawiałem się nawet czy nie zostać tam na noc, ale nie miałem pojęcia, czy wypada o to zapytać. Ostatecznie więc w 'uśmiechowym' poprosiłem o zapas wody i powiedziałem, że ruszam w dalszą trasę. Tysiące razy ukłoniłem się każdemu mnichowi. Niestety nie mam wiele zdjęć z klasztoru. Zwyczajnie nie chciałem w jakikolwiek sposób kogoś urazić.
Na początek szybka uwaga. Trochę zmieniłem układ bloga. W razie gdyby ktoś się nie połapał, to teraz trzeba wcisnąć 'Czytaj dalej', aby otworzyć całość posta :) Tyle ogłoszeń.
Gdy wyruszałem z Lonton zostawiając za sobą strzępki cywilizacji, miałem sporo myśli i marzeń w głowie. Chciałem spędzić trochę czasu w samotności, chciałem popodglądać dziką naturę, miałem nadzieję choć raz wykąpać się w Indawgyi. Wszystko to były jednak marzenia poboczne. W mojej głowie jakiś czas temu pojawiło się jedno Marzenie. Na końcu jeziora znajduje się największa w okolicy góra. Figurowała na moich amerykańskich mapach, więc chwilę już tam stała. Nie była opatrzona żadną nazwą, więc po długich przemyśleniach ochrzciłem ją Górą. Na szczycie Góry znajdowała się sporych rozmiarów pagoda buddyjska. Wiedziałem o niej od miejscowych, bo z Lonton Góry próżno było wypatrywać. 'A gdyby tak...'. Zaraz pojawiła się też druga część Marzenia. 'Może by spróbować obejść całe jezioro Indawgyi'. Owszem, było duże, ale przecież nabicie trochę kilometrów mi nie zaszkodzi. Czas miałem. Na drodze do realizacji Marzenia stały dwa główne problemy. Pierwszy to absolutny zakaz przebywania obcokrajowców w obszarze, którego granica przebiegała mniej więcej 15 kilometrów za Lonton i przecinała jezioro na pół. Góra znajdowała się oczywiście w tym zakazanym rejonie. Wiedziałem więc, że to Marzenie stoi poza granicą legalności. Z drugiej strony, jakby to powiedział mój licealny wychowawca 'Jest ryzyko - jest zabawa'. Druga przeszkoda to ogromna rzeka, wypływająca z jeziora dokładnie na przeciwległym brzegu. Na mniejszych strumieniach miałem nadzieję na mostki, ale na tej musiałaby powstać konstrukcja godna jakiegoś absolwenta Politechniki. Nie miałem oczywiście wtedy pojęcia, że oprócz tych dwóch problemów nie do obejścia, może zatrzymać mnie jeszcze tysiąc innych.
Wydostanie się z Bangkoku było tak samo problematyczne jak w przypadku wszystkich wielkich miast. Po dwóch godzinach wylądowałem jednak na względnie zamiejskiej drodze. Bez większych utrudnień przemieszczałem się w stronę birmańskiej granicy. Za utrudnienia nie uznaję usmażenia się przez trzy godziny największego upału na pace półciężarówki. Urozmaiceniem był też odcinek pokonany z Ooo (tak, to jest imię). Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, bo Ooo karkołomnie przekroczył trzy pasy, aby do mnie podjechać. Gdy tylko zaglądnąłem do środka już wiedziałem. Ladyboy. W wolnym tłumaczeniu - babochłop. Skąd taki osąd? Nietrudno się domyślić. Całe auto w różu, wszystko wyperfumowane, za kierownicą chłop udający kobietę, a na kolankach słodki piesek. Zresztą nawet gdybym się nie domyślił to nowy znajomy od razu się przedstawił. 'Jestem Ooo, babochłop'. Najpierw się wahałem czy wsiadać, ale uznałem że transport jest transport, a z jednym mocno zniewieściałym gościem chyba sobie poradzę w razie czego. Ooo okazał(a) się jednak niegroźny. Raz zaczął pokazywać jakieś gesty w okolicy krocza, ale na szczęście chodziło o przerwę na siku dla pieska. Muszę się przyznać, że gdy się rozstawaliśmy byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o wspólną fotkę. Trochę to nieludzkie, bo Ooo cieszył się jak dziecko, a mi zależało tylko na pamiątcę. Być w Tajlandii i nie mieć zdjęcia z Ladyboyem? Być nie może.
Z Koh Sdach wyjeżdżałem z niemałą nutą smutku. Patrzyłem na oddalającą się wyspę z pokładu małej łódki, która za 5000 riel miała dowieźć mnie na stały ląd. Pojawiały się różne myśli 'Po co ci to znowu? Źle ci tutaj? Przecież możesz przedłużyć wizę i siedzieć tu jeszcze miesiąc albo i dłużej'. Krótko mówiąc napadł mnie mały kryzys. Po trzech tygodniach stanąłem stopą na stałym lądzie i skierowałem się na gruntową drogę wyjazdowa z wioski Poy Jopon, gdzie przyszło mi znowu liczyć na ludzką życzliwość. Kryzys na szczęście minął w momencie, gdy złapałem pierwszego stopa. Zabrał mnie pewien wojskowy jadący skuterem na posterunek w środku dżungli. Potem było jeszcze kilka podwózek i ostatecznie klasycznie kambodżański autobus, w którym nie chcieli pieniędzy. Dojechałem na główną drogę, gdzie po dłuższym oczekiwaniu wskoczyłem na pakę wyładowaną oponami. Sto kilometrów z kolejnymi kierowcami szczęśliwie doprowadziło mnie na granicę. Pieczątka wymeldowania się z Kambodży, wjazdu do Tajlandii (Tajowie nie wymagają wiz przy pobycie krótszym niż 15 dni) - jedna z łatwiejszych granic. Odszedłem kawałek i zacząłem łapać.
Jestem w Laosie. To informacja numer jeden na dziś. Zanim jednak przejdę do konkretów, mimo że nie chcę, to muszę na chwilę wróci do Chin. Jestem to winien ludziom, dzięki którym zakończenie mojej chińskiej przygody było niezwykłe. Sprawili oni, że opuściłem ten kraj czując się jak król niesiony w lektyce.
Na dotarcie spod Tybetu do granicy zostawiłem sobie bezpiecznie 6 dni, choć liczyłem że uda mi się to zrobić w 4. Z Shangri-la złapałem rodzinkę, która wcisnęła we mnie niebotyczne ilości jedzenia na obiedzie i zawiozła aż pod Lijiang. Spędziłem trochę czasu na stacji i złapałem klasyczną Złotą Strzałę. Planowałem jechać najpierw do Kunming (to taki chiński Tarnów - biegun ciepła gdzie zawsze jest wiosna) i później przez kolejne miejscowości przepychać się pod granicę. Na wspomnianej stacji spotkałem parę, która jechała do domu jakieś 200 km od granicy laotańskiej. 1150 km i jeszcze z chęcią zgodzili się mnie wziąć. Ostatnie takie szczęście miałem jadąc z Czipsem. Jedynym minusem był fakt, że planowali jechać na przełaj przez góry i wioski, a nie autostradą dookoła. Uznałem jednak, że takich okazji nie można przypuszczać. Jechaliśmy do późnej nocy mozolnie pokonując kolejne osady. Wreszcie dotarliśmy do miasta, którego nazwa brzmiała jak dzwonek do drzwi i para uznała, że musimy przenocować. Pomimo moich zapewnień, że będę spał w namiocie, zatrzymaliśmy się w wysokiej klasy hotelu. Kierowca bez słuchania sprzeciwów zapłacił za dodatkowy osobny pokój. Dla Króla Kotleta oczywiście. Następnie poszliśmy na kolację do ekskluzywnej restauracji, gdzie zjadłem drugi ogromny posiłek tego dnia.
Kotlet na salonach
Wyspałem się jak nigdy, nacieszyłem telewizją i internetem w królewskim apartamencie. Rozważałem czy po polsku nie zabrać też wszystkich darmowych szamponów, mydeł, jednorazowych grzebieni i szczoteczek do zębów. Uznałem jednak, że plecak mam już wystarczająco ciężki. Umówiliśmy się rano o 9. Byłem 20 minut przed czasem, żeby przypadkiem nie odjechali beze mnie. Ruszyliśmy w drugi dzień wspólnej podróży. Początkowo narzekałem na tą szaloną drogę przez wioski, ale dzięki niej zobaczyłem trochę prawdziwych Chin. Nie tych wielkomiejskich, nafaszerowanych Europą. Myślałem że takiej Azji już nie ma. Zobaczyłem rolników mozolnie przekopujących całe pole motyką, ludzi w stożkowych kapeluszach, woły zaprzęgnięte do pracy w polu i prawdziwe (nie te elektryczne) riksze. Miejsca, gdzie nie zapuszczał się żaden turysta, a i podróżników pewnie nie ma zbyt wielu. Wartało zjechać z autostrady te 800 km.
Od mniej więcej połowy drogi zaczął zmieniać się też krajobraz. Suche pola kukurydzy zastąpiły rozkwitające kwiaty, a pospolite drzewa zmieniły się w bambusy i ogromne kompletnie mi nie znane egzotyczne rośliny. Okolica wręcz wybuchła zielenią. Zaczęło formować się coś, co do tej pory znałem tylko z książek i filmów. Dżungla. Jeszcze nieśmiała, ale już napełniająca trwogą. Moi wspaniali znajomi wysadzili mnie 150 km przed granicą. Oczywiście dali swój kontakt i obdarowali prezentami. Wysiadłem z lektyki. Utrzymanie Jego Królewskiej Mości Kotleta przez te dwa dni wyniosło bagatela kilkaset złotych, z czego pozwolono mi zapłaci 2,50 zł za paczkę ciastek.
Złapałem jeszcze krótkiego stopa i uznałem, że nie będę ryzykował szukania miejsca na namiot w dżungli po ciemku. Była 17 i niedaleko ukazało się idealne miejsce na nocleg - niedokończony domek z drewna. Budowla już trochę egzotyczna, chatka była posadowiona na palac wystających z ziemi. Ulokowałem się na pierwszym piętrze (na wszelki wypadek w namiocie bardziej ze względu na zwierzęta niż chłody). Były 24 stopnie i poczułem wspaniały zapach lata.
Widok z mojego apartamentu
Mój apartamentowiec
Też salony
Z rana tradycyjnie zebrałem się wcześnie, ale gdy wyjrzalem przez okno mojego apartamentu, postanowiłem się nie spieszyć. Całą okolicę spowiła gęsta mgła. Przypomniałem sobie, że kiedyś o tym czytałem. Jedynym minusem pory deszczowej w tropikach jest właśnie poranna mgła utrzymująca się mniej więcej do 10. Łapanie stopa było porównywalne do nocnego machania. Mimo to już po kilkunastu minutach ktoś stanął z czystej ciekawości, a może strachu. Gdy zorientował się o co chodzi przez chwilę chciał odjechać, ale szybko otworzyłem drzwi i bez pytania wskoczyłem do środka. Następna okazja mogła się nie trafić. Kierowca zawiózł mnie aż 120 km do następnej wsi, gdzie po dłuższej chwili złapałem transport na samą granicę. Jeszcze szybki ostatni chiński posiłek za ostatnie juany i byłem gotowy do tradycyjnych granicznych walk. Jak się okazało niepotrzebnie. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko przebiegło bardzo spokojnie. Głównie dlatego, że wreszcie granicę można było pokonać pieszo, a nie prosić o łaskę kierowców. Szybka odprawa po stronie chińskiej ('Polska? A znam, całkiem niezłą drużynę piłkarską macie!' - celnik chyba myślał o innej Polsce...), kilometr marszu Ziemią Niczyją i dotarłem do dosyć egzotycznego budynku granicznego Laosu. Pan wydający wizy akurat jadł obiad, więc musiałem trochę poczekać, ale ostatecznie za 30$ dostałem ładną laotańską naklejkę w paszporcie. Nikt o nic nie pytał, nie sprawdzał bagażu. Najprzyjemniejsze przejście jakie miałem okazję odwiedzić.
Poranne uroki pory suchej
Ostatni rzut oka na Chiny. Na razie tęsknił nie będę.
Znalazłem się w Laosie. Jeszcze rok temu nie do końca umiałbym umiejscowić ten kraj na mapie. Co uderzyło mnie zaraz po znalezieniu się na tej ziemi? Wszechobecna dżungla? Odgłosy jak w krakowskim zoo? Brak ludzi? Niesamowity upał i wilgotność uniemożliwiająca większy wysiłek? Potrzeba natychmiastowej zmiany spodni na szorty? Nie. To co pierwsze zachwyciło mnie w Laosie to Cisza. Wreszcie. Po miesiącu w Chinach zacząłem się przyzwyczajać i chyba zapomniałem co to znaczy 'słyszeć' ciszę. Żadnych krzyków, warkotów silników, wrzasków i pisków. Tylko odgłosy natury i lekkie skrzypienie mojego prawego buta. Od tamtej chwili wiedziałem już, że w tym kraju odpocznę i zaznam niczym nie zmąconej podróżniczej atmosfery. Tak swoją drogą to kolejny powód do docenienia naszego pięknego kraju nad Wisłą. Spotkałem po drodze wiele osób, które mówiły 'Polska? Tak, byłem kiedyś! Boże, jak Wy tam macie cicho i spokojnie. I te Mazury...'. Nie zmyślam tego na potrzeby posta, to autentyczny cytat. Zawsze wtedy myślałem, że przesadzają. Przecież u nas w miastach jest gwar i hałas. Teraz już wiem, że to co nazywamy gwarem w rzeczywistości jest oazą spokoju. Trochę się o tej ciszy rozpisałem, ale jest to temat warty podkreślenia. Tego dnia nie tylko zakochałem się od pierwszego wejrzenia w Laosie, ale również zapałałem po raz kolejny miłością do Polski.
No to wio!
Inny świat
Kotlet nie do końca wiedzący jak się zachować w takiej temperaturze
Z granicy leniwym krokiem doszedłem do pierwszego miasteczka. Bałem się, że czar pryśnie, ale nic takiego się nie stało. Kilka straganów, domki z cegły, żadnego ruchu czy pośpiechu. Kupiłem puszkę coca-coli (to taki mój zwyczaj na ukoronowanie jakiegoś osiągnięcia) i po kilkunastu krokach byłem na wylotówce z miasta. Nawet nie potrzebowałem Hitchwiki. Nikt mnie nie mijał, ale specjalnie się nie przejmowałem, miałem czasu pod dostatkiem. Po niedługiej chwili zgarnęli mnie... Chińczycy. 'Cholera, chyba się od nich nie uwolnię'. Raz jeszcze użyłem mojego liściku i okazało się, że mogą mnie wziąć aż do wioski Luang Namtha, czyli mojego celu. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze ich laotańskiego przyjaciela. Przekonałem się, że oprócz kraju polubię również ten naród. Wreszcie choć trochę spontaniczności w porównaniu do dosyć sztywnych Chińczyków. Lao (chyba po polsku się tak nie mówi, ale będę używał zamiennika angielskiego bo jest kilkakrotnie krótszy od 'Laotańczyka') wyglądał i zachowywał się jakby właśnie wyskoczył z dżungli. Zatrzymywaliśmy się przy jakichś krzakach, wycinał gałązki i łodygi, szukał czegoś wokół drogi, po czym z tych wszystkich rzeczy i butelki po wodzie skonstruował fajkę wodną i zaczął w niej palić jakieś specyfiki, które mogły znieść chyba tylko indiańskie płuca. Oczywiście byłem częstowany, ale postanowiłem nie ryzykować. Zagęszczenie dymu w małym samochodzie i tak wystarczyło, żebym przez resztę dnia czuł się 'dziwnie'. W tej wesołej atmosferze dotarliśmy do Namtha.
Szalony Lao
Kompletnie inny świat. Już pomijam, że ludzi mniej i jakoś spokojniej. Dookoła autentyczna dżungla, a miasteczko wyglądało jak kolonia francuska. Nareszcie jakaś nowa architektura, a nie ciągle te smoki i lwy w każdym okapie domu, które na początku fotografowałem z wszystkich stron, a po miesiącu miałem ochotę bez powodu wykopać je na orbitę. W skwarze lejącym się z nieba obszedłem wioskę, zagadałem do kilku obcokrajowców i poszukiwałem noclegu. Najtańszy za 8 zł w szopach z łóżkami piętrowymi, ale ostatecznie zdecydowałem się na pokój jednoosobowy z łazienką i wifi w hotelu. 20 zł. Nie to żebym szukał wygód, po prostu na jeden dzień potrzebowałem internetu. Po rozgoszczeniu się ruszyłem na główną ulicę w celu, po który tu przyjechałem. Poszukiwałem przewodnika po dżungli, z którym mógłbym wybrać się na kilka dni w busz i który nauczyłby mnie jak najwięcej survivalowych metod na przetrwanie. Luang Namtha jest bazą wypadową do ogromnego chronionego terenu, gdzie ludzie żyją spokojnym życiem w małych osadach. Uprawiają małe polany w lesie, zbierają co się da i polują. Autentyczna dżungla zawierała również dzikie zwierzęta (łącznie ze słoniami), które w wielu przypadkach mają ochotę cię zjeść żywcem. Wyzwanie przyjęte!
Okazało się, że jest kilka firm zajmującymi się takimi wyprawami. Właśnie do tego potrzebowałem internetu. Przeglądnąłem opinie i wybrałem trzy, które nie wyglądały na naciągaczy, którzy zaprowadzą mnie na obrzeża wsi i powiedzą, że to już dzicz. Odnalazłem je w gąszczu domków Namtha i wypytałem o szczegóły. tak jak podejrzewałem impreza była dosyć droga. Dużo taniej wychodziło znaleźć jakichś kompanów. Wybrałem więc najbardziej interesujący mnie kierunek (trzy dni ostrego marszu z noclegami w wioskach), a miła pani obiecała wywiesić reklamę na tablicy i spróbować dobrać mi kogoś do grupy. Resztę dnia spędziłem na rozmowach z przypadkowymi ludźmi (wreszcie można tu spotkać trochę obcokrajowców, którzy nie są męczącymi turystami, a ciekawymi ludźmi z niesamowitymi historiami). Kilka wieczornych godzin spędziłem w towarzystwie pewnego rowerzysty z Anglii, jedząc kolację za 4 zł.
Luang Namtha. Niby zwykła wioska, ale zejdź 100 m z głównej ulicy a...
Dzięki otwartemu oknu i wentylatorowi w pokoju (w cenie!) dałem rade przetrwać upalną noc. Tak ciężko mi było uwierzyć, że niecałe 2 tygodnie temu telepałem się w nocy z zimna nad jeziorem Lugu. Wstałem jak nowo narodzony. Ruszyłem przez miasteczko w poszukiwaniu śniadania. Jak zwykle wypatrywałem dymu obok ulicy, który zwiastował najtańsze, najlepsze i najbardziej tradycyjne posiłki. Trzy placki po 40 gr sztuka, wielka bułka z kakao za 2 zł i papka z banana, ryżu i kukurydzy w tej samej cenie. Łącznie 5 zł. Trochę drogo, ale musiałem popróbować wszystkiego, żeby wiedzieć co wybierać kolejnego dnia. Wróciłem do hotelu, rozsiadłem się na balkonie z widokiem na miasteczko z buszem w oddali i raczyłem specjałami popijanymi darmową kawą hotelową. Królewskie życie nie chciało mnie opuścić.
Królewskie śniadanie
widok na Namtha
Około 10 jak zwykle rozeszły się chmury i mgła i zrobiło się na powrót upalnie. Miałem cały dzień do dyspozycji, więc postanowiłem zrobić coś ciekawego. Od jakiegoś czasu strasznie mnie nosi żeby pojeździć samochodem albo motocyklem. Od 7 lat nie miałem tak długiej przerwy! Trzeba było coś z tym zrobić. Uznałem że pożyczę sobie motocykl i przejadę po okolicznych wioskach. Za 12 zł dostałem motocykl, za kolejne 10 natankowałem do pełna. Ok, może nie był to motocykl marzeń, ale jeździł. W sumie było to coś pomiędzy motocyklem, a skuterem (choć nie siedziało się jak na kibelku jak to ma miejsce w przypadku skuterów). Tak czy inaczej pojemność 125, a na liczniku optymistyczne 160 więc byłem dobrej myśli. Zapytałem jeszcze o tablice rejestracyjne, których nie było, ale szybko się zorientowałem, że to naprawdę głupie pytanie. Kto by to sprawdzał na takim odludziu? Ruszyłem w stronę Muang Sing, wioski znanej swego czasu z chińskiego przemytu i 'Doktora Ameryki' (ciekawa historia, polecam lekturę). Początkowo odkręcałem manetkę nieśmiało, ale z czasem poznawalem moją potworną maszynę i dawałem czadu po wiejskich drogach. Naprawdę dawała radę, myślę że jechalem spokojnie powyżej 100 kmh. 'Myślę', bo licznik padł po kilku pierwszych dziurach...
Nie byle co...
Kotlet rządzi na dzielni
Droga była niesamowita! Dzika dżungla dookoła, zwisające liany i wrzaski ptaków. Do tego co kilka kilometrów napotykałem wioski złożone z bambusowych chat krytych słomą. W 100% autentyczne przeżycie, dokładnie na to czekałem. Do Muang Sing miałem 56 km, które pokonałem w 1,5 godziny ze względu na ogromne przerwy na fotografowanie. Sama wioska również zachwycała. Może kojarzycie film 'Indochiny'. Pamiętam z niego dwie rzeczy. Że był ekstremalnie nudny i że pokazywał niewyobrażalnie piękne krajobrazy. Czułem się jakby ktoś przeniósł mnie w te kolonialne czasy. Napotkałem tez pogrzeb, ale opisu nie będzie, bo nie byłem zaproszony. Po kilku rundkach dookoła ruszyłem w drogę powrotną. Zahaczylem jeszcze o wodospad, w którym zażyłem upragnionej ochłody. Oczywiście nie do końca przemyślałem sprawę późniejszego wysuszenia się, ale jako, że nikogo wokół nie było... ;)
Muang Sing
Laotański pogrzeb
Po powrocie, zanim oddałem mój bolid, zzajechałem jeszcze pod mój hotel. Wszystkie dziewczyny piszczały, padały mi do stóp i prosiły o przewiezienie. A przynajmniej ja tak to widziałem. Gdy się od nich opędziłem szybko sprawdziłem czy znaleźli się jacyś chętni na wyprawę do dżungli razem ze mną. Niestety pustki. Za to pełno ludzi na wypady kajakami czy krótkie trekkingi. Obawiałem się, że może być ciężko znaleźć kogoś z podobnym celem. Z tymi obawami doczekałem wieczoru, a rozwiązanie problemu przyszło samo. Zupełnie przez przypadek natrafiłem na innego solo podróżnika ze Szwajcarii. Pogadaliśmy chwilę i już wiedziałem, że to pokrewna dusza. W dodatkowo też chciał ruszyć następnego dnia. Szybko naswietliłem mu sytuację i chciałem żeby dołączył do mojej 'grupy'. Okazało się jednak, że znalazl jeszcze lepszą ofertę w drugiej firmie. 'Hardkor trekking przez trzy dni ze spaniem w dżungli i pozyskiwaniem z niej jedzenia'. Brzmiało jak wyzwanie. Szybko odstapiłem od poprzedniej wersji. Po długich zastanowieniach padła jeszcze jedna decyzja. 'Zróbmy z tego 4 dni, skoro już i tak będziemy w sercu dżungli, i zahaczmy o jakieś odosobione wioski.' Gość w firmie pośredniczącej z przewodnikami był niezwykle pomocny i zaplanował specjalnie dla nas trasę, która powinna spełnić te wymagania. Następnie sam targował dla nas cenę ze swoim przełożonym. Jest to prawdopodobnie najdroższa rzecz, na jaką się szarpnąłem w tej podróży, ale na pewnych sprawach nie zamierzam oszczędzać. Mam nadzieję, że będzie to warte każdej wydanej złotówki. Poprawia humor fakt, że organizacje te to tak zwany 'Ecotourism', czyli zdecydowana większość pieniędzy nie idzie do firm pośredniczacych, ale do lokalnych przewodników oraz organizacji utrzymujących rezerwat. Tak czy inaczej potraktowałem to jako prezent na św. Mikołaja, na pewno nie da rady przyjechać tak daleko na swoich saniach, więc musiałem postarać się sam :)
Pewnie zauważyliście, że post jest pisany 'na kolanie'. Dokładnie tak jest. Kończę go w noc przed wyruszeniem i jestem napalony jak cholera. Mam nadzieję, że po tych 4 dniach nie będę rozczarowany. A w razie, gdybym nie pisał nic po tym czasie, to znaczy, że tygrysy w Laosie faktycznie żyją na wolności!
Wyjazd z Xian odbywał się według stałego już schematu ucieczek z wielkich miast. Zebrałem się rano z hostelu, pożegnałem z moją ulubioną recepcjonistką i wpakowałem do metra. Tym razem trochę inaczej ułożyłem plecak na taśmie z rentgenem, mając nadzieję, że moja butla gazowa nie zostanie wykryta. Czułem się trochę jak przemytnik, gdy szybko zabrałem plecak z taśmy i żwawym krokiem skierowałem do wagonu. Udało się. Mogłem w spokoju wysadzić metro w powietrze. Z Zoro umówiłem się na jednej ze stacji. Wspólnie udaliśmy się na śniadanie, a później na długą podróż autobusem aż pod same bramki autostrady. No i tu się zaczęło. Myślałem, że autostop z kimś lokalnym będzie super łatwy i cieszyłem się z tego pomysłu. Tymczasem jedynym plusem było, to że Zoro był naprawdę sympatycznym kompanem i bardzo się polubiliśmy. Cała reszta to niestety jedno wielkie utrudnienie. Myślałem, że moje metody stopu w Chinach nie są oryginalne i wszyscy robią to podobnie. Europejczycy może tak, ale na pewno nie Chińczycy. Nie wiem jak Zoro przemieszczał się do tej pory, ale musiało mu to zajmować ogromnie dużo czasu. Po pierwsze pytaliśmy o podwózkę tylko samochody z rejonu Chengdu (Zoro nauczył mnie rozpoznawać tablice). Po drugie staliśmy przed bramkami, bo stanie na autostradzie jest 'przecież nielegalne'. Po trzecie mój nowy przyjaciel, gdy akurat nie było samochodów do Chengdu, grzecznie czekał na boku z wyciągniętym kciukiem. Do tego jego zdolności perswazji nie były rewelacyjne, bo gdy już ktoś się zatrzymał to nie udawało mu się go przekonać do wzięcia nas. Spędziliśmy na bramkach prawie godzinę. Jako że zależało mi na pokonaniu tych 750 km w jeden dzień, w końcu wziąłem sprawy w swoje ręce. Europejska uroda i moja magiczna kartka działały cuda. Dosłownie po chwili byliśmy w trasie. Co prawda bliski transport, ale zawsze coś. Na kolejnym węźle - kolejne utrudnienia. Zawsze wrzeszczę wniebogłosy, gdy samochód zjeżdża z autostrady i każę się wysadzić na skrzyżowaniu. Chińczycy oczywiście nigdy nie chcą tego robić, bo wiedzą że chodzenie po autostradzie jest nielegalne. W obliczu krzyków zawsze jednak ustępują. Zoro natomiast grzecznie przystał na zjazd z autostrady i zostaliśmy wyrzuceni dopiero na pustych bramkach. Zarządziłem stopowanie 'po mojemu' i powrót na autostradę. Jak na złość napatoczyła się policja. Spotykałem ich wiele razy, zawsze załatwiałem sprawę uśmiechem i machaniem rękami w geście 'nic nie rozumiem, nie wiem o co chodzi'. Nigdy nie robili mi problemów. Gdy zobaczyli jednak Chińczyka kazali nam zawrócić i zostać na bramkach. Utknęliśmy znowu na długie minuty. Kolejny kierowca miał być super strzałem kilkaset kilometrów, ale po zaledwie kilkunastu dostał telefon, że musi wracać. Wylądowaliśmy w najgorszym możliwym miejscu, czyli na wąskiej autostradzie przez góry, gdzie samochody zauważały nas w ostatniej chwili. Zlitował się tirowiec, z którym pokonaliśmy około 200km górzystej autostrady. Swoją drogą góry były przeogromne. Trasa składała się z niezliczonej ilości tuneli i wiaduktów. Najdłuższy tunel miał 16 km i poprzedzony był tabliczką, że będziemy się przemieszczać pod naturalnymi siedliskami pand. Tereny faktycznie wyglądały coraz bardziej zielono i egzotycznie.
Zoro na tle pandowisk
Po przedarciu się przez pandowiska, za moją radą wysiedliśmy na pierwszej stacji. Zrobiłem się już na tyle wybredny i pewny autostopowego transportu, że czasem gdy kierowca jedzie za wolno, wysiadam wcześniej i łapię coś szybszego. Możecie mnie uważać uważać za bubka, ale czasem się po prostu trochę spieszy. Na stacji zrobiliśmy krótki postój na ciastka (tutaj nasze zwyczaje autostopowe się pokrywały) i zaczęliśmy znowu łapać. Chciała nam pomóc miła rodzinka, ale była ich w aucie czwórka. Jedną osobę zawsze gdzieś się dopcha, ale dwie... Zoro nalegał, żebym jechał sam. Nie byłem aż tak zaślepiony chęcią dojazdu do Chengdu, żeby zostawić kompana na drodze. Pomimo, że było trudniej to ten jeden odcinek mieliśmy pokonać razem. Znowu zmieniliśmy metody na kotletowe i ordynarnie wyszliśmy na autostradę wymachując do każdego samochodu. Ok, nie każdego. Muszę się przyznać, że do tych najwolniejszych nie macham. Mówiłem już że w Chinach się rozleniwiłem. Po jakimś czasie siedzieliśmy w samochodzie prosto do Chengdu. Kierowca wyglądał na bardzo miłego i pewnie gdybym był sam to takim by pozostał. Rozmawianie zostawiłem Zoro, a sam rozsiadłem się na tylnim siedzeniu. Po jakimś czasie okazało się, że mój kompan poszedł na jakiś dziwny układ. Mieliśmy zostać podwiezieni do celu, ale kierowca chciał żeby mu postawić obiad. Sam w życiu bym na coś takiego nie poszedł. Oczywiście gdy ktoś mnie zaprasza to z grzeczności proponuję zapłacenie za oboje, ale to wychodzi ode mnie. Jeśli kierowca stawia mi jakieś warunki finansowe to zazwyczaj grzecznie dziękuję i wysiadam. Po zatrzymaniu na rzeczony obiad kierowca zaczął oczywiście wymyślać niestworzone dania i zamawiać ile wlezie. Rachunek urósł do niebotycznych rozmiarów. Koniec końców, pomimo lekkiego wkurzenia, chciałem podzielić go z Zoro na dwójkę. Jakby nie patrzeć tkwiliśmy w tym razem razem. Zoro jednak uparł się że zapłaci sam. Byłem nieustępliwy, bo wiedziałem że też ma ciasny budżet ale nie udało mu się tego wyperswadować. Jedynym plusem obiadu było to, że poczułem że przekroczyliśmy granicę Syczuanu - regionu znanego z piekielnie ostrego jedzenia. Każdy kęs wypalał usta, przełyk i żołądek. Dosłownie czuć było aktualne jego położenie we własnym ciele. Aż do samego końca. Byłem kulinarnie usatysfakcjonowany.
Piekło w gębie i nie tylko
Na obwodnicę Chengdu dojechaliśmy o 1 w nocy. Do tej pory moi kierowcy zawsze byli niesamowicie mili i specjalnie wjeżdżali do miasta, żeby podrzucić mnie na metro. Tym razem nie było tak kolorowo i Chińczyk zostawił nas na węźle autostradowym. Do centrum mieliśmy jakieś 15 km. Tu kolejny minus wspólnego stopa. W nocy ludzie widząc samotnego człowieka często się zatrzymują z litości i dlatego czasami udawało mi się znaleźć transport po ciemku. Widząc dwóch chłopów machających na poboczu nikt przy zdrowych zmysłach nie zatrzyma samochodu. Sam chyba bym się bał. Nasza sytuacja była więc beznadziejna. Mieliśmy opcję rozbić namiot albo iść 3 km do bramek autostradowych. Jako, że nie chcieliśmy się poddawać będąc tak blisko, zaryzykowalismy długi marsz. Opłacało się. Na bramkach po 3 minutach używania mojej magicznej kartki znaleźliśmy dobrego człowieka, który nie tylko nas zabrał do centrum, ale i pod dokładne adresy. Mnie do mojego hosta, a Zoro do jego hostelu. O drugiej w nocy byłem już w nowym, gościnnym łóżku.
Dlaczego ten autostopowy dzień był taki trudny? W sumie można by powiedzieć, że po prostu mieliśmy pecha i trafiliśmy n niezbyt uczynnych kierowców. Ja jednak wysnułbym trochę bardziej śmiały wniosek. Wydaje mi się, że ta chińska życzliwość, której doświadczam na każdym kroku, jest skierowana tylko do obcokrajowców. Czytaj, Europejczyków. W relacjach pomiędzy sobą Chińczycy nie są już tak otwarci i uczynni. Mogę się mylić, ale kolejne kilka dni spędzonych w Chengdu jak najbardziej potwierdziło tą tezę.
Moim nowym hostem był Marek. Imię rodzime, bo i host z naszego pięknego kraju nad Wisłą. Zazwyczaj na CS szukam lokalnych, żeby lepiej poznać dany kraj, kulturę i zwyczaje. Według mnie to istota Couchsurfingu. Jednak po dwóch miesiącach podróży zwyczajnie zatęskniłem za polską mentalnością i i ojczystym językiem. Trafiłem idealnie. Marek po studiach inżynierskich wyjechał na staż do Chin i tak mu się spodobało, że na razie nie planuje wracać. Mimo to zdecydowanie nie przejął jeszcze wszystkich szalonych cech Chińczyków. Potrafił mi je natomiast dokładnie przedstawić, a czasem nawet wyjaśnić ich przyczyny.
Pierwszy dzień w nowym mieście jak zwykle poświęciłem na leniwe spacery i ogólny rzut oka na okolicę. Przeszedłem się więc do tak zwanego People's Park, gdzie mieszkańcy radośnie spędzali czas na spiewach, tańcach i Tai Chi. Odwiedziłem też świątynię buddyjską. Trochę steskniłem się za tą religią po przerwie w postaci północno - wschodnich Chin. Poświęciłem też trochę czasu na poszukiwaniach aptek i sklepów fotograficznych. Co mają ze sobą wspólnego? Otóż wspominałem ostatnio o zabrudzeniu matrycy mojego aparatu. Szybko nadeszła pomoc (dzięki Bartek!) i już znałem domowy sposób na jej oczyszczenie. Poszukiwałem specjalnej gruszki do przedmuchiwania matryc. Jak łatwo sobie wyobrazić ten profesjonalny sprzęt można zastąpić zwykłą gruszką do lewatywy. Wchodziłem więc do aptek (Tutaj właściwie to są bardziej sklepy zielarskie. Jak to mówi Marek, jeśli pójdziesz w Chinach do lekarza z jakimkolwiek schorzeniem to każe Ci pić ciepłą wodę jako remedium na wszystko. 'Złamałem nogę... Tak, tak, proszę pić ciepłą wodę'. Podobno autentycznie tak jest. Gdy dotrze tu Ebola Chińczycy zniszczą ją ciepłą wodą). Tak czy inaczej nie poddałem sie i uparcie pytałem o lewatywę, posługując się profesjonalnym rysunkiem. Sprzedawczynie miały przeze mnie solidną dawkę śmiechu. Ostatecznie znalazłem profesjonalny przyrząd w sklepie Nikona i udało się pozbyć wrednych farfocli z każdego zdjęcia.
Profesjonalny rysunek ilustrujący lewatywę
Tak na marginesie. Wreszcie zrobiło się ciepło! Po przekroczeniu ogromnych gór z Pandami temperatura skoczyła o dobrych kilka stopni. Pod tym względem moja podróż jest zaskakująca. Wyjeżdżałem z Polski w aurze praktycznie letniej. Później przyszła szybka jesień na zachodniej Syberii. Całą Buriację (pierwsze śnieżyce) i większość Mongolii zmagałem się z mrozami i zimową atmosferą. W Pekinie przywitało mnie na powrót coś w stylu późnej jesieni. Teraz natomiast doświadczam przełomu lata i jesieni. Myślę, że już niebawem będę napawał się latem, jednak jeśli plany wypalą to po drodze wrócę jeszcze na chwilę do zimy. Zupełnie jakbym cofał się w czasie. Do tego ciągłe zmiany czasu i zachodów Słońca. Można dostać zawrotu głowy. Tak czy inaczej w Chengdu wreszcie stało się to, na co czekałem od dawna. Po ponad dwóch miesiącach zdjąłem kalesony! Czułem się trochę jakbym chodził po mieście nago. Cóż to była za wolność!
Lato w pełni!
Teraz o tajemniczym tytule postu. Pewnie myślicie, że znowu jakaś głęboka metafora na siłę wymyślona przez Kotleta. Nic z tych rzeczy. W Chengdu pierwszy raz w życiu przeżyłem prawdziwe trzęsienie ziemi. Gdy spokojnie łaziłem sobie po mieście, nagle dostałem smsa od Marka: 'Poczułeś trzęsienie ziemi?'. Teraz muszę Wam się do czegoś przyznać. Nie poczułem. Kompletnie nic. Trzęsienie jednak było autentyczne, potwierdzone internetem. W Tybecie było 6,5 stopnia w skali Richtera, a do Chengdu doszły tylko wstrząsy wtórne. Marek siedział wtedy w biurze na dziewiątym piętrze co zwiększyło drgania i przestraszyło go nie na żarty. Dla Chińczyków nie było to wielkie wydarzenie, jeden z kolegów Marka w momencie wstrząsów wysłał mu smsa 'Watch out! Earthquake!'. Skoro myślał w tym momencie o pisaniu smsów to chyba nie był specjalnie przerażony. Tak czy inaczej ziemia pod Kotletem się zatrzęsła!
Wieczorem zjedliśmy obfitą kolację z Syczuańskich przysmaków zapitych chińskim piwem i Marek zaproponował wspólną imprezę. Mówił, że nie będę żałował. Oczywiście się zgodziłem. Uznaliśmy, że trzeba mnie wcześniej doprowadzić do porządku. Mój host pożyczył mi o trzy rozmiary za dużą koszulę, a w drodze do centrum zaprowadził do fryzjera. Już od jakiegoś czasu o tym myślałem, ale nie miałem odwagi zdać się na łaskę translatora w tłumaczeniu. Marek oczywiście był pomocny, ale równocześnie nie szczędził sobie żartów typu 'Tak, tak powiedziałem mu że całość na zero, a z tyłu wycięta sfastyka'. Chiński fryzjer po dokładnym myciu i suszeniu włosów, przystąpił do cięcia z iście zegarmistrzowską precyzją. Starał się jakbym był jego pierwszym klientem w życiu. Było to preludium wieczoru, po którym poczułem się jak król świata.
Kotlet robi się na bóstwo
W tle Marek Dowcipniś
Grillek
W dużej części Chin nadal istnieje tak zwany 'kult Białego'. Wiem, że brzmi to dosyć rasistowsko, ale tak jest. Z Markiem poszliśmy do klubu, gdzie podjęli nas jak panów świata. Miejsce przy barze, darmowe drinki do oporu i witanie z każdą szychą. Co oni z tego mają? Prestiż. Jeśli Biały przychodzi do knajpy to znaczy, że jest super dobra. W dodatku Biały od razu przyciąga Chińczyków, którzy chcą mieć w nim przyjaciela, porobić sobie zdjęcia (to tutaj mega popularne) czy po prostu pogapić się na niego. Chińczyk będzie się cieszył, kupował drinki przy barze, a właściciel który sprowadził Białego będzie cieszył się podwójnie, bo zarobki wzrosną wielokrotnie. Brzmi jak średniowiecze, ale to dzieje się w 21. wieku. Na początku miałem trochę wyrzuty sumienia, gdy zamawialiśmy z Markiem czwartą z kolei szklankę najdroższe j whisky z colą, ale z drugiej strony skoro wszyscy są zadowoleni... Atmosfera była trochę sztywna więc zmieniliśmy lokal. Na całej ulicy wręcz prosili nas żebyśmy choć na chwilę weszli do danej knajpy. Marek, jako doświadczony chiński klubowicz, wchodził do każdego miejsca, kiwał głową z dezaprobatą i wychodziliśmy po angielsku. Nie myślcie, że było to niegrzeczne, tu są po prostu takie zwyczaje. Przysiedliśmy jeszcze w kilku miejscach i ostatecznie wylądowalismy w barze bardziej tanecznym. Chińczycy naprawdę umieją się bawić! Do tego można się nieźle dowartościować, gdy każda dziewczyna jest wręcz zafascynowana europejską urodą. Zostaliśmy zaproszeni do jednego stolika i oczywiście obsypani darmowymi piwami, zagryzkami i koszem owoców. W pewnym momencie razem z Markiem opadły nam szczęki. Z głośników doszły nas znajome słowa. Polskie Disco Polo jest hitem nie tylko w polskich klubach. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Prawie 20 tysięcy kilometrów od domu usłyszeć 'piękne' Polskie kawałki. Bezcenne.
Na bogato!
Około pierwszej w nocy uznaliśmy, że trzeba się zbierać. Po drodze jeszcze wstąpiliśmy na chiński uliczny fastfoood otwarty 24h i ekstremalnie zmęczeni tym królewskim wieczorem dotarliśmy do domu. Przyznacie, że imprezowanie zgoła odmienne od polskiego. Gdyby zostać tu dłużej to chyba można by popaść w samouwielbienie.
Następnego dnia z samego rana miałem w planach jechać oglądać pandy. Pod Chengdu jest rezerwat, gdzie można podziwiać te egzotyczne misie. Najlepiej jest jechać tam rano w porze karmienia, gdyż później są one ekstremalnie leniwe i zazwyczaj po prostu śpią. Z wiadomych przyczyn jednak nie udało mi się wstać bladym świtem, więc postanowiłem przedłużyć swój pobyt o jeden dzień i zrobić to kolejnego poranka. Do południa prowadziliśmy z Markiem typowo polskie rozmowy, czyli dokładnie to na co liczyłem. Później on poszedł do pracy, a ja na kolejne eksploracje miasta. Wieczorem kolejne zaspokajanie kubków smakowych i w ten sposób leniwie minął cały dzień. Do Marka przyjechali również inni Couchsurferzy, też z Polski. Asia i Adam podróżują również autostopem, ale wybrali trasę przez Kazachstan i Kirgistan. Z tego powodu tematów do podzielenia się było mnóstwo. Swoją drogą serdecznie polecam www.nanowejdrodzezycia.pl
Syczuanskie przysmaki
Kolejnego poranka wspólnie ruszyliśmy na podziwianie pand. Po dużych przejściach z transportem dotarliśmy na miejsce trochę późno. Okazało się jednak, że pandy leniwe są tylko w lecie, natomiast na jesień wykazują aż za dużo energii. Skakały, łamały bambusy i wcinały co się da. Naprawdę pocieszne zwierzaki. Kolejne leniwe popołudnie w Chengdu, kolejna wyśmienita kolacja za pół darmo i można było się przygotowywać do porannego stopa. Tym razem musiałem zrobić trochę zapasów - nie wiem kiedy będę w jakimkolwiek większym chińskim mieście...
Aktualnie prawdopodobnie staram się przedostać drogą przez tajgę w stronę Bajkalu i raczej nie liczę na internet, więc za Nowosybirskiem ustawiłem automatyczną publikację tego posta, żeby nie było ciszy na blogu :)
Będzie trochę zamulaście więc jeśli ktoś z Was jest zainteresowany tylko moja podróżą może sobie odpuścić tego posta :)
Kiedy ostatnio lazilem po Petersburgu i Moskwie zastanawiałem sie czemu chodząc sam czuje sie tam jakoś nieswojo. Oczywiście wolę dziką naturę ale to nie o to chodzi, w końcu wychowałem się w mieście. Otoz nie macie czasem wrazenia ze to między ludźmi, w ogromnych miastach człowiek czuje sie najbardziej samotny?
Jako przykładem posłużę się arcydziełem kinematografii jakim jest 'Kevin sam w Nowym Jorku'. Jak wszyscy dobrze wiemy historia wydarzyła się naprawdę więc swobodnie mogę na niej oprzeć swoje dywagacje. No wiec ten biedaczyna Kevin musiał całkiem sam zmierzyć się ze złoczyńcami. Wydaje się to niedorzeczne, że w tak gigantycznym miescie, jak Nowy Jork nie znalazł sie nikt kto by mu pomógł. Powiecie ze to głupota filmu, ale ja powiem 'Samo zycie!'. W ogromnych miastach jesteś tylko ziarenkiem piasku. Wszyscy Cię mijają i nie zwracają na Ciebie uwagi, bo jesteś dwa tysiące sto pięćdziesiątym ósmym spotkanym dzisiaj przechodniem. Gdyby czlowiek mial zagadac do kazdego to by się zestarzal zanim dojdzie do sklepu po zakupy. Zwrócą na Ciebie uwagę, jeśli jesteś jakimś dziwakiem albo wariatem, ale to akurat w Rosji popularne, więc też niekoniecznie. No więc idziesz tak tymi ulicami, oglądasz kosciolki i uliczki, a wcześniej czy później i tak wyladujesz w Macdonaldzie bo jakoś raźniej. No i wifi jest.
Inaczej sprawa ma sie na wioskach lub po prostu na drogach, gdzie łapie sie stopa. Tutaj jest się Tym czlowiekiem. Tym, który idzie z wielkim plecakiem. Tym, który macha do Ciebie i trzyma śmieszną tabliczkę. Tym, ktory ewidentnie coś od Ciebie chce. Przestaje się byc którymś tam z kolei, w zamian jest się pierwszym takim spotkanym dzisiaj. Na wsiach łatwiej o pomoc od innej osoby, prędzej ktoś Ci pomoże czy wskaże droge. Ludzie są bardziej otwarci i nie maja uprzedzeń do innych.
Co w takim razie robić? Jak żyć? Przecież w czasie takiej podróży nie da sie omijać wszystkich miast. Wydaje mi sie ze mam na to proste rozwiazanie. Trzeba znaleźć sobie przypadkowych przyjaciół w miescie. Ideałem jest tu Couchsurfing. Jeśli Twój host nie ma akurat czasu pochodzić po mieście, można znaleźć kogoś innego. Jak to sie nie uda to można tez uciąć sobie krótką pogawedke o przysłowiowej pupie maryny z babuszka na ławce w parku albo pogadać z kasjerka w sklepie. Jednym słowem podejść do ludzi w mieście jako do każdego z osobna a nie do jednej wielkiej masy. Działa, sprawdzone.
Morał? Jeśli Kevin wsiadłby w samolot nie do Nowego Jorku ale do Wygwizdowa Dolnego, nie miałby problemu z bandytami.
Solo. Nie podwójny czy potrójny i z pełnym zestawem dodatków,
jakiego zamówiłby pewnie każdy szanujący się zjadacz mięsa, za jakiego sam się
uważam. Kotlet pojedynczy.
Po pytaniu o strach, o którym już pisałem kolejnym zazwyczaj
jest „A czemu sam?”. Pytanie jest zasadne, bo faktycznie większość
dotychczasowych podróży odbywałem w jakiejś mniejszej lub większej grupie
przyjaciół. Wyjątkiem były wyprawy po górach. Rok temu udało mi się przejść
Główny Szlak Beskidzki właśnie w pojedynkę. Przed wyjściem zastanawiałem się
czy to dobry pomysł, czy nie będzie nudno, smutno i zamulaście. Nie było. Było
za to poznawanie nowych ludzi, walka z samym sobą i ogromna satysfakcja. Co
więcej, po powrocie nie wyobrażałem sobie, żebym miał przejść ten szlak z kimś. Pewnie
sporo z Was myśli sobie teraz: „Jakiś dziwak i odludek z tego Kotleta”. Otóż
jest to absolutną nieprawdą i mam nadzieję, że osoby które mnie znają mogłyby
to potwierdzić. Ale (Tak, wiem "nie zaczyna się zdań od ale". Ale ja jestem inżynierem, a nie polonistą więc sobie pozwalam) oczywiście góry to jedno, a podróże po świecie to drugie.
Jak już pisałem większość dotychczasowych wypraw była z kimś
i zdecydowanie tego nie żałuję. Było dużo śmiechu (bo jak wiadomo w kupie
weselej), było wspólne podejmowanie decyzji (mniej lub bardziej jednogłośnych),
było wspólne rozwiązywanie problemów, była możliwość zwalenia winy za
niepowodzenie na kogoś innego, a w ostateczności podzielenia jej na kilka głów
i wreszcie było ekstremalne poznanie się oraz zyskanie przyjaciół na całe życie.
Kotlet solo raz. Na wynos.
Mógłbym teraz przedstawić minusy podróżowania „w kupie”, ale
jako że uważam się za optymistę, przekornie przedstawię je jako plusy
podróżowania samemu. Chyba najważniejsza rzecz to poznawanie innych ludzi. Gdy „tambylcy”
widzą samotnego gościa na drodze istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że pomogą
ci w każdej sprawie, bardzo często wykażą się ogromną gościnnością, zaproszą do
domu i nakarmią. Jadąc samemu jest więc szansa maksymalnego wniknięcia w kulturę
danego kraju i poznania go w ten najlepszy
sposób, czyli od środka. Oczywiście będąc w grupie też spotyka się takich ludzi,
jednak często machną oni ręką i pomyślą „jest ich kilku, dadzą se radę”.
Kolejna rzecz to decyzje. Podejmowanie ich i ustalanie planu
samemu nie daje możliwości zwalenia na kogoś ewentualnych niepowodzeń. Co sobie
postanowisz tak będzie. Jeśli później okaże się to klapą – trudno, wiesz że
była to tylko twoja decyzja. Jeśli z planów wyjdzie coś epickiego – masz ogromną
satysfakcję z tego, że sam to wymyśliłeś. Ot, mała sprawa, a nie ma szans doświadczyć
tego podróżując z kimś. Fakt ten pomaga również rozwinąć własne umiejętności
radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Nie ma „jakoś to będzie, może ktoś coś
wymyśli”. Jeśli sam czegoś nie wymyślisz to problem się nie rozwiąże i kropka.
Teraz coś o czym już kiedyś wspominałem, a mianowicie kolega
Czas. Ciężko jest znaleźć kogoś, kto miałby dokładnie tyle czasu, ile
potrzebujesz. Zazwyczaj ten ktoś musi wracać wcześniej, przez co tu i ówdzie
trzeba przyspieszyć, coś opuścić i nagle orientujesz się, że znowu napierasz
jak głupi do przodu zamiast na luzie chłonąć atmosferę każdego miejsca.
Jeszcze sprawa ostatnia. Jadę sam, ale nie samotnie. To dwie
różne sprawy, które trzeba rozgraniczyć. Mam nadzieję poznać wielu, wielu
ciekawych ludzi i spędzić z nimi jak najwięcej czasu. A jeśli już naprawdę będę
tak beznadziejny, że nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać to przynajmniej odwiedzę
znajomych z Kazania i Nowosybirska. Podróż samotna jest czymś kompletnie innym,
co nie znaczy, że gorszym. Zresztą na pewno na niejednym odcinku mojej trasy
również jej zaznam.
Piszę to wszystko, żeby odpowiedzieć na pytanie, które
często jest mi zadawane, ale również żeby uspokoić sam siebie. Nie ukrywam, że
jest to pierwsza tak duża wyprawa, na którą jadę w pojedynkę, więc sam nie jestem
pewien jak to wszystko wyjdzie. Jeśli tak długi wyjazd samemu okaże się kaszaną to wrócę. Bez żalu, za to z satysfakcją, że spróbowałem czegoś nowego. Niedosytu
z powodu przerwanej podróży nie będą mieli też współtowarzysze, bo takowych nie
będzie. Proste, prawda?