Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekordy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekordy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kotlet je Duriana

Większość z Was, z którą miałem już przyjemność się zobaczyć, otrzymała ode mnie prezent-pułapkę w postaci durianowego cukierka (a jeśli ktoś nie dostał to niech się upomni!). Niestety nie oddają one nawet w najmniejszym stopniu tego, czym naprawdę Król Owoców jest i jak smakuje. 

Autentyczny pojedynek Durian vs Kotlet został na szczęście uwieczniony!


wtorek, 19 maja 2015

Brakujące ogniwo, czyli indonezyjski finisz

Jak się okazało w ostatnim poście Kotlet to trochę taki mały oszust. Sprawdza się to też w sprawie wszelakich obietnic na blogu. Wiele razy w ciągu podróży mówiłem, że przez jakiś czas nie będzie nic nowego, a tu po paru dniach atakowałem jakimś postem-gigantem. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Po (wstępnym!) powrocie do rzeczywistości na blogu ląduje więc ostatni nieopisany etap wędrówki. Wyprawa za Równik.

Indonezja miała być dla mnie tylko ostatnim, dosyć szybkim przystankiem w mojej podróży. W pewnym sensie była ona narzędziem niezbędnym do zrealizowania Ostatniego Marzenia, czyli dojechania autostopem na równik. Okazało się jednak, że przez tak krótki czas kraj ten zwyczajnie urzekł mnie swoim pięknem. Jeśli miałbym kiedyś stworzyć listę miejsc, gdzie chciałbym wrócić, to Indonezja byłaby w czołówce.


Pomysł przekroczenia równika autostopem pojawił się kilka miesięcy wcześniej. Uznałem, że skoro już jestem tak daleko od domu to warto zobaczyć jak się sprawy mają na drugiej półkuli naszego pięknego globu. Początkowo miałem nadzieję, że uda się tego dokonać jachtostopem, jednak złapałem łódkę płynącą na północ i ostatecznie z wielką łaską się zgodziłem. Niewiele zabrakło też z Singapuru, który leży jakieś 100 km ponad równikiem. Musiałem więc wykombinować coś innego. Padło na indonezyjską Sumatrę. Z racji niskich cen, najbardziej popularnym środkiem transportu na Sumatrę jest samolot. Ja jednak uparcie chciałem dokończyć podróż nie odrywając się od powierzchni Ziemi. Znalazłem więc jedyne morskie połączenie z Indonezją prowadzące z malajskiego miasta Melaka.

sobota, 2 maja 2015

Długa droga do Domu

Na początek informacja do wiadomości publicznej. Czytacie najprawdopodobniej ostatni post Kotleta Na Wynos. Przynajmniej w najbliższym czasie. Nie mam pojęcia jak ułożą się dalsze plany Kotleta, więc tym bardziej nie mogę nic powiedzieć o przyszłości tego bloga. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu smutno, bo pisanie kolejnych postów jakoś weszło już w harmonogram moich zajęć. Życie jednak toczy się dalej, a blog i tak spełnił swoją dotychczasową rolę w wymiarze dużo większym niż się początkowo spodziewałem. Poza tym patrząc na prawą stronę bloga widzę tekst '...wyruszył w podróż i jest mu z tym dobrze. Jeśli to się zmieni to wróci'. Co prawda się nie zmieniło, ale wrócił. A dokładniej właśnie wraca.



Piszę te słowa z lotniska w Kuala Lumpur, choć opublikowanie ustawię na kilka dni później, aby pojawiła się wreszcie lokalizacja: Polska :) Co działo się przez ostatnie dni? Ostatniego Marzenia Kotleta, czyli dotarcia autostopem na równik i południową półkulę opisywał nie będę. Nie będzie więc o wyjątkowo ciężkim podróżowaniu na Sumatrze, uczestniczeniu w obronie indonezyjskiej pracy magisterskiej, dwudniowym swataniu mnie z islamską pięknością, spaniu z dwoma studentami na ośmiu metrach kwadratowych i mieszkaniu pod namiotem w indonezyjskim wulkanie. Przynajmniej na razie. Będzie za to o radości, spełnieniu i szczęściu. Ktoś pomyśli: 'Będzie podsumowanie podróży!'. Nie. Będzie o powrocie do Domu.

wtorek, 24 lutego 2015

Kotletowy Szlak Na Ziemi. Cz. 2

Mnisi buddyjscy. Mają w sobie jakąś nieokreśloną tajemnicę. Każdy wydaje się zagadką. Każdy ma w oczach niewypowiedzianą mądrość. Klasztory umiejscowione gdzieś wysoko w górach to natomiast istne siedlisko tajemnic. Moja mina, gdy zobaczyłem jeden z nich na szczycie Góry, była więc prawdopodobnie zbliżona do min zdziwionych mnichów. Taka niema cisza trwała dobrą chwilę. Nie mam pojęcia kto był bardziej zaskoczony. Wreszcie się opamiętałem i wydukałem 'Eee, Minglaba?'. Znaczy 'Dzień dobry', jedno z niewielu birmańskich słów jakie znałem. Na odpowiedź musiałem trochę poczekać. Nie wiem czy ich zdziwienie było spowodowane widokiem człowieka, widokiem białego człowieka, widokiem człowieka wychodzącego z lasu czy widokiem człowieka z ogromnym plecakiem. Prawdopodobnie wszystko naraz.

Po chwili zaczęli jednak dawać oznaki życia. Szybko nawiązaliśmy kontakt uśmiechowo-uśmiechowy. Polecam ten język obcy. Do nauki wystarcza lustro w domu, a dogadać się można w każdym zakątku świata. Miałem nadzieję na jakiegoś wysoce wykształconego mnicha, który będzie mówił po angielsku. Faktycznie, sprowadzono do mnie kogoś na kształt przeora, ewidentnie przodującego wiekiem. I faktycznie znał angielski. 'Yes' i 'No'. Jako, że i tak nie rozumiał moich pytań, więc zazwyczaj łączył te dwa słowa w jedno.
Czułem się jak we śnie. Oto nagle wylądowałem w jakimś buddyjskim klasztorze i siedzę sobie wygodnie po turecku z wszystkimi mnichami. Brzmi jak zmyślona bajka. Musiałem się jednak jakoś w tym odnaleźć. Od razu było widać, że jak na buddystów przystało, nie odczuwają nawet cienia złości, iż nagle wtargnąłem z lasu prosto do ich królestwa. Ba! To mnie podjęto jak króla. Najpierw ugoszczono chlebem i herbatą, później jeden z mnichów oprowadził mnie po klasztorze. Zbliżało się południe, więc mnisi zbierali się na ostatni posiłek tego dnia (w klasztorze nie je się po 12, bo właśnie wtedy wszystkie pokarmy ofiarowane są Buddzie). Oczywiście zostałem zaproszony. Przeżycia spożywania strawy w ciszy w kręgu mnichów nie zapomnę chyba do końca życia.

W klasztorze spędziłem sporo czasu. Nie mogłem nacieszyć się miejscem, w które wepchnął mnie ślepy traf. Zastanawiałem się nawet czy nie zostać tam na noc, ale nie miałem pojęcia, czy wypada o to zapytać. Ostatecznie więc w 'uśmiechowym' poprosiłem o zapas wody i powiedziałem, że ruszam w dalszą trasę. Tysiące razy ukłoniłem się każdemu mnichowi. Niestety nie mam wiele zdjęć z klasztoru. Zwyczajnie nie chciałem w jakikolwiek sposób kogoś urazić. 

Wnętrze klasztoru


Klasztorna małpka

czwartek, 20 listopada 2014

Kotlet na krawędzi

Hua Shan. Święta góra Taoizmu. To był mój kolejny cel w podróży. Niektórzy mówili, że to najniebezieczniejszy szlak na świecie, a inni, że aktualnie jest to coraz bardziej turystyczne miejsce. Trzeba było przekonać się na własnej skórze. 

Miejsce to oddalone jest około 150 km od Xian. Zerwałem się bladym świtem, żeby już przed 7 być na dworcu autobusowym. Miałem ze sobą tylko dokumenty i mały plecak z zapasem jedzenia i wodą. Cały ekwipunek zostawiłem w hostelu. Odnalazłem autokar z dwoma znaczkami, które zapamiętałem wcześniej jako 'HuaSzan'. Powoli zaczynam je rozpoznawać! Rozsiadłem się wygodnie przed dwugodzinna podróżą. Na miejscu autobus wysadził nas w miasteczku u podnóża góry przy jakimś hotelu. Wprowadzono nas do małej sali konferencyjnej, a jeden z Chińczyków zaczął opowiadać historię góry i pokazywać trasy na olbrzymiej mapie. Czułem się jak na wykładzie z Mechaniki Teoretycznej na pierwszym roku studiów. Nie rozumiałem ani słowa. Przez chwilę myślałem, że czekamy na jakiś dodatkowy autobus, który podwiezie nas na początek szlaku, jednak szybko zorientowałem się że uczestniczę w jednej wielkiej farsie dla turystów. Panie przy stoliku obok już szykowały bilety na odpłatne wycieczki dookoła góry i zacierały ręce na łatwy zarobek. Grzecznie więc wstałem w połowie 'wykładu' i skorzystawszy jeszcze z darmowej toalety wyszedłem po angielsku. Miałem swój sprytny plan ominięcia chmar turystów i ogromną nadzieję, że się on powiedzie. Góra Hua Shan ma 4 szczyty o zaskakujących nazwach Północny, Południowy, Wschodni i Zachodni. Na szczyt północny i zachodni poprowadzono karkołomne kolejki gondolowe dla leniwych turystów. Ok, może nie tylko leniwych, bo rozumiem, że ludzie starsi czy niezbyt sprawni też chcą się dostać na górę. Nie rozumiem natomiast młodych ludzi, którzy wolą zapłacić krocie niż 'trochę' się przejść. Wyjście pieszo możliwe jest tylko na szczyt północny, później trzeba przemieszczać się granią. Na owy szczyt prowadzą dwa szlaki. Jeden jest dłuższy i przynajmniej początkowo w miarę łagodny. Właśnie nim kierują się wszyscy 'niegondolowi' turyści. Drugi szlak zaczyna się kilka kilometrów na wschód i nazywany jest 'Ścieżką Żołnierzy'. Prowadzi pod jedną z kolejek i jak to określono w internecie 'nie ma tam nic innego oprócz diabelnie ostrych schodów'. Kto kiedykolwiek był ze mną w górach, ten wie że zdecydowanie wolę podchodzić niż schodzić, więc turystyczny szlak zostawiłem sobie na zejście, a na podejście wybrałem ciekawszą, żołnierską opcję. 

Z hotelu, gdzie odbywała się turystyczna farsa skierowałem się więc od razu w przeciwną stronę niż reszta. Musiałem pokonać kilka kilometrów przez wioskę i dotrzeć do wschodniej bramy Parku Hua Shan. Tam zakupiłem piekielnie drogi bilet. Chińczycy naprawdę umieją zbijać pieniądze na turystach... Mnie na szczęście po raz kolejny uratowała karta Euro26 i 50% zniżki. Następnie złapałem kolejny autobus, który zawiózł mnie i kilku innych śmiałków pod dolną stację kolei linowej. Szybko okazało się, że 'śmiałkowie' kierują się wprost do kasy biletowej kolejki i na starcie szlaku zostałem sam. Dokładnie na to liczyłem!
Najwyższy szczyt góry ma ponad 2100 m n.p.m. Wioska leży na 400 m n.p.m. Względna wysokość do pokonania jest więc całkiem spora. Służy do tego dokładnie 3999 schodów. Nie nudziło mi się aż tak żebym je liczył, przeczytałem o tym w przewodniku. Ilość stopni robi wrażenie, ale nie byłoby to aż takie ciężkie gdyby nie fakt, że w większości nie są to zwykłe schody. Przez początkowy odcinek szło się dosyć szybko i przyjemnie. Maszerowałem żwawym krokiem, głęboko oddychałem tak rzadko spotykanym w Chinach czystym powietrzem, cieszyłem się brakiem ludzi, przyrodą i długo wyczekiwanym odpoczynkiem od zgiełku chińskich miast. Po drodze spotkałem tylko grupę wesołych sprzątaczy szlaku. Lewa, prawa, lewa, prawa. Chyba zaczynałem rozumieć pochodzenie nazwy tej trasy. Lepiej było nie patrzeć w górę, bo nic się tam nie zmieniało. Cały czas setki schodów. 
Road to hell

Schodki

Właściwy Kotlet na właściwym miejscu

Po mniej więcej godzinie szlak zaczął stawać się ciekawszy. Ścieżka prowadzona była betonowymi pomostami przymocowanymi do skał, natomiast coraz większe przewyższenia pokonywałem czymś co było schodami tylko z nazwy. No bo czy można jeszcze nazwać schodami coś co ma dokładnie 90 stopni nachylenia? Według mnie to bardziej skalna drabina, ale może się nie znam. Jedne z tych najostrzejszych podejść było zamknięte ze względu na zbyt dużą ilość wypadków. Obok zbudowano niewiele łatwiejszą wersję. Otwarte były natomiast podejścia o nachyleniu 88 stopni. Dane również z internetu, nie miałem głowy żeby tam siedzieć i sprawdzać z kątomierzem. Muszę powiedzieć, że adrenalina znacznie się podnosiła, gdy trzeba było polegać tylko na chińskich łańcuchach asekuracyjnych. Mimo tych wszystkich ciekawostek tempo miałem niezłe i już po 2 godzinach byłem na szczycie. Oczywiście zderzyłem się tu z szarańczą z kolejki i łatwiejszego szlaku. Do tych drugich nic nie mam, bo później okazało się, że alternatywna trasa też nie jest spacerkiem.

Czy to aby jeszcze schody?


Konserwa zwycięzców




Osiągnąłem więc północny szczyt. Z radości zjadłem pół konserwy i trochę sucharów. Bynajmniej nie był to jednak koniec. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że 'Hua' po chińsku znaczy chyba 'cholernie dużo', a Shan 'schodów'. Wszystkie ścieżki i podejścia na kolejne szczyty to schody, schody i jeszcze raz schody. Dużo bardziej wolę naturalne podłoże niż betonowe konstrukcje, ale nie narzekałem - ważne że wreszcie można było się trochę intensywniej rozruszać. Przemieściłem się w stronę centralnego szczytu, łączącego wszystkie cztery. Zajęło mi to kolejną godzinę z racji wąskich schodów i tempa wymuszonego przez powolny tłum. Stamtąd można było dostrzec górę w całej okazałości. Coś niesamowitego. Szczyt północny lekko oddalony i połączony z resztą wąską granią. Trzy kolejne ułożone w idealny trójkąt z kotliną pośrodku. W owej kotlinie Spielberg spokojnie mógłby nakręcić kolejną część Parku Jurajskiego. Cały masyw królował nad okolicą. Dodatkowo korona pełna była świątyń taoistycznych, małych kapliczek i bram strzeżonych przez starożytne posągi. Umiejscowienie budynków niejednokrotnie przeczyło prawom fizyki. Jednym słowem egzotyka w pełnej krasie. W odbiorze niepowtarzalnej atmosfery nie przeszkadzały też specjalnie tłumy ludzi. Po przejściu wąskiego gardła rozpierzchnęli się oni po wszystkich szczytach. 




Na Hua Shan chciałem spędzić noc i wrócić dopiero następnego dnia. Nocleg w jednym z małych schronisk do tanich nie należał, jednak uznałem że dla obserwacji zachodu i wschodu słońca warto się szarpnąć. Gdybym miał jechać tam jeszcze raz, wziąłbym namiot. Byłem przekonany, że nie będzie szans na znalezienie płaskiego miejsca na jego rozbicie, natomiast było ich całkiem sporo. Mądry Polak po szkodzie. Skierowałem się na zachodni szczyt, gdzie wiedziałem o schronisku najrzadziej odwiedzanym przez turystów. Był to hostel w budynku stacji meteorologicznej. Okazało się, że jest tak rzadko odwiedzane, że z tego wszystkiego opuścili je nawet właściciele. O dziwo pokoje były otwarte. Pokreciłem się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy i ostatecznie uznałem, że wrócę tu po zmroku. Krótka przerwa na posiłek na zachodnim szczycie i byłem gotowy na atak najwyższego, południowego wierzchołka. Kolejne niekończące się schody. Muszę przyznać, że zaczynałem być zmęczony. Po zdobyciu najwyższego punktu wróciłem na zachód słońca na szczyt zachodni. Jak sama nazwa wskazuje, uznałem że z niego będzie najlepszy widok. Niestety spotkało mnie rozczarowanie w postaci chmur, które przysłoniły słońce. No trudno, pogody nie oszukasz. Zanim zapadł zmrok wróciłem do hostelu. Po cichu liczyłem na nie zastanie nikogo, tym samym darmowe spanie. Trafiłem jednak na starszą panią z córką, które opiekowały się przybytkiem. Udało mi się dosyć sporo urwać z ceny i o godzinie 20 leżałem już w łóżku. Warunki były dosyć spartańskie. Brak ogrzewania i jakiejkolwiek wody. Do tego łóżka zbite z desek bez materaców, okna przez które hulał wiatr i drzwi z wyrwanym zamkiem. Skutkiem tego był przenikliwe mroźny przeciąga, który trochę powstrzymałem barykadujac drzwi stołkami. Ograniczając wieczorną toaletę do wytarcia rąk w spodnie, położyłem się w pełnym ubraniu pod kołdrą. Po 5 minutach wziąłem jeszcze dodatkową z łóżka obok. Wiem, że to nieładnie, ale w końcu nikomu aktualnie ona potrzebna nie była. Po kolejnych 5 minutach ubrałem jeszcze czapkę. Zaczęło mi być wystarczająco ciepło, żeby zasnąć.

Nawet wiatr się nie przecisnie!
Rano zebrałem się około 6.30. Wiedziałem z doświadczenia, że na wschód słońca zawsze wstaje się za wcześnie. Wydaje się, że już przecież jest jasno i słońce lada chwila wzejdzie, a tu jak na złość jeszcze przez pół godziny kryje się ono za górami. Wystawiłem więc nos spod kołdry dopiero, gdy niebo stało się przejrzyste. Poranną toaletę poszerzyłem o przetarcie oczu wytartymi w spodnie rękami i z zamiarem zjedzenia czegoś już przy pełnym słońcu, ruszyłem tym razem na szczyt wschodni. Nie przewidziałem, że w nocy szalała dosyć spora śnieżyca i ścieżki stały się ekstremalne śliskie. Mimo to doszedłem na wschodni wierzchołek z lekkim zapasem czasu. W końcu na wschód słońca zawsze przychodzi się za wcześnie. Zawsze. Na miejscu czekała na mnie już grupka Chińczyków, jednak byli oni z gatunku niemeczących, a ich ilość nie przewyższała specjalnie zaludnienia Babiej Góry w czasie podobnego wydarzenia. Znowu plany trochę pokrzyżowały chmury. Były one bardziej łaskawe niż dnia poprzedniego i miejscami dawały słońcu pole do popisu. Widoki były kapitalne. Nie dziwię się taoistom, że wybrali sobie to miejsce, jako święte. Największe wrażenie robiły małe świątynie (stupy?, kapliczki? - muszę dokształcić się z kolejnej religii...) usytuowane w niepojętych miejscach. Padające na nie pierwsze promienie słoneczne to jeden Jeden z widoków, których się nie zapomina do końca życia. Po serii nieoddających atmosfery zdjęć i odczekaniu, aż wszyscy znudzeni opuszczą teren rozłożyłem się w zacisznym miejscu z resztką mojej konserwy i innymi rarytasami z chińskich półek sklepowych. 


Najedzony Kotlet po wschodzie słońca
Porządnie najedzony ruszyłem w stronę szczytu południowego. W spokoju pokonując iluśtysieczny stopień usłyszałem za sobą: 'Matt?? Nie wierzę! To naprawdę Ty?!' Odwróciłem się i zobaczyłem nie kogo innego jak mojego przyjaciela Andreu. Ścieżki Hiszpana poznanego w Irkucku, z którym wspólnie spędzałem czas również w Mongolii, znowu skrzyżowały się z moimi. Zbiegi okoliczności w podróży są niesamowite. Był on z kilkoma przyjaciółmi poznanymi w Xian. Po długich opowieściach o przygodach od czasu ostatniego spotkania, wspólnie ruszyliśmy na szczyt południowy na największą przygodę związaną z górą Hua Shan. Znajduje się tam tak zwany 'Plank in the Sky', czyli szlak poprowadzony po idealnie pionowej skale. Możecie stwierdzić, że przecież nie da się iść po pionowej skale. Otóż dla Chińczyków nie ma rzeczy niemożliwych. Stworzyli oni wąską platformę zbitą z desek. Do tego łańcuchy przymocowane do skał i już jest szlak jak się patrzy. Do 2005 roku był on ogólnie dostępny, jednak ze względu na straty w ludziach w ilościach około stu rocznie, aktualnie można go pokonać tylko z wypożyczonym sprzętem do asekuracji. Powiem szczerze, że nie wzbudzał on mojego zaufania. Wysłużone taśmy i niedomykające się karabinki kazały mi raczej polegać na swoich rękach i łańcuchach. Tak czy inaczej cieszyłem się, że mam przynajmniej jakiekolwiek zabezpieczenie. Po zejściu stalową drabinką w skalnej szczelinie trafiliśmy na wspomnianą drewnianą półkę. Myślę, że z tym najniebezieczniejszym szlakiem na świecie przesadzili. Aktualnie z racji asekuracji jest tam sporo ludzi, którzy chcą tylko zrobić sobie fajną fotkę, jednak myślę że zdecydowanie może on znajdować się w czołówce takich szlaków. Blisko dwa tysiące metrów przepaści pod nogami, przed którą chroni cię tylko wątpliwej jakości drewniana belka naprawdę robi wrażenie. Nachodzi cię myśl, że przecież drewno wieczne nie jest, kiedyś musi się złamać. Oby nie było to właśnie teraz. Zdecydowanie nie polecam osobom z lękiem wysokości albo otwartych przestrzeni. Jedna pani z takimi przypadłościami musiała dosłownie tulić się do skały i pospiesznie opuścić szlak. 'Ścieżka' prowadzi następnie stopniami wykutymi w skale i wreszcie kończy sporą półką skalną, gdzie można pozbyć się asekuracji i podziwiać taoistyczną kaplicę. To właśnie dla niej został tu poprowadzony ten szlak. Trzeba przyznać, że mieli fantazję. Droga powrotna prowadzi tą samą trasą, co wymusza dosyć karkołomne mijanki na wąskim pomoście. Jeszcze tylko wspinaczka po stalowych prętach i można było odetchnąć z ulgą. Dla samego tego szlaku warto przyjechać w to miejsce, a nawet do Chin! Mam nadzieję, że nie zmieni się on wkrótce w wybetonowany pomost z wysoką barierką i pochylnią dla matek z wózkami.

Preludium

 Naprzód?


Nówka to to nie jest...




Pożegnałem się z Andreu i jego przyjaciółmi, myśląc że już więcej się nie zobaczymy. Los jak zwykle chciał inaczej. Drogę z Hua Shan w dół pokonałem razem z chińskim przyjacielem poznanym na wschodzie słońca. Pierwszy spotkany Chińczyk kompletnie inny od całej reszty. Bardzo polubiłem ten naród, ale jego mentalność jest kompletnie odmienna od naszej. Miło było porozmawiać z kimś, kto lubi pobyć blisko przyrody, podróżuje nie tylko do pracy i z powrotem, nie uważa, że wyrzucanie śmieci za okno jest normalne i nie reaguje na każdą opowieść donośnym 'Łooooo'. Po prostu dobry człowiek jakich pełno spotyka się chociażby w polskich górach i w jakich najczęściej znajduje się przyjaciela. Tak na marginesie zauważyliście, że z niewiadomych przyczyn góry jakoś przyciągają porządnych ludzi? Chyba nie na darmo wielu poszukuje na szlakach żon i mężów ;) Zoro, czyli mój nowy znajomy właśnie wrócił z Nepalu i podróżował po Chinach. Przemieszczał się głównie autostopem i spał na Couchsurfingu. Rzeczy, o których prawie nikt nie ma tu pojęcia, a co dopiero żeby ktoś ich używał. Do tego Zoro uwielbiał biwakowanie w dziczy i nienawidził tłumów. Chyba już się domyślacie, że całą dwugodzinna trasę w dół przegadalismy jednym tchem. No może oprócz kilku przerw na wymagające skupienia kolejne schody i łańcuchy. Jak już wspomniałem łatwiejszy szlak wcale nie był taki łatwy. W czasie rozmowy okazało się, że nasze plany się pokrywały i oboje za dwa dni chcieliśmy jechać do Chengdu. Postanowiliśmy pokonać ten odcinek wspólnie. Pierwszy raz od wyjazdu będę jechał autostopem w dwójkę! Na dole zjedliśmy solidne porcje nudli i skierowalismy się na dworzec kolejowy. Myślałem, że moja opcja autobusu z Xian była najtańsza, jednak okazało się że pociągiem można wrócić jeszcze taniej. Bez zastanowienia przyłączyłem się więc do Zoro. Niestety kolejny pociąg odjeżdżał dopiero po 18, więc czekała nas trzygodzinna wegetacja w poczekalni bardzo zbliżonej standardem do PKP. Chwilę przed odjazdem solidnie opóźnionego składu, na stację przybył Andreu z ekipą. Kontynuowaliśmy podróżnicze opowieści przez całą drogę do Xian, gdzie ostatecznie na dobre się pożegnaliśmy. Hiszpan ruszał następnego dnia do Szanghaju, a później prosto do Indonezji więc szansa na spotkanie zmalała prawie do zera. Chociaż nigdy nie mów...
Zoro i Kotlet w śmiesznych czapkach

Dotarłem do mojego hostelu późnym wieczorem i zostałem powitany przez moją ulubioną rececjonistkę. Miała ze mnie przez te wszystkie dni dużo śmiechu, bo wiecznie o coś pytałem. A to o sklep, a to o autobus, a to o Hua Shan. Pod koniec już sama pytała co chcę wiedzieć tym razem. Akurat tego wieczoru nie miałem żadnych pytań. Poprosiłem tylko o klucz. 3999 w górę, tyle samo albo i więcej w dół, do tego niezliczona ilość na szczytach. Myślę, że łącznie miałem za sobą grubo ponad 10 tysięcy pokonanych stopni. Te kilka ostatnich na łóżko piętrowe dopełniły dzieła i padłem jak zabity. 

Kolejny dzień w Xian przeznaczyłem tylko i wyłącznie na odpoczynek. Po Hua Shan naprawdę go potrzebowałem. Pospałem oporowo, posiedziałem w pokoju i posurfowałem po internecie. Po południu ruszyłem się na spacer. Przy okazji chciałem znaleźć miejsce do naprawy mojego aparatu. Nie ma on na tej wyprawie łatwego życia. Wypad do Hua Shan spowodował pęknięcie jednego obiektywu (chyba nawet wiem które schody mogę winić...) i ekstremalne zabrudzenie matrycy. Każde zdjęcie wzbogacone było o kilka kropek i piękny paproch kurzu. Miałem nadzieję, że chińscy elektronicy coś poradzą. Nadzieje okazały się płonne i nikt nie słyszał o takiej usłudze. Może w Chengdu mi się uda. Zakupiłem jedynie klej i wieczorem za  pomocą jego i srebrnej taśmy dokonałem kolejnej inżynierskiej naprawy obiektywu. Jakoś się trzyma. Połaziłem jeszcze zwyczajowo bez celu po mieście i wróciłem do hostelu.

Ostatnie kulinarne cuda w Xian
Tak zakończyła się moja przygoda w tej części Chin. Prawdziwe życie na krawędzi!

poniedziałek, 3 listopada 2014

Rekordzista

Z Moron wyruszyłem dopiero około 13, co nie wróżyło dobrego dnia autostopowego. Pierwszy kierowca okazał się być kolejnym, który wiedział lepiej czego potrzebuję. Usilnie próbował mnie zawrócić i zawieźć na postój taksówek. Przypadki takie są równie częste, jak irytujące. Na powtarzanie nazwy docelowego miasta delikwent tylko przytakuje, bo przecież taksówka bardzo chętnie tam pojedzie. Kilka razy musiałem nakładać przez to dobrych kilka kilometrów marszu, więc nauczyłem się, że nie można się w takich sytuacjach cackać. Trzeba od razu chwytać za klamkę i powoli otwierać drzwi, aż się zatrzyma i pozwoli wysiąść. Tak było też w tym przypadku. Kolejny transport był lepszy - prawie 100 kilometrów, ale za to wylądowałem na całkowitym pustkowiu. Auto pojawiało się raz na 10 minut, więc spokojnie rozsiadłem się na poboczu i wstawałem, gdy na horyzoncie pojawiała się chmura kurzu. Brak jakiejkolwiek wioski w pobliżu był trochę niepokojący, ale pocieszałem się, że jeszcze nie jest tak późno i coś na pewno się trafi. Miałem rację. Po pół godzinie jechałem dalej, tym razem jakieś 20 km. Zostałem wysadzony na odcinku, gdzie budowana była nowa droga. Szczerze mówiąc nie wiem dla kogo, bo ruch był raczej symboliczny. Tak czy inaczej nie była ona jeszcze otwarta, co skutkowało dowolnością przemieszczania się samochodów wokół niej. Dla mnie był to ogromny minus, gdyż musiałem stać na środku, wypatrywać potencjalnych transportów dużo wcześniej i starać się dotrzeć na któreś koleiny wzdłuż nowej drogi, które akurat wybrał kierowca. Czasem bywało to komiczne, gdy biegłem z plecakiem na przełaj przez step, żeby przeciąć drogę jakiemuś samochodowi. Niektóre z  nich ewidentnie się mnie bały i uciekały jeszcze głębiej w step. Taki mały Kotlet, a takie wielkie samochody się go boją. 

Stacja benzynowa.

Nowa droga. Posłuży dziesięciolecia, bo prawie nikt nią nie jeździ


Żeby się rozgrzać, szedłem powoli do przodu. Uznałem, że jak nic nie przyjedzie to na Boże Narodzenie może dojdę do Chin. Wreszcie zobaczyłem w oddali jakąś wioskę. Nie była przy drodze więc wyglądała jak każda inna, jednak na 90% byłem pewny, że to ta sama, w której dwa tygodnie wcześniej miałem przyjemność uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Przy trasie był natomiast mały barek, gdzie zatrzymał się bezpośredni autobus do UB. Kolejne namowy na zabranie mnie i kolejne gigantyczne zdziwienia, że jednak nie chcę jechać. Z tego wszystkiego zrobiła się 17. Do zmroku miałem maksymalnie dwie godziny. W momencie zachodu słońca zrobiło się oczywiście okropnie zimno, więc odezwał się głos kotletowego rozsądku. 'Nie bądź głupi, nawet jak coś teraz złapiesz to wylądujesz pośrodku stepu ciemną nocą.' Powoli uczę się go słuchać w każdej sytuacji. Mrozy rzędu kilkunastu stopni raczej przekreślały nocleg w namiocie. Cóż mi pozostało... Skierowałem swoje kroki w stronę wioski, licząc że sympatyczna rodzina będzie mnie jeszcze pamiętać i przyjmie na jedną noc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wioska była, jak na mongolskie standardy, naprawdę duża. Poprzednim razem, gdy ją opuszczałem jechałem autobusem i od razu zagadałem się z jakimś chłopcem, więc nie było szans na zapamiętanie drogi. Dostałem się tam natomiast w środku ciemnej nocy siedząc na tylnim siedzeniu i będąc przekonanym, że błądzimy po bezdrożach. Jednym słowem odnalezienie małej chatki w gąszczu małych uliczek graniczyło z cudem. 'Dobra, skup się! Z geografii jedynek nie miałeś, orientację też masz nie najgorszą, więc jakoś dasz radę'. Wytężyłem wszystkie zmysły od pierwszego do dziesiątego. 'Wjechaliśmy do wioski z tamtej strony, później chyba był jakiś rozwalony mur... Pamiętasz? Pomyślałeś, że to jakies ruiny...'. Jest mur! 'Ok, dawaj dalej. Przy murze w lewo, później małą uliczką i w prawo...?'. Ślepa, pudło. 'No to wracamy, może jednak w drugą stronę...'. Też pudło. 'Skup się, skup się, skup się!!' W międzyczasie już prawie się ściemniło, wszystkie domy pozamykane na pięć spustów, na bitych drogach pomiędzy domami ani żywej duszy. 'Dawaj Kotlecie, postaraj się bardziej'. Na odtwarzaniu trasy spędziłem jakieś pół godziny, za każdym razem trafiając na ślepe zaułki. Jakimś dodatkowym zmysłem wydawało mi się jednak, że zmierzam w dobrą stronę.
- Może to w ogóle nie ta wioska?!
- Nie no, bez jaj, okolica jakaś znajoma, jestem prawie pewien, że zbliżamy się do celu. - rozpocząłem konwersacje z jedyną rozmowną osobą w okolicy.
- Okej, jakie inne opcje?
- Hmm...
- Hmmm...
- Mam! Zdjęcia!
- No jasne! Że też JA na to nie wpadłem.
Wyciągnąłem aparat i zacząłem cofać się dwa tygodnie wstecz. Kotlet i babcia, Kotlet i dziecko, Kotlet i jacyś faceci, wnętrze domku... Kto robił takie bezużyteczne fotki?? Wreszcie jest! Rodzina, w tle chatka i dalszy domek z niebieskim dachem. Rozejrzałem się dookoła - co drugi dach niebieski. Yhm. Szukamy dalej. Domek z niebieskimi ścianami. Już trochę lepiej. Podskoczyłem do góry. Coś jest! I to rzut kamieniem, w rzędzie domów obok. Pokonałem krótki labirynt ścieżek i wreszcie dotarłem. Znajoma brama, przez którą ostatnio bezcermonialnie wparował mój kierowca. Wybawienie. 'Zaraz, zaraz coś jest jednak inaczej...'. Brama zamknięta, furtka zaryglowana. Niedobrze. Obszedłem cały kwartał domków, zostałem obszczekany przez każdego psa podwórkowego, ale dostałem się na tyły domu. Dwie z trzech jurt zniknęły, chatka zamknięta, podwórko puste. 'Ekstra, akurat teraz postanowili wyjechać na wczasy do ciepłych krajów czy co?'. Tym samym runął cały plan. Rozważałem przez chwilę przeskoczenie przez płot i próbę dostania się do jurty, jednak perspektywa zobaczenia mnie przez jakiegoś sąsiada nie była kusząca. Policja prawdopodobnie dotarła by tam następnego dnia popołudniu, ale nie podjąłem ryzyka.
- No cóż, trzeba wymyśleć nowy plan.
- Co ty nie powiesz...
- Rusz głową, bo zostaniesz na lodzie dosłownie i w przenośni, czyli albo zamarzniesz gdzieś w tej wiosce albo będziesz się telepał z zimna całą noc w namiocie.
- Dobra, szukamy otwartej bramy.
Zamknięte... zamknięte... pies... dwa psy... otwarte! Zapukałem do okna. Gospodyni niby wyszła, ale chyba udawała, że nie wie o co mi chodzi. Nie trzeba dużo, żeby zrozumieć że chcę gdzieś przenocować, ale nie mogłem przecież się na siłę wepchnąć do czyjegoś domu, więc musiałem odpuścić. Doszedłem do czegoś w rodzaju centrum i zauważyłem sklep, w którym jeszcze świeciło się światło. 'Ha! Biegniemy!'. Wparowałem do środka i z kilkudziesięciu poznanych mongolskich słów skleciłem coś w stylu 'Ja tu spać, jutro jechać, noc zimno'. Słów spać i jechac nie znałem po mongolsku, ale w migowym jak najbardziej. Pani się uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała. Uznałem, że to moja ostatnia deska ratunku i w najgorszym wypadku będę okupował sklep. 'Przecież mnie nie wyniosą siłą.' Siadłem więc przy piecu, uśmiechałem się szeroko, licząc na kotletowy urok osobisty i czekałem na rozwój wypadków. Pani chyba zrozumiała aluzję i z równie szerokim uśmiechem zamknęła sklep i pokazała na tylne drzwi. Zaprowadziła mnie do swojego domu, gdzie czekali już na nią mąż i córeczka. Wspólnie radzili nade mną, pokazywali mnie palcami i wesoło rozmawiali. Wreszcie pani domu usadziła mnie przy stole, dała solidną porcję makaronu z mięsem kozy i miseczkę ciepłej wody. Posiedzieliśmy chwilę prowadząc dosyć ułomną rozmowę w migowo - mongolskim, po czym rozłożono mi koc obok pieca. Tylko na to czekałem! Padłem jak zabity i po 30 sekundach już mnie nie było. 

Szukaj wiatru w polu, czyli gdzieś tam jest znajomy domek


Miejsce mojego jednonocnego zbawienia

Chwila refleksji. Zastanawiałem się, jak można odmówić człowiekowi ogrzania się w swoim domu, gdy na polu trzaskający mróz... Później sobie pomyślałem: 'A czy Ty otworzyłbyś drzwi w środku nocy, jakiemuś niezbyt czystemu typowi?'. W tej chwili już na pewno tak, ale nie mając takiego doświadczenia, jakie mam teraz? Nie wiem... Na szczęście zawsze przekonuję się o tym, że po kilku napotkanych niepowodzenia, Niebo zsyła mi jakąś naprawdę dobrą duszę, która nie waha się długo, widząc człowieka w potrzebie. Moje podróżnicze doświadczenie to jedno. Ważniejszy aspekt to to, że na pewno od teraz sam, jeszcze bardziej niż do tej pory, będę starał się być jedną z takich dobrych dusz na drodze innych ludzi. A kto wie, może kogoś natchnę tymi patetycznymi zdaniami i widząc człowieka w potrzebie dwa razy się zastanowi zanim odmówi?

Zebrałem się z samego rana, nie chcąc robić jeszcze większego kłopotu. Gorąco podziękowałem i już po 8 byłem na znajomej drodze. Oczywiście te same pustki, ale tym razem miałem przed sobą cały dzień i głowę pełną pozytywnego nastawienia. Zaprzyjaźniłem się z dwuosobową ekipą budujacą drogę. Chyba uznali, że idę na nogach całą trasę i uznali mnie za niespełna rozumu. Pewnie nie oni pierwsi. Wreszcie nadjechała jakaś ciężarówka. Zabrałem się z kierowcą może 100 metrów po czym skręcił, zwołał ekipę budowlaną i wszyscy zrobili sobie przerwę na piwo. Fajnie, ale czas mnie naglił, a w międzyczasie oczywiście jak na złość przejechały dwa auta. W końcu udało mi się uwolnić z trochę natrętnego towarzystwa i wróciłem na drogę. Chwila czekania i tym razem mi się poszczęściło - transport aż do Bulgan, czyli najgorszy odcinek będę miał za sobą. Trasa pomiędzy Moron i Bulgan jest praktycznie pusta ze względu na brak większych wiosek. Od Bulgan ruch trochę się zwiększa i osiąga maksimum na drodze przelotowej Rosja - Chiny. Było więc lepiej niż dobrze. W Bulgan zrobiłem sobie przerwę na obiad. Zakupiłem konserwę tyrolską Pamapolu, zagryzłem chlebem i czekoladą Wawelu. Jak w domu. Następnie jednym samochodem dotarłem do Erdenet, jednak utknąłem w centrum. Zacząłem się trochę spieszyć, bo wiedziałem, że kolejnej nocy mogę nie mieć tyle szczęścia i wyląduje w namiocie. Przeliczyłem godziny i uznałem, że jest szansa dotrzeć jeszcze dzisiaj do UB. Żeby zaoszczędzić cenne minuty w Erdenet szarpnąłem się na taksówkę. Za równowartość 90 groszy przejechałem kawał niezbyt wielkiego miasta i byłem prawie na wylocie. 
Obiad po polsku


Autostop w Mongolii z racji bariery językowej jest raczej dosyć milczący, więc miałem trochę czasu na przemyślenia na temat dalszych planów. Pomimo braku konieczności posiadania wizy, po miesiącu swój pobyt w tym kraju trzeba zarejestrować i przedłużyć uiszczając opłatę. Było to jakieś 3 złote za dzień, więc teoretycznie mogłem to zrobić i ruszyć na dalsze podboje innych terenów tego pustkowia. Opcja ta kusiła mnie, jednak było jedno 'ale'. Nadchodziła prawdziwa zima. Temperatura nawet w dzień nie podnosiła się wiele powyżej zera, sytuację ratowało trochę słońce, ale gdy go zabrakło, stanie na poboczu ograniczało się do wymyślania nowych sposobów rozgrzania się. Dodatkowo w nocy mróz wykluczał noclegi w namiocie, więc trzeba było wszystko planować do przodu. Nie dało się beztrosko czekać na transport. To wszystko skłoniło mnie do ostatecznej decyzji. Po kilku dniach odpoczynku w UB postanowiłem ruszyć na południe, do Chin. Południe zawsze oznacza ocieplenie, więc również w tym przypadku na to liczyłem. 

Kilka podwózek później byłem już prawie na głównej drodze do UB. Dowiózł mnie tam miły pan z synkiem, który z przedniego siedzenia urządził sobie ze mną strzelaninę Uczestniczyłem w niej chwilę, po czym szczęśliwie zostałem zabity i mogłem uciąć sobie małą drzemkę. Niestety przemieszczaliśmy się dosyć powoli. Wiedziałem, że muszę dotrzeć na główną trasę przed zmrokiem i złapać coś bezpośrednio do stolicy, żeby uniknąć nocnego stopowania. Niestety nie udało się to i zostałem wysadzony na skrzyżowaniu już po zmroku. Nie było wyjścia. Stanąłem w świetle jedynej latarni w pobliżu jakiejś pustawej stacji benzynowej i zacząłem machać. Zgodnie z przewidywaniem nikt nie był skory do zatrzymania się. Wreszcie nieopodal zatrzymała się jakaś rodzinka na krótki postój przed dalszą drogą. Zlitowali się nade mną i dopakowali do pełnego już samochodu. Kierowca nie przekraczał 50 kmh ale nie miało to znaczenia - wiedziałem że jadę prosto do UB i wszystko mi było jedno o której tam dotrę. Znowu migowe rozmowy uzupełniane zdjęciami na komórce z farmy i dotychczasowej podróży. Droga minęła bardzo miło, w dodatku rodzinka podrzuciła mnie prawie pod same drzwi mieszkania Jasona. Coś pięknego. 
Mój zabójca

Teraz wreszcie o tytułowym rekordzie. U Jasona wszystko dokładnie sobie przeliczyłem, popatrzyłem w kalendarz i jednosobowa komisja ogłosiła werdykt. Życiowy rekord! Dokładnie 14 dni i 5 godzin bez mycia się! Co tam jazda stopem do Chin! To była dopiero rzecz, którą będzie można się dzieciom chwalić. Byłem z siebie niesamowicie dumny. Chwilę napawałem się tym momentem w łazience, po czym ze względu na mojego współlokatora wskoczyłem pod prysznic. Tym samym zerwałem z życiem pastucha i na powrót zostałem mieszczuchem.

Kotlet w czasie ustanawiania rekordu

Szczęśliwy Kotlet na finiszu rekordu

Kotlet zdatny do mieszkania z kimkolwiek oprócz Mongołów