Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

Brakujące ogniwo, czyli indonezyjski finisz

Jak się okazało w ostatnim poście Kotlet to trochę taki mały oszust. Sprawdza się to też w sprawie wszelakich obietnic na blogu. Wiele razy w ciągu podróży mówiłem, że przez jakiś czas nie będzie nic nowego, a tu po paru dniach atakowałem jakimś postem-gigantem. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Po (wstępnym!) powrocie do rzeczywistości na blogu ląduje więc ostatni nieopisany etap wędrówki. Wyprawa za Równik.

Indonezja miała być dla mnie tylko ostatnim, dosyć szybkim przystankiem w mojej podróży. W pewnym sensie była ona narzędziem niezbędnym do zrealizowania Ostatniego Marzenia, czyli dojechania autostopem na równik. Okazało się jednak, że przez tak krótki czas kraj ten zwyczajnie urzekł mnie swoim pięknem. Jeśli miałbym kiedyś stworzyć listę miejsc, gdzie chciałbym wrócić, to Indonezja byłaby w czołówce.


Pomysł przekroczenia równika autostopem pojawił się kilka miesięcy wcześniej. Uznałem, że skoro już jestem tak daleko od domu to warto zobaczyć jak się sprawy mają na drugiej półkuli naszego pięknego globu. Początkowo miałem nadzieję, że uda się tego dokonać jachtostopem, jednak złapałem łódkę płynącą na północ i ostatecznie z wielką łaską się zgodziłem. Niewiele zabrakło też z Singapuru, który leży jakieś 100 km ponad równikiem. Musiałem więc wykombinować coś innego. Padło na indonezyjską Sumatrę. Z racji niskich cen, najbardziej popularnym środkiem transportu na Sumatrę jest samolot. Ja jednak uparcie chciałem dokończyć podróż nie odrywając się od powierzchni Ziemi. Znalazłem więc jedyne morskie połączenie z Indonezją prowadzące z malajskiego miasta Melaka.

sobota, 2 maja 2015

Długa droga do Domu

Na początek informacja do wiadomości publicznej. Czytacie najprawdopodobniej ostatni post Kotleta Na Wynos. Przynajmniej w najbliższym czasie. Nie mam pojęcia jak ułożą się dalsze plany Kotleta, więc tym bardziej nie mogę nic powiedzieć o przyszłości tego bloga. Nie ukrywam, że trochę mi z tego powodu smutno, bo pisanie kolejnych postów jakoś weszło już w harmonogram moich zajęć. Życie jednak toczy się dalej, a blog i tak spełnił swoją dotychczasową rolę w wymiarze dużo większym niż się początkowo spodziewałem. Poza tym patrząc na prawą stronę bloga widzę tekst '...wyruszył w podróż i jest mu z tym dobrze. Jeśli to się zmieni to wróci'. Co prawda się nie zmieniło, ale wrócił. A dokładniej właśnie wraca.



Piszę te słowa z lotniska w Kuala Lumpur, choć opublikowanie ustawię na kilka dni później, aby pojawiła się wreszcie lokalizacja: Polska :) Co działo się przez ostatnie dni? Ostatniego Marzenia Kotleta, czyli dotarcia autostopem na równik i południową półkulę opisywał nie będę. Nie będzie więc o wyjątkowo ciężkim podróżowaniu na Sumatrze, uczestniczeniu w obronie indonezyjskiej pracy magisterskiej, dwudniowym swataniu mnie z islamską pięknością, spaniu z dwoma studentami na ośmiu metrach kwadratowych i mieszkaniu pod namiotem w indonezyjskim wulkanie. Przynajmniej na razie. Będzie za to o radości, spełnieniu i szczęściu. Ktoś pomyśli: 'Będzie podsumowanie podróży!'. Nie. Będzie o powrocie do Domu.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Singapurski raj !?


W Azji południowo-wschodniej wszędzie jest blisko. Dlatego też przemieszczenie się z Kuala Lumpur do Singapuru było podobne bardziej do wycieczki do Zakopanego niż migracji międzypaństwowej. Wydostałem się z KL na bramki autostradowe i już trzeci zatrzymany kierowca zabrał mnie do Johor Bahru - miasta granicznego. Po drodze za moją prośbą zgodził się nawet zatrzymać na stacji benzynowej. Oddaliłem się trochę i przy jakimś płotku zakopałem reklamówkę ze skarbami - gazem pieprzowym i pałką teleskopową. W Singapurze tego typu bronie są surowo zakazane i musiałbym oddać je na granicy do 'utylizacji'. A tak przeleżą sobie trochę w ziemi i mam nadzieję zabrać je przy wyjeździe z Singapuru. Możecie się śmiać, ale to najlepsze co przyszło mi do głowy. Acha, dokładnego miejsca nie zdradzam, bo jeszcze by kto przyjechał i odkopał.

Skrytka z bronią

W Johor Bahru złapałem autobus, który teoretycznie miał mnie zabrać na dworzec, skąd z kolei odjeżdżały autobusy do Singapuru. Okazało się jednak, że owy autobus przejeżdża obok samej granicy, więc nie wahając się wyskoczyłem i zaatakowałem granicę pieszo. Pomimo prób zniechęcenia przez wszystkie pytane po drodze osoby, oczywiście się udało i po pół godzinie, krótkiej kontroli oraz paru pytaniach usłyszałem 'Welcome in Singapore'. Pierwszą zaletą miasta - państwa było to, iż po przekroczeniu granicy od razu mogłem się skierować do metra i bezpośrednio dojechać do centrum na spotkanie z Kubą.

Kuba to mój kumpel z czasów licealnych, który aktualnie pomieszkuje w Singapurze. Nie widzieliśmy się kupę czasu, ale gdzieś w okolicy Mongolii dostałem od niego jednoznaczną wiadomość: 'Azja południowo-wschodnia najlepsza! Dawaj do Singapuru!'. Od tamtej pory Singapur był moim celem nie tylko geograficznym, ale również mentalnym. Miło było wielokrotnie powtarzać ludziom na drodze 'Jadę do Singapuru. Do kumpla'. W tym miejscu pragnę Kubie ogromnie podziękować. Jako że sam sporo włóczy się po świecie wiedział, że najlepsze co może człowieka spotkać w tak długiej podróży to posiadanie spokojnego miejsca, gdzie można wrócić kiedy się chcę i spokojnie robić nic. Dzięki Kubie Singapur stał się dla mnie rajem. Tym z wykrzyknikiem. 

Kuba mieszkał w apartamentowcu z basenem, siłownią i sauną. Nam się wydaje to luksusem, ale na warunki singapurskie to raczej standard. Dzień codziennie zaczynałem więc od pół godzinki pływania, później śniadanie przy wiadomościach na AsiaNews i nagle robiła się 10. Zwykle ruszałem się wtedy z domu i eksplorowałem Singapur. Po powrocie pichciłem coś na obiad i znowu sprawdzałem co tam w azjatyckiej polityce. Jak gotować mi się nie chciało to szedłem na dół do Chińczyka. 

Good morning, Singapore!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wielkanoc w Kuala Lumpur

Z pokładu Flasha wysiadłem dokładnie w Niedzielę Palmową. Szczęśliwie byłem niedaleko jedynego kościoła w okolicy, gdzie szybko się 'dostopowałem'. Niestety tym razem internet mnie oszukał i jedyna msza skończyła się kilka godzin wcześniej. Kościół był zamknięty na kilka spustów, więc razem z moją palmą w ręku zwyczajnie pocałowałem klamkę. No cóż, zdarza się.

Niedziela bardzo Palmowa
Postanowiłem wykorzystać więc dzień i zacząć stopować do Kuala Lumpur. Miałem do pokonania kawał Tajlandii i prawie całą Malezję. Pierwszy odcinek pokonywałem już wcześniej jakiś miesiąc temu. Niestety była to ta pechowa droga, gdzie stop nijak nie działał. Tym razem było niewiele lepiej. Zazwyczaj przyjemnie jest jechać tą samą trasą, bo ma się upatrzony jakiś nocleg, niestety tym razem nie mogłem z niego skorzystać. Mijałem bowiem owo feralne miejsce, gdzie doznałem nocnego ataku mrówek. Nie było mowy, żebym się drugi raz w to wpuścił. Zabrała mnie pewna chińska rodzina, z którą postanowiłem odbić mocno na północ, ale za to dotrzeć do głównej autostrady na Malezję. Stamtąd jeszcze jeden stop i sporo po zmroku znalazłem się w Hat Yai - ostatnim dużym mieście Tajlandii.
Muszę się przyznać, że staję się coraz bardziej leniwy w kwestii noclegów. Pamiętam, jak na początku podróży gorączkowo przeglądałem mapę w poszukiwaniu miejsc potencjalnie odludnych na rozbicie namiotu. Później spędzałem niejednokrotnie godzinę na chodzeniu po okolicy i szukaniu jakiegoś lasku. Teraz w moich oczach sprawa wygląda dużo prościej. Jeśli mam jakiś transport to ani myślę go opuszczać wcześniej, bo wiem że nawet jak wyląduje w środku miasta to coś się wymyśli. Zazwyczaj miejsce na namiot jest w zasięgu wzroku. Gdziekolwiek bym nie wysiadł. Skwer, most albo opuszczony dom. Może to kwestia Opatrzności, a może obniżenia wymagań. Chyba zrozumiałem, że każdy kto widzi namiot rozbity w dziwnym miejscu odczuwa raczej ogromną ciekawość, a nie chęć dzwonienia na policję. Gdy namiotu z rana już nie ma to prawdopodobnie taki jegomość zapomni o całej sprawie przeżuwając śniadanie. Taka moja teoria. W każdym razie ostatniej nocy w Tajlandii padło na skrawek miejsca przy rondzie pod wiaduktem. Kilka kroków od miejsca autostopowego na jutro.

Pole namiotowe

poniedziałek, 16 marca 2015

Do zwrotu! Czyli Kotlet wypływa na morze

Udało się! Sam do końca nie mogę w to uwierzyć, ale jachtostop jednak jest realny. Piszę to z pokładu katamaranu zacumowanego u wybrzeży wyspy Langkawi w Malezji. Jak się tu znalazłem?

W tym miejscu miał być inny post. Był on już napisany i gotowy do wrzucenia na bloga. Postanowiłem, że nie będę go zmieniał. Owszem, jest trochę nieaktualny, ale może choć w minimalnym stopniu odda zaskoczenie, jakie przeżyłem. Wydarzenia ostatnich dni, które były całkowicie szalone i nieprzewidywalne opiszę na końcu. Na razie opis całego przedsięwzięcia zwanego poszukiwaniem jachtu z małymi wtrąceniami 'uaktulniającymi'.

Wierni fejsbukowicze już wiedzą, iż Kotlet postanowił spróbować zmienić środek transportu i podbić morskie przestrzenie. Tak zwany jachtostop. Zdawałem sobie sprawę, że z moim doświadczeniem (bądźmy szczerzy - jeśli chodzi o morze to zerowym. Wiele wakacji na Mazurach jest jakąś podstawą, ale zdawałem sobie sprawę, że to inna bajka), będzie to trudne, żeby nie powiedzieć niewykonalne. Jednak kto nie próbuje, ten nie ma nic. Szczegóły trochę później, ale zdradzę tajemnicę, że Kotlet na razie został na stałym lądzie.

I to już informacja nieaktualna. Kotlet aktualnie wybiera się jachtem do Tajlandii. - dop. późniejszy

Na Langkawi (po raz pierwszy, nie ostatni) dotarłem bez żadnych przeszkód. Liczyłem, że półtoragodzinna przeprawa promem będzie przygodowa przynajmniej pod względem widoków, ale się zawiodłem. Zapakowano mnie do kolosa na blisko 600 osób i wskazano miejsce jak w samolocie. Klima i filmy na ekranie. Nie do końca na to liczyłem. Swoją drogą nie wiem czy najlepszym pomysłem jest puszczanie w czasie jazdy krwawego horroru o pewnym nawiedzonym domu w Malezji. Płaczące dzieci chyba wolałyby coś innego. Tak czy inaczej dotarłem do portu na Langkawi. Wyspa jest wyjątkowo nieprzyjazna budżetowym podróżnikom. Brak komunikacji publicznej i zabójcze ceny taksówkarzy odbiły się pozytywnie na mojej kondycji. Oczywiście tej fizycznej. Dotarłem więc o własnych siłach do oddalonego kilka kilometrów Kuah i znalazłem najtańszy hostel. Najtańszy nie znaczy tani. 30 zł za łóżko piętrowe w pokoju na poddaszu bez okna. Znaczy okno było. Na korytarz. W nim okien również nie było, ale prowadził na klatkę schodową, która z kolei prowadziła dwa piętra w dół gdzie na końcu korytarza było okno na zewnątrz. Światło miało marne szanse pokonania takiej odległości. Była za to klima, żeby się nie udusić.

Trup ścielił się gęsto

Langkawi

niedziela, 8 marca 2015

Najlepszy plan? Brak planu!

Upały nie sprzyjają autostopowi. Wiem, że największym wrogiem jest deszcz, ale jednak żar lejący się z nieba też mocno komplikuje sytuację. Stanie w słońcu na poboczu to katorga, a co dopiero jak trzeba przejść kilka kilometrów przez miasto. Właśnie w takich warunkach przyszło mi jechać przez Tajlandię. Temperatura oscylowała w granicach 40 stopni w cieniu. Jeden z kierowców słusznie kiedyś stwierdził 'Ja ledwo w klimatyzacji daję radę wysiedzieć, a Ty chcesz iść przez ten upał?'. Jakoś szedłem. Ale ledwo. 

Umiejętne wykorzystanie każdej chwili autostopowego cienia
Po Kanchanaburi ruszyłem na południe. Docelowo w stronę Malezji. Cel odległy był blisko 1200 km, na które nie miałem żadnego planu. Zresztą szczerze mówiąc na Malezję wtedy też jeszcze pomysłu nie miałem, ale nie uprzedzajmy faktów. Chciałem po drodze coś ciekawego w Tajlandii zrobić. No Bóg mi świadkiem, że chciałem. Chciałem popłynąć kajakiem w deltę pewnej rzeki. Okazało się, że nie dość że samemu kajaka pożyczyć nie można, to jeszcze rzadko w ogóle dadzą ci powiosłować. Co to za frajda? Przypomniała mi się historia z 'Into The Wild', gdy główny bohater ostatecznie kupił kajak w supermarkecie. Rozważałem to, ale kajaków w 7eleven nie mieli. Chciałem pojechać na pewną odległą wyspę, którą polecił mi właściciel hostelu w Kanchanaburi. Okazało się, że trzeba wykupić całą wycieczkę, a jedyna firma która pozwala na samodzielne przejście się po wyspie, żąda blisko 2000 bathów (200 zł) za sam transport. Tajlandia przy wszystkich swoich zaletach ma jedną wadę. Jest cholernie turystyczna. 

Pojechałem więc bez celu. W Tajlandii czasem trzeba na autostopowy transport chwilę poczekać, ale za to każdy ma klimatyzację więc można było trochę odetchnąć. No chyba, że Cię weźmie na pakę to efekt jest jak, nieprzymierzając kotlet na patelni. Kolejni kierowcy byli dosyć przeciętni. Oprócz jednego. Wziął mnie zaraz za stacją, na której uzupełniałem i upuszczałem płyny. Pickup. Na pace ogromny motocykl. W środku niczym niewyróżniający się Taj w koszulce Harley - Davidson. Jak mi powiedział, lubił motocykle i właśnie wracał z Motoshow w Bangkoku. Nic niesamowitego, sam mam motocykl i lubię sobie pojechać na jakiś zlot. Otóż w tym wypadku nie wszystko było przeciętne. Sami zobaczcie jak prezentował się mój kierowca i jego motocykl.

niedziela, 1 marca 2015

Nic ciekawego

Nienawidzę kabaretów. Bo trzeba czekać pół godziny na coś śmiesznego. Dlatego tylko urywek.

'Co tam u ciebie, Kotlecie?'


Tak to jest w podróży, że po gigantycznych przygodach często przychodzą dni spokoju. I dobrze, bo przecież by człowiek zwariował. Nie ukrywam, że sam też tak pokierowałem wydarzeniami, żeby dać trochę odpocząć sobie i moim Aniołom Stróżom. W czasie wyprawy dookoła jeziora Indawgyi musiały się nieźle napocić, więc im się należało.

wtorek, 10 lutego 2015

Birma. Preludium.

Wydostanie się z Bangkoku było tak samo problematyczne jak w przypadku wszystkich wielkich miast. Po dwóch godzinach wylądowałem jednak na względnie zamiejskiej drodze. Bez większych utrudnień przemieszczałem się w stronę birmańskiej granicy. Za utrudnienia nie uznaję usmażenia się przez trzy godziny największego upału na pace półciężarówki. Urozmaiceniem był też odcinek pokonany z Ooo (tak, to jest imię). Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, bo Ooo karkołomnie przekroczył trzy pasy, aby do mnie podjechać. Gdy tylko zaglądnąłem do środka już wiedziałem. Ladyboy. W wolnym tłumaczeniu - babochłop. Skąd taki osąd? Nietrudno się domyślić. Całe auto w różu, wszystko wyperfumowane, za kierownicą chłop udający kobietę, a na kolankach słodki piesek. Zresztą nawet gdybym się nie domyślił to nowy znajomy od razu się przedstawił.  'Jestem Ooo, babochłop'. Najpierw się wahałem czy wsiadać, ale uznałem że transport jest transport, a z jednym mocno zniewieściałym gościem chyba sobie poradzę w razie czego. Ooo okazał(a) się jednak niegroźny. Raz zaczął pokazywać jakieś gesty w okolicy krocza, ale na szczęście chodziło o przerwę na siku dla pieska. Muszę się przyznać, że gdy się rozstawaliśmy byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o wspólną fotkę. Trochę to nieludzkie, bo Ooo cieszył się jak dziecko, a mi zależało tylko na pamiątcę. Być w Tajlandii i nie mieć zdjęcia z Ladyboyem? Być nie może. 

Kotlet i Ladyboy


poniedziałek, 2 lutego 2015

Good morning, Bangkok!


Z Koh Sdach wyjeżdżałem z niemałą nutą smutku. Patrzyłem na oddalającą się wyspę z pokładu małej łódki, która za 5000 riel miała dowieźć mnie na stały ląd. Pojawiały się różne myśli 'Po co ci to znowu? Źle ci tutaj? Przecież możesz przedłużyć wizę i siedzieć tu jeszcze miesiąc albo i dłużej'. Krótko mówiąc napadł mnie mały kryzys. Po trzech tygodniach stanąłem stopą na stałym lądzie i skierowałem się na gruntową drogę wyjazdowa z wioski Poy Jopon, gdzie przyszło mi znowu liczyć na ludzką życzliwość. Kryzys na szczęście minął w momencie, gdy złapałem pierwszego stopa. Zabrał mnie pewien wojskowy jadący skuterem na posterunek w środku dżungli. Potem było jeszcze kilka podwózek i ostatecznie klasycznie kambodżański autobus, w którym nie chcieli pieniędzy. Dojechałem na główną drogę, gdzie po dłuższym oczekiwaniu wskoczyłem na pakę wyładowaną oponami. Sto kilometrów z kolejnymi kierowcami szczęśliwie doprowadziło mnie na granicę. Pieczątka wymeldowania się z Kambodży, wjazdu do Tajlandii (Tajowie nie wymagają wiz przy pobycie krótszym niż 15 dni) - jedna z łatwiejszych granic. Odszedłem kawałek i zacząłem łapać.
Uśmiech przez łzy, czyli wyjazd z Koh Sdach

Uśmiech szczery, czyli znowu w drodze!


czwartek, 8 stycznia 2015

Kambodżański cyrk na kółkach

Znowu na początku muszę się do czegoś przyznać. Jeszcze kilka lat temu wiedziałem o Kambodży dwie rzeczy. Że to stąd Angelina Jolie adoptowała kilkoro dzieci i że na 100% znajduje się gdzieś w Ameryce Południowej. 50% sprawdzalności to chyba nie najgorszy wynik.

Przekroczenie granicy obyło się bez większych problemów. Nie było zbyt wielu chętnych do wjazdu do tego kraju. Spotkałem jedynie pewną Chinkę. Razem udało nam się wytłumaczyć panu po stronie laotańskiej, że nie będziemy płacić dodatkowych opłat 'manipulacyjnych' z racji Sylwestra. Obyło się więc bez jednodolarowej łapówki. Po stronie kambodżańskiej przywitał nas pan pod parasolem, na którym odręcznie ktoś wybazgrał 'helth care'. 'Opieka medyczna', oczywiście napisana z błędem. Jeden dolar należał się za przyłożenie nam do szyi czegoś w rodzaju termometra. Pan nawet nie spojrzał na wypełnioną przeze mnie kartę zdrowotną, której sam szczerze mówiąc poświęciłem akurat tyle uwagi, żeby napisać swoje imię i nazwisko. Na koniec 'lekarz' podbił pieczątkę, że nie mamy Eboli (po to ta cała szopka). Udaliśmy się po wizę (35$), pięć razy sprawdziłem wszystkie pieczątki i byliśmy w Kambodży. Pożegnałem się z Chinką, która czekała na jedyny autobus w ciągu dnia, a sam ruszyłem... No właśnie. Przed siebie. Dookoła nie było nic. Żadnego miasta czy wioski. Nie zrażając się, raźnym krokiem zacząłem pokonywać kolejne kilometry całkiem niezłą drogą asfaltową. Widoki bardzo przypominały mi Syberię. Dżungla skończyła się jakiś czas temu. Teraz otaczały mnie drzewa, wysokie trawy i pustkowia. Jedyna różnica była taka, że tutaj bałbym się wejść w te pustkowia choćby na pięć metrów. 

Granica kambodżańska

Kambodża.

Kambodża jest najsilniej zbombardowanym krajem świata. W czasie wojny w latach 1965-1973 USA zrzuciło tutaj ponad 2,7 mln ton bomb. To półtora razy tyle, ile zrzucili alianci w ciągu całej drugiej wojny światowej na wszystkich jej frontach. Bombardowania prowadzone były średnio co 8 sekund. Dzień w dzień przez 8 lat. Pod koniec piloci odmawiali lotów ze względu na zbyt duże zagęszczenie samolotów. Co ciekawe ludzie odpowiedzialni za bombardowania (Nixon, Kissinger) i ludobójstwa (Czerwoni Khmerzy) nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny, a tych drugich Francja do dzisiaj nie chce wydać w ręce sprawiedliwości. Polecam zagłębić się w historię tej wojny, bo naprawdę warto. Tak czy inaczej około 30% tych bomb nigdy nie wybuchło. W ziemi pozostawiono również blisko 6 milionów min przeciwpiechotnych. Niestety wszelkie niewybuchy nadal mają wysoką wartość na czarnym rynku. Ciągle są więc powszechne dziecięce wyprawy w lasy na poszukiwania powojennych bomb. Bardzo często z takich eskapad wraca połowa uczestników. Widziałem sporo ludzi bez nóg czy stóp, ale jeszcze więcej bez nosów, uszu czy kawałków twarzy. Podejrzewam więc, że odłamki są równie niebezpieczne... To wszystko sprawia, że wchodzenie w Kambodży w dzikie tereny jest delikatnie mówiąc nieodpowiedzialne. 

Z okolic granicy wydostałem się tylko dzięki leśnikom na skuterach. Nikt inny tamtędy nie jeździł. Dotarłem do jakiejś wioski nie uwzględnionej na mapie, a później do miasta Stung Treng. Ostatni odcinek był drogą, która nie miała dziur. Tam były regularne leje po uderzeniach meteorytów. W mieście załatwiłem sobie wrzątek na zupkę i wyjąłem trochę dolarów z bankomatu. W Kambodży w obiegu są dwie waluty. Dolar i riel. Te drugie są zazwyczaj używane do kwot mniejszych od dolara. Połapanie się przy wydawaniu reszty częściowo w dolarach, częściowo w rielach było dosyć kłopotliwe. Zakupiłem też trochę ulubionych bananów, które w Kambodży jeszcze potaniały. Teraz za kiść dwudziestu płaciłem 1,70zl. 

W Stung Treng odbiłem z głównej drogi. Mogłem jechać do kolejnego celu przez stolicę, jednak chciałem zobaczyć trochę prawdziwej Kambodży. Złapałem autobus, który wziął mnie za darmo. Pierwszy raz jechałem w prawdziwie azjatyckim stylu. 'Ilu chce jechać tyle pojedzie, nieważne ile mają bagażu'. Do miasta Preah Vihear dotarłem około 17. Do świątyni o tej samej nazwie, do której zmierzałem miałem jakieś 100km. Uznałem, że nie chcę ryzykować dalszej jazdy i szukania noclegu po ciemku, więc wyszedłem z miasta i rozpocząłem poszukiwania miejsca na namiot. Minąłem sporo całkiem nieźle wyglądających pól ryżowo - namiotowych, ale szedłem dalej. Bo nie było jeszcze ciemno, bo widoki były ładne, bo ludzie się do mnie uśmiechali i pytali gdzie idę, bo napawałem się nowym miejscem, bo nie byłem zmęczony, bo słońce ładnie zachodziło, bo podobały mi się kambodżańskie domki, bo dryfowałem myślami po marzeniach, bo... No po prostu szedłem. Nie zawsze musi być jakiś powód. Zatrzymałem się po około 1,5 godzinie, gdy było już całkiem ciemno. Skręciłem na pole ryżowe i przy jakimś zagajniku rozbiłem namiot. W Kambodży nie odważę się rozbić go nigdzie indziej. Uznałem, że pola ryżowe są jedynym bezpiecznym od min miejscem. Siadłem sobie obok namiotu, zjadłem ostatnią laotańską kanapkę, czytałem książkę, a o 21 zachciało mi się spać, co też niezwłocznie uczyniłem. Dużo osób pytało mnie jak spędziłem Sylwestra. No właśnie tak :)

Jak to się nie zmieści?

Niniejszym moje buty zamknęły podróżniczą pętlę. Mi jeszcze trochę brakuje

Rano zbierałem się niespiesznie, bo z niewiadomych przyczyn namiot był całkowicie mokry od rosy. Przy śniadaniu kątem oka zobaczyłem jakiegoś chłopczyka na skraju pola. Był tak zaaferowany widokiem namiotu, że pobiegł do domu i w chwilę później przyprowadził całą rodzinę. Zachowywali bezpieczny dystans około 100 metrów. Dopiero gdy nadszedł senior rodu, poprowadził ekspedycję poznawczą w moim kierunku. Wszyscy byli bardzo pozytywnie nastawieni. Wyglądało jednak, że publiczność nigdzie się nie wybierała, musiałem zatem złożyć mokry namiot przy ich okrzykach zdziwienia, gdy z domku zrobiłem mały pakunek. Pomachałem na pożegnanie i wyszedłem na drogę. Wziął mnie kierowca, który nauczył się biegle angielskiego, nigdy nie spotykając nikogo mówiącego w tym języku. Po prostu oglądał filmiki na Youtubie. Dotarłem z nim do miejscowości Sra'em. Bez śmiechów, nazwa jak każda inna. Ludzie muszą tu żyć i odpowiadać na pytanie 'Skąd jesteś?' 'A ze Sraem'... Na kilka kolejnych stopów dostałem się pod świątynię Prasat Preah Vihear. Położona wysoko w górach, tuż przy granicy z Tajlandią jest wciąż mocno kontrolowana przez wojsko i co jakiś czas na nowo zaminowywana przez tajów. Aktualnie była bezpieczna i otwarta dla podróżnych. Nie było łatwo się tam dostać, szczególnie stopem, ale nagrodą jak zwykle w takich sytuacjach był bardzo mały ruch turystów. Sama świątynia była swego rodzaju preludium do Angkor Wat, gdzie zmierzałem. Preah Vihear była jednak nie do pobicia w kwestii położenia. Miałem wrażenie, że gdyby nie słaba widoczność, mógłbym zobaczyć całą Kambodżę z lotu ptaka. Było to wrażenie jak najbardziej uzasadnione, bo jak się później okazało Kambodża jest płaska jak deska aż po samo wybrzeże. 

Prasat Preah Vihear


Widok na Kambodżę


Żeby nie było - takie już było!


Koło południa ruszyłem dalej. Po kilku krótkich podwózkach zabrało mnie dwóch facetów z dwoma dziewczynkami na tylnim siedzeniu. Jechali bezpośrednio do Siem Reap, jednak w połowie drogi odbili na jakieś kompletne zadupie. Jak zwykle w takich momentach rozsądek nakazywał mi wysiąść. Gdyby zwyczajnie samochód nawalił, zostałbym na lodzie pośrodku niczego. Właśnie dlatego nie lubię zbaczać z trasy, nawet gdy ktoś zapewnia mnie, że ostatecznie jedzie w moim kierunku. Z drugiej jednak strony takie sytuacje najczęściej kończą się najlepszymi przygodami. Z tą myślą pozostałem w samochodzie. Po około godzinie telepania się wertepami dotarliśmy do małej wioski głęboko w lesie. Mieliśmy tu podwieźć dwie dziewczynki. Dla mnie największą atrakcją ich domu była mała kicia w klatce. Pierwsza myśl - 'Po cholerę ktoś zamknął słodkiego kociaka w klatce?'. Podszedłem bliżej i coś mi zaczęło nie grać. Wzrok jakiś dziki, sierść w egzotycznej barwie, a zamiast miauczenia delikatne warczenie. Hmmm... Z pomocą przyszedł angielskojęzyczny przyjaciel wywołany telefonem. Mała słodka kicia okazała się być dzikim tygrysem. Moi kierowcy znaleźli go w lesie. Nie udało mi się dowiedzieć, czy słowo 'znaleźli' oznaczało prawdziwe odnalezienie sieroty czy może wyrwanie jej siłą z łap matki. Niestety obstawiam to drugie, gdyż jak mi oznajmili po odchowaniu zamierzają tygryska oczywiście sprzedać. Smutne. Rozważałem spakowanie go do kieszeni i uratowanie z rąk złoczyńców, ale nie za bardzo bym wiedział co z nim później zrobić. Poza tym chyba nie spodobało by się to moim nowym znajomym. 

Klatraj, znaczy tygrys


Po wizycie w wiosce bez przeszkód dotarliśmy do Siem Reap. Za przeszkody nie uznaję rozwożenia węgla po drodze i odwiedzin znajomych w każdej osadzie. U celu zostałem zaproszony do chyba najdroższej restauracji w całym mieście. Nie za bardzo mogłem to wszystko pojąć. Jeździliśmy cały dzień po dziurach zabitych dechami autem, które nowym bym nie nazwał. Odwiedzaliśmy ekstremalnie biedne wioski, a na koniec wylądowaliśmy w restauracji, w której dania nie schodziły poniżej 30 dolarów. Nie wiem o co w tym chodziło. Może wzięli już kredyt na tego tygrysa albo co...
Bogata stacja benzynowa w Kambodży

Biedna stacja benzynowa w Kambodży

Tak czy inaczej ja nie zmieniłem moich finansowych nawyków i ulokowałem się w najtańszym hostelu za 3$. Warunki trochę obozowe - dwadzieścia łóżek na strychu domu - ale dla mnie to było aż nadto. Swoją drogą Kambodża jest najtańszym krajem na mojej trasie. Nie licząc drobnych fanaberii, spokojnie mieściłem się z dziennym budżetem w granicach 5-7$. 

Siem Reap zdecydowanie było miastem bez klimatu i nie miałem zamiaru spędzić tam zbyt długo. Pierwszy i jedyny dzień poświęciłem na coś, co jest absolutnym hitem Kambodży, a może i całej Azji południowo-wschodniej. Świątynie Angkor Wat. Zazwyczaj nie lubię przewodnikowych haseł 'naj', ale tym razem słowa 'największy obiekt religijny na świecie' robią wrażenie. Świątynie są oddalone kilka kilometrów od Siem Reap i zagłębione w dżungli (która jakby nie patrzeć teraz już dżunglą nie jest). Odległości pomiędzy kolejnymi budowlami też są niemałe, postanowiłem więc odbyć zwiedzanie rowerem. Był to strzał w dziesiątkę. No i teraz ten trudny moment opisu zabytków... Nie da się ukryć, że Angkor Wat jest zadepatane przez turystów. Wszyscy mi o tym mówili i ostrzegali, żebym broń Boże tam nie jechał. Zawsze łatwo jest tak mówić, jak już się gdzieś było. Też mógłbym teraz powiedzieć, żeby nikt się tam nie wybierał, bo 'tłumy i komercha'. Faktycznie sam bym nie pojechał tam drugi raz, ale zdecydowanie nie żałuję, że to miejsce odwiedziłem. Mimo hord turystów można znaleźć miejsca, gdzie ludzie nie zaglądają (chociażby Banteay Kdei, czy nawet pewne zakątki w obleganej Ta Prohm - to tu kręcili Tomb Ridera!). Trzeba po prostu trzymać się zasady obierania kierunku przeciwnego do chmary ludzi. Te miejsca może nie będą tak majestatyczne, jak główna Angkor Wat, ale cisza i spokój wiele wynagrodzi. Tak czy inaczej te starożytne świątynie, oczywiście po wymazaniu tłumów, są kwintesencją dzikiej Azji. Nie ma tu nachalnego odbudowywania zabytków, większość zawalonych stropów leży w gruzach i jest powoli przejmowana przez naturę. Stan ten nie potrwa pewnie wiecznie, ale w tej chwili tak właśnie to wygląda. Bez przedłużania - może nie było to najbardziej zachwycające miejsce jakie widziałem, ale generalnie mi się podobało i kropka. 
Dobrze wykadrowane zdjęcie Angkor Wat

Źle wykadrowane zdjęcie Angkor Wat



Ta Prohm




Kotlet cyklista

Bayon Wat



Hehe, to będzie dopiero gigantyczna dygresja! W przerwach pisania tego postu czytam sobie 'Dzienniki Kołymskie' J. Hugo-Badera. Pamiętacie może jak na Syberii kupiłem 'pieczeń' w puszce, która okazała się być wątrobą z tuńczyka? Wygląda na to, że nawet taki podróżniczy wyga, jak pan Jacek może się pomylić. Zrobił dokładnie to samo. Nieźle się z tego faktu uśmiałem! Ale pewnie tylko ja...

Wracam z Syberii do Kambodży. Następnego dnia wyszedłem z Siem Reap. Dosłownie. W Kambodży nie ma jakiejkolwiek komunikacji miejskiej, więc jest się zdanym na tuktukowców. Łącząc dbanie o kondycję i własny budżet, zrobiłem sobie kilkukilometrowy spacer na obrzeża miasta. Byłby jeszcze dłuższy, ale uratowali mnie jacyś chłopacy wiozący gruz. Chwila czekania, transport do Sisophon, kilka bananów i bezpośredni przelot do Battambang, gdzie chciałem zostać na dłużej. Oczywiście autostop tutaj nie jest tak ekstremalnie prosty jak to czasem wygląda z moich tekstów, ale myślę, że opisywanie wszystkich moich postojów, marszów, wymachiwań, rozczarowań i zrezygnowań byłoby nużące. Battambang było wszędzie polecane, jako miasto nieskażone turystyką i urocze w swojej kolonialnej architekturze. Taki opis wystarczy, żeby przyciągnąć Kotleta jak magnesem. Znalazłem nocleg na piętrze jakiejś knajpy za 2$. Jak jeszcze trochę zejdę z cenami noclegów to mi drobnych zabraknie. W 'Cafe Center', bo tak nazywał się mój 'hostel' spotkałem pewnego Francuza. Wybierał się on wieczorem na podobno największą atrakcję w okolicy. Przedstawienie cyrkowe. Odkąd przestałem przywiązywać wagę do głębokiego studiowania przewodnika, czasem takie rzeczy mi umykają. Coś za coś. Tak czy inaczej, bez większego zastanawiania się postanowiłem dołączyć do wieczornego show.

Autostopowy odpoczynek w doborowym towarzystwie

Ryż w bambusie - najbardziej poręczny posiłek w czasie stopa


Cyrk w Battambang nie był zwykłym obwoźnym cyrkiem. W latach dziewięćdziesiątych grupka bezdomnych dzieci zaczęła uczyć się pewnych akrobacji i próbować coś w ten sposób zarobić. Dwadzieścia lat później funkcjonuje tu regularna szkoła cyrkowa, skupiająca się przede wszystkim na zachęcaniu skrajnie biednych dzieci do wstąpienia w jej progi. Za cyrkowymi wygłupami kryje się więc głębszy przekaz. Gdyby ktoś był zainteresowany to więcej można poczytać na www.phareps.org W cyrku ostatni raz byłem może 15 lat temu. Podejrzewałem, że cała magia, którą do dziś pamiętam, była spowodowana dziecięcym zaangażowaniem i liczyłem się z tym, że teraz czar pryśnie. Coś jak zoo, które dla dorosłego jest spacerem wśród klatek lub spływ Dunajcem, gdzie po trzeciej godzinie człowiek modli się, żeby wreszcie dopłynąć. Po prostu pewne rzeczy trzeba zrobić w dzieciństwie, a właściwie to muszą o to zadbać wspaniali rodzice :) Na początku przedstawienia w Battambang byłem więc typowym sceptykiem, który chce coś zobaczyć, ale siedzi z założonymi rękami i powtarza 'No to pokażcie czym mnie to niby możecie zaskoczyć'. Pod koniec przedstawienia... No cóż, gdybyście mnie zobaczyli śmiejącego się na głos i oglądającego popisy z otwartą buzią to pewnie sami mielibyście niezły ubaw. Były klowny, były występy na linie, były monocykle, równoważnie i żonglerka. Wszystko było! I przede wszystkim była radość. Zazwyczaj w cyrku uśmiechy artystów są trochę sztuczne i wymuszone. Tutaj radość nastolatków była podwójnie autentyczna. Miało się wrażenie, że cieszą się oni nie tylko z tego co robią, ale też z tego, że wyrwali się ze smutnej, biednej rzeczywistości. Byli autentycznie szczęśliwi. Zdecydowanie potęgowało to radość widzów, w tym i moją. Plusem był też brak występów zwierząt, które zwykle nie są zbyt ludzko traktowane. No i w sumie tygrysa miałem już kilka dni wcześniej.

Cyrk w Battambang


W Battambang spędziłem trzy dni. Bo mi się tam spodobało. Drugiego dnia łaziłem po francuskich uliczkach, odwiedziłem kościół (tutaj jest ich zatrzęsienie) i spędziłem trochę czasu z hostelowymi znajomymi. Odwiedziłem też niezbyt wprawnego golibrodę. Wytłumaczyłem mu wszystko za pomocą słów 'ciach ciach' i 'bzzz bzzz', choć to drugie było trochę nie na miejscu, bo maszynka była oczywiście ręczna. Cena za strzyżenie - 1$. Mam wrażenie, że w Kambodży większość rzeczy można kupić za dolara. Za dolara jadłem śniadanie, za dolara obiad, za dolara kupiłem kambodżański numer i za dolara pożyczyłem rower. Tym ostatnim przejechałem się trzeciego dnia po okolicy. Jak zwykle wyjechanie poza miasto było jedną z lepszych decyzji. Natrafiłem na pewną rybacką wioskę muzułmanów. Moim wyczynowym bicyklem wykręciłem naprawdę sporo kilometrów. Ludzie w Kambodży są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Taka jazda przez wioski to prawdziwa bajka. Dosłownie każde dziecko musi wywołać cię wesołym 'hellooo' i energicznym machaniem rączką. Będzie to robiło dopóki mu nie odpowiesz. Tak samo zachowują się też co mniej wstydliwi rodzice. Jako, że domy w wioskach upakowane są dosyć gęsto, a w każdym jest po kilkoro dzieci, to moja jazdę można porównać do przejazdu papieża w rowerowym papamobilu. Rękę stale trzymałem w górze i machałem każdemu dzieciaczkowi, uzbrajałem się w szczery uśmiech i niezliczoną ilość razy powtarzałem owo magiczne 'Hello'. Dzieci były tak rozkosznie szczęśliwe, że nie znudziło mi się to przez cały dzień. 

Battambang

Obwoźna piekarnia

Uliczne wesele

Na targu jak w domu

Kotlet u golibrody

Ci się wszędzie znajdą


Pani chyba lubi ostre jedzenie

W Battambang spotkałem pewnego Portugalczyka, który kilka miesięcy temu kupił rozklekotany motocykl w Wietnamie i podróżuje nim po Azji. Miał zamiar wyjechać w ten sam dzień co ja, więc postanowiliśmy wpakować się na jego rupiecia we dwójkę. Było to nie lada wyzwaniem, a gdy już się udało... rupieć odmówił posłuszeństwa. Jose musiał więc zostać w Battambang, a ja wróciłem do niezawodnego autostopu, który zaledwie w pięć godzin doprowadził mnie do Phnom Penh. Od razu spostrzegłem, że jak to w stolicy, wszystko jest dużo droższe. Za nocleg musiałem zapłacić 4$, a podstawową stawką jedzeniową było 1,5$. Dobrze, że zostałem tam tylko 2 dni, bo mógłbym stracić płynność finansową. 

José i jego wehikuł


Phnom Penh to miejsce przedziwne. Miasto jest gigantyczne. Ma nawet jeden wieżowiec. Chodząc jego uliczkami miałem wrażenie, że ktoś upchał Azję, której poświęciłem ostatnie cztery miesiące życia, w jednym miejscu. Jeśli ktoś ma tylko tydzień urlopu, a chciałby zobaczyć całą Azję, to powiadam, że się da! Dzień na przelot, pięć dni w Phnom Penh, dzień na powrót i można w poniedziałek rano być w pracy. W centrum jest azjatycki rozgardiasz, jest mnóstwo targów, jest uliczne jedzenie, jest niezliczona ilość skuterów, jest mnóstwo sklepów ze wszystkim i niczym, są ludzie w stożkowych kapeluszach, są riksze rowerowe, są tuktuki, są nieodłączni Chińczycy i wreszcie to, co w Azji najważniejsze, czyli jest brud i smród. Jest też szaleństwo uderzających bodźców. Widzisz, słyszysz i czujesz, ale ilość informacji jest tak gigantyczna, że czasem mózg nie daje rady tego ogarnąć. Musisz się zatrzymać i z uśmiechem niedowierzania to wszystko przetrawić. Przynajmniej u mnie to tak działa. Zaledwie kilka kilometrów poza centrum można za to zobaczyć ekstremalną kambodżańską biedę. Ludzi żyjących w domach zbitych z kilku bambusów, rolników brodzących po polach ryżowych, czółna pływające po Mekongu i sieci rybackie w przydrożnych rowach, gdzie w sposób dający się wytłumaczyć tylko w Azji, chowają się jakieś ryby. Brzmi egzotycznie i zachęcająco? Jest jedno 'ale'. Prawdopodobnie, gdyby człowiek przyleciał tu prosto z Polski, po tygodniu wróciłby w kaftanie bezpieczeństwa. Taki natłok Azji w bezpośrednim uderzeniu, chyba dla nikogo nie jest możliwy do przełknięcia. Wymaga to pewnego buforu, rozłożenia w czasie i przystosowania się. No chyba, że ktoś jest stałym bywalcem tej części świata, a nie takim żółtodziobem jak ja.

Tak czy inaczej Phnom Penh mnie urzekło i zmęczyło równocześnie. Te dwa pojęcia bynajmniej się nie wykluczają. Tym, co najbardziej męczy w stolicy są tuktukowcy i mototaksówkarze. Jest ich tu więcej niż mieszkańców i KAŻDY musi zadać ci pytanie 'Tuktuk, sir?' albo 'Moto, sir?'. Nieważne czy stoi na poboczu czy jedzie ulicą i mało przez to pytanie nie spowoduje wypadku. W dodatku będzie wypowiadał te słowa w kółko, dopóki co najmniej trzy razy nie powtórzysz 'No, thank you'. Jestem cierpliwym człowiekiem i zazwyczaj powtarzam sobie tylko 'Daj se Kotlet spokój z nerwami, oni tylko chcą jakoś zarobić', ale w Phnom Penh było tego za wiele. Po całym dniu nie miałem już siły nawet na lekki uśmiech, co w moim przypadku oznacza, że jest naprawdę źle.

Phnom Penh






Tuktuk, sir?

jedyny spokojny tuktukowiec

Ostatnia historia z Phnom Penh. Będąc w sklepie i szukając najtańszego żelu pod prysznic zaczepiła mnie pewna pani. Wygląd miała niezbyt przyjacielski, ale starała się być bardzo miła. Łamanym angielskim doradziła mi w kwestii żelu, potem zapytała skąd jestem. Gdy usłyszała, że z Polski pochwaliła się znajomością stolicy i powiedziała, że jej siostra niebawem jedzie na staż do Warszawy. Miło się nam rozmawiało i po chwili zaproponowała, że zabierze mnie do domu, żebym opowiedział jej siostrze coś o Polsce. Pojawiła się też jej druga siostra, która mogła mnie wziąć na skuter. Oczywiście chętnie się zgodziłem, wyszliśmy ze sklepu i wtedy, nie mam pojęcia skąd, uderzyło mnie jakieś złe przeczucie.
- Pamiętaj, że jesteś w mieście uważnym za jedno z najniebezpieczniejszych w tej części Azji. Kradzieże tutaj to norma, wszyscy ci to powtarzali.
- No ale przecież chcę poznawać ludzi, cały czas to robię i wszystko jest w porządku...
Taka wymiana zdań w mojej głowie była długa i niezwykle burzliwa, ale na zewnątrz trwała ułamki sekundy. Na pewno znacie to uczucie. Rozważałem wszystkie za i przeciw. W końcu uznałem, że złe przeczucie nie pojawia się bez powodu. Wykręciłem się więc jakimś spotkaniem ze znajomym, ale panie były niesłychanie nachalne i dopytywały czy nie mam czasu przyjechać do nich wieczorem. Podałem im swój numer, który przez 90% czasu i tak jest wyłączony i dopiero wtedy dały mi spokój. W sumie można by tą historię tu zakończyć i postawić niewielki znak zapytania wywołany przesadną wyobraźnią Kotleta. Można by, gdyby nie fakt, że tego dnia jeszcze kilka razy zaczepiały mnie podejrzane panie z usilnie miłymi pytaniami. Za każdym razem schemat był ten sam. Pytanie skąd jestem i nagle się okazywało, że siostra niedługo jedzie do Warszawy i chciałyby spotkać się ze mną w domu. Obok stał już gotowy skuter. Prawdopodobieństwo, że do Polski wyjeżdża tak dużo stażystek z Kambodży jest raczej zerowe, a druga możliwość zaproszenia mnie do domu jest chyba oczywista. Może mam w sobie jakiś kobiecy pierwiastek z ich legendarną intuicją, a może udało mi się ją nabyć przez te kilka miesięcy. Ciężko powiedzieć. Wiem natomiast, że tego dnia uchroniła mnie ona przed pozbyciem się wszystkiego co miałem ze sobą, łącznie z paszportem i pieniędzmi, a być może przed czymś dużo gorszym. Zaufanie w ludzką dobroć nie może być jednak bezgraniczne. 

Wieczorem posiedziałem jeszcze na brzegu Mekongu. Podróżowałem jego śladem blisko miesiąc, ale Phnom Penh było prawdopodobnie ostatnim naszym spotkaniem. Mekong odbija na wschód do Wietnamu, a ja nie zamierzam się tam wybierać. Przyszło się więc pożegnać. 


Tak minął mi pierwszy tydzień w Kambodży. Kolejne trzy będą zupełnie inne. Zarówno od tego pierwszego, jak i całej podróży. Jadę na wybrzeże wreszcie zobaczyć morze. Do tej pory podczas mojej wyprawy nie miałem takiej możliwości. Dzisiaj wyruszam ze stolicy. Muszę dojechać stopem kilkadziesiąt kilometrów przed Sihanoukville, potem zagłębić się w leśną drogę, gdzie pewnie będę mógł liczyć tylko na skuterzystów i dojechać do małej rybackiej wioski. Następnie postaram się przełapać jakiegoś rybaka i zabrać się z nim na malutką wysepkę Koh Sdach. Tam czeka już na mnie pewna norweska para, znaleziona na portalu Workaway. Za kilka miesięcy chcą oni otworzyć centrum nurkowe i pilnie potrzebują rąk do budowy całego zaplecza. Ucieszyli się z mojego budowlanego wykształcenia, chociaż chyba nie zdają sobie sprawy, że nie uczyłem się o budowaniu bungalowów. Właśnie tak zamierzam spędzić najbliższe trzy tygodnie. Siedząc na małej wyspie i budując domki z drewna. Po czterech miesiącach podróży z najdłuższym tygodniowym przystankiem muszę zwyczajnie na chwilę gdzieś osiąść. Nie mogę powiedzieć, że jestem zmęczony, bo jak wiecie Laos zadbał o napełnienie mnie energią. Chodzi o zwykłe nie ruszanie się z miejsca przez jakiś czas. Jednym słowem Kotlet jedzie na wczasy! 

Nie wiem czy na wyspie będzie internet zdatny do wrzucania czegoś na blog. Możliwe że tak, ale jeśli nie, to potraktujcie ten czas jako zasłużony odpoczynek od czteromiesięcznego napraszania się Kotleta z postami. Wiedzcie, jednak że wcześniej czy później wrócę! :)
Kotlet idzie na wczasy!