Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubionemiejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubionemiejsca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2016

Ciągnie swój do swego

Soho. Londyńska dzielnica hipsterów. No ale nie o tym, bo przecież tytuł byłby co najmniej nie na miejscu. Przecinam Soho w dokładnie wytyczonym kierunku. Jako, że powoli zapada zmrok mogę z oddali dostrzec to, czego szukam. Ulice powoli robią się tłoczne, a i przepychający się ludzie jacyś inni. Udaje mi się wyłapać coraz więcej słów znajomego języka, którego nie znam. Nad głową kiwają się czerwone lampiony Z kolejnych dachów spoglądają na mnie kolorowe smoki. Przechodzę jeszcze kilkadziesiąt metrów, staję pod murem, zamykam oczy i wyostrzam wszystkie zmysły. Azjo, jestem!



wtorek, 19 maja 2015

Brakujące ogniwo, czyli indonezyjski finisz

Jak się okazało w ostatnim poście Kotlet to trochę taki mały oszust. Sprawdza się to też w sprawie wszelakich obietnic na blogu. Wiele razy w ciągu podróży mówiłem, że przez jakiś czas nie będzie nic nowego, a tu po paru dniach atakowałem jakimś postem-gigantem. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Po (wstępnym!) powrocie do rzeczywistości na blogu ląduje więc ostatni nieopisany etap wędrówki. Wyprawa za Równik.

Indonezja miała być dla mnie tylko ostatnim, dosyć szybkim przystankiem w mojej podróży. W pewnym sensie była ona narzędziem niezbędnym do zrealizowania Ostatniego Marzenia, czyli dojechania autostopem na równik. Okazało się jednak, że przez tak krótki czas kraj ten zwyczajnie urzekł mnie swoim pięknem. Jeśli miałbym kiedyś stworzyć listę miejsc, gdzie chciałbym wrócić, to Indonezja byłaby w czołówce.


Pomysł przekroczenia równika autostopem pojawił się kilka miesięcy wcześniej. Uznałem, że skoro już jestem tak daleko od domu to warto zobaczyć jak się sprawy mają na drugiej półkuli naszego pięknego globu. Początkowo miałem nadzieję, że uda się tego dokonać jachtostopem, jednak złapałem łódkę płynącą na północ i ostatecznie z wielką łaską się zgodziłem. Niewiele zabrakło też z Singapuru, który leży jakieś 100 km ponad równikiem. Musiałem więc wykombinować coś innego. Padło na indonezyjską Sumatrę. Z racji niskich cen, najbardziej popularnym środkiem transportu na Sumatrę jest samolot. Ja jednak uparcie chciałem dokończyć podróż nie odrywając się od powierzchni Ziemi. Znalazłem więc jedyne morskie połączenie z Indonezją prowadzące z malajskiego miasta Melaka.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wielkanoc w Kuala Lumpur

Z pokładu Flasha wysiadłem dokładnie w Niedzielę Palmową. Szczęśliwie byłem niedaleko jedynego kościoła w okolicy, gdzie szybko się 'dostopowałem'. Niestety tym razem internet mnie oszukał i jedyna msza skończyła się kilka godzin wcześniej. Kościół był zamknięty na kilka spustów, więc razem z moją palmą w ręku zwyczajnie pocałowałem klamkę. No cóż, zdarza się.

Niedziela bardzo Palmowa
Postanowiłem wykorzystać więc dzień i zacząć stopować do Kuala Lumpur. Miałem do pokonania kawał Tajlandii i prawie całą Malezję. Pierwszy odcinek pokonywałem już wcześniej jakiś miesiąc temu. Niestety była to ta pechowa droga, gdzie stop nijak nie działał. Tym razem było niewiele lepiej. Zazwyczaj przyjemnie jest jechać tą samą trasą, bo ma się upatrzony jakiś nocleg, niestety tym razem nie mogłem z niego skorzystać. Mijałem bowiem owo feralne miejsce, gdzie doznałem nocnego ataku mrówek. Nie było mowy, żebym się drugi raz w to wpuścił. Zabrała mnie pewna chińska rodzina, z którą postanowiłem odbić mocno na północ, ale za to dotrzeć do głównej autostrady na Malezję. Stamtąd jeszcze jeden stop i sporo po zmroku znalazłem się w Hat Yai - ostatnim dużym mieście Tajlandii.
Muszę się przyznać, że staję się coraz bardziej leniwy w kwestii noclegów. Pamiętam, jak na początku podróży gorączkowo przeglądałem mapę w poszukiwaniu miejsc potencjalnie odludnych na rozbicie namiotu. Później spędzałem niejednokrotnie godzinę na chodzeniu po okolicy i szukaniu jakiegoś lasku. Teraz w moich oczach sprawa wygląda dużo prościej. Jeśli mam jakiś transport to ani myślę go opuszczać wcześniej, bo wiem że nawet jak wyląduje w środku miasta to coś się wymyśli. Zazwyczaj miejsce na namiot jest w zasięgu wzroku. Gdziekolwiek bym nie wysiadł. Skwer, most albo opuszczony dom. Może to kwestia Opatrzności, a może obniżenia wymagań. Chyba zrozumiałem, że każdy kto widzi namiot rozbity w dziwnym miejscu odczuwa raczej ogromną ciekawość, a nie chęć dzwonienia na policję. Gdy namiotu z rana już nie ma to prawdopodobnie taki jegomość zapomni o całej sprawie przeżuwając śniadanie. Taka moja teoria. W każdym razie ostatniej nocy w Tajlandii padło na skrawek miejsca przy rondzie pod wiaduktem. Kilka kroków od miejsca autostopowego na jutro.

Pole namiotowe

niedziela, 29 marca 2015

Morskie opowieści

- Witaj na pokładzie 'Swifta'. Od teraz będziesz mi mówił Zbyszek. - tymi słowami zostałem powitany na katamaranie, na którym przyszło mi spędzić ponad dwa tygodnie życia. Zaraz po nich kapitan podsunął mi pod nos trzy książki. Dwie przygodowo - żeglarskie, które miały mnie wciągnąć w morski świat i jedną podręcznikową. 'Takie podstawy na początek' - księga liczyła dobrych kilkaset stron. Posłusznie zagłębiłem się w, jak się okazało, nadzwyczaj ciekawą lekturę.




wtorek, 24 lutego 2015

Kotletowy Szlak Na Ziemi. Cz. 2

Mnisi buddyjscy. Mają w sobie jakąś nieokreśloną tajemnicę. Każdy wydaje się zagadką. Każdy ma w oczach niewypowiedzianą mądrość. Klasztory umiejscowione gdzieś wysoko w górach to natomiast istne siedlisko tajemnic. Moja mina, gdy zobaczyłem jeden z nich na szczycie Góry, była więc prawdopodobnie zbliżona do min zdziwionych mnichów. Taka niema cisza trwała dobrą chwilę. Nie mam pojęcia kto był bardziej zaskoczony. Wreszcie się opamiętałem i wydukałem 'Eee, Minglaba?'. Znaczy 'Dzień dobry', jedno z niewielu birmańskich słów jakie znałem. Na odpowiedź musiałem trochę poczekać. Nie wiem czy ich zdziwienie było spowodowane widokiem człowieka, widokiem białego człowieka, widokiem człowieka wychodzącego z lasu czy widokiem człowieka z ogromnym plecakiem. Prawdopodobnie wszystko naraz.

Po chwili zaczęli jednak dawać oznaki życia. Szybko nawiązaliśmy kontakt uśmiechowo-uśmiechowy. Polecam ten język obcy. Do nauki wystarcza lustro w domu, a dogadać się można w każdym zakątku świata. Miałem nadzieję na jakiegoś wysoce wykształconego mnicha, który będzie mówił po angielsku. Faktycznie, sprowadzono do mnie kogoś na kształt przeora, ewidentnie przodującego wiekiem. I faktycznie znał angielski. 'Yes' i 'No'. Jako, że i tak nie rozumiał moich pytań, więc zazwyczaj łączył te dwa słowa w jedno.
Czułem się jak we śnie. Oto nagle wylądowałem w jakimś buddyjskim klasztorze i siedzę sobie wygodnie po turecku z wszystkimi mnichami. Brzmi jak zmyślona bajka. Musiałem się jednak jakoś w tym odnaleźć. Od razu było widać, że jak na buddystów przystało, nie odczuwają nawet cienia złości, iż nagle wtargnąłem z lasu prosto do ich królestwa. Ba! To mnie podjęto jak króla. Najpierw ugoszczono chlebem i herbatą, później jeden z mnichów oprowadził mnie po klasztorze. Zbliżało się południe, więc mnisi zbierali się na ostatni posiłek tego dnia (w klasztorze nie je się po 12, bo właśnie wtedy wszystkie pokarmy ofiarowane są Buddzie). Oczywiście zostałem zaproszony. Przeżycia spożywania strawy w ciszy w kręgu mnichów nie zapomnę chyba do końca życia.

W klasztorze spędziłem sporo czasu. Nie mogłem nacieszyć się miejscem, w które wepchnął mnie ślepy traf. Zastanawiałem się nawet czy nie zostać tam na noc, ale nie miałem pojęcia, czy wypada o to zapytać. Ostatecznie więc w 'uśmiechowym' poprosiłem o zapas wody i powiedziałem, że ruszam w dalszą trasę. Tysiące razy ukłoniłem się każdemu mnichowi. Niestety nie mam wiele zdjęć z klasztoru. Zwyczajnie nie chciałem w jakikolwiek sposób kogoś urazić. 

Wnętrze klasztoru


Klasztorna małpka

wtorek, 10 lutego 2015

Birma. Preludium.

Wydostanie się z Bangkoku było tak samo problematyczne jak w przypadku wszystkich wielkich miast. Po dwóch godzinach wylądowałem jednak na względnie zamiejskiej drodze. Bez większych utrudnień przemieszczałem się w stronę birmańskiej granicy. Za utrudnienia nie uznaję usmażenia się przez trzy godziny największego upału na pace półciężarówki. Urozmaiceniem był też odcinek pokonany z Ooo (tak, to jest imię). Od początku wiedziałem, że coś jest nie tak, bo Ooo karkołomnie przekroczył trzy pasy, aby do mnie podjechać. Gdy tylko zaglądnąłem do środka już wiedziałem. Ladyboy. W wolnym tłumaczeniu - babochłop. Skąd taki osąd? Nietrudno się domyślić. Całe auto w różu, wszystko wyperfumowane, za kierownicą chłop udający kobietę, a na kolankach słodki piesek. Zresztą nawet gdybym się nie domyślił to nowy znajomy od razu się przedstawił.  'Jestem Ooo, babochłop'. Najpierw się wahałem czy wsiadać, ale uznałem że transport jest transport, a z jednym mocno zniewieściałym gościem chyba sobie poradzę w razie czego. Ooo okazał(a) się jednak niegroźny. Raz zaczął pokazywać jakieś gesty w okolicy krocza, ale na szczęście chodziło o przerwę na siku dla pieska. Muszę się przyznać, że gdy się rozstawaliśmy byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o wspólną fotkę. Trochę to nieludzkie, bo Ooo cieszył się jak dziecko, a mi zależało tylko na pamiątcę. Być w Tajlandii i nie mieć zdjęcia z Ladyboyem? Być nie może. 

Kotlet i Ladyboy


wtorek, 27 stycznia 2015

Życie na molo

Ciężka sprawa z tym postem. Jeszcze nigdy nie stałem przed zadaniem opisania trzech tygodni w jednym tekście. Nie za bardzo mam pomysł jak to zrobić, aby uniknąć tak zwanej epopeji o niczym. Nie mogę niestety zastosować sposobu z jurty w postaci opisania jednego dnia, który monotonnie się powtarzał, bo na wyspie każdy dzień był inny. Spróbujmy jakoś to jednak ugryźć. 

Dotarcie na Koh Sdach autostopem było dosyć skomplikowane. Skorzystałem z pomocy dwunastu kierowców, co jak na dystans około 300 kilometrów jest rzadko spotykanym wynikiem. Końcowy etap miał być przedzieraniem się przez dżunglę, a okazał się przedzieraniem przez plac budowy. Oczywiście nie kto inny jak Chińczycy tworzyli niedorzecznie szeroką drogę w stronę archipelagu Koh Sdach. Autostrada kończyła się ślepo przy morzu, ale stan ten bynajmniej nie potrwa długo. Skośnoocy wykupili około 17 tysięcy hektarów terenu na brzegu. Następnie przesiedlili całe wioski i wybudowali im osiedla w głębi dżungli ('Panie Chińczyku, ale tam nie ma morza i naszych ryb...' 'No przecież coś wymyślicie'). Obecnie budują gigantyczny nadmorski kurort, pola golfowe, port dla statkow wielkości trzech Titaniców i hit programu w postaci lotniska. Co kilka dni z brzegu unosił się gigantyczny dym. Płonął las zatruty wcześniej specjalnymi środkami chemicznymi. Chińczycy tworzyli w ten sposób piękne miejsca pod nowe budynki. Ten naród nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. 

Z nadmorskiej wioski Poy Jopon odebrała mnie swoją łódką Hege. Razem z Krisem tworzy ona ciekawą norweską parę, która po wielu podróżach postanowiła się osiedlić daleko poza rodzinnym krajem. Oboje są instruktorami nurkowania, więc wybór wspólnego biznesu był dosyć oczywisty. Pozostał wybór miejsca. Po długich przemyśleniach padło na Kambodżę, a po przeglądnięciu kilkunastu możliwych działek do wynajęcia skończyło się na małej wysepce o wdzięcznej nazwie Koh Sdach, czyli Wyspa Króla. Tak zaczęła się historia 'Octopuses Garden' - centrum nurkowego, w którego budowie przyszło mi uczestniczyć.

Octopuses Garden



piątek, 16 stycznia 2015

Pocztówki z Koh Sdach

Obiecałem przerwę w pisaniu i chwilowo się tego trzymam, choć nie jestem pewien jak długo. Dlatego wyjątkowo nie będzie dużo tekstu. Będzie parę zdjęć. Chcę Wam po prostu pokazać w jakich skandalicznie spartańskich warunkach przyjdzie mi spędzić kilka tygodni życia. 
Si sa dai!  

Chata Kotleta










środa, 31 grudnia 2014

Podwójne Święta Kotleta

Właśnie się zorientowałem, że od blisko dwóch tygodni nie wrzucałem na bloga nic 'na bieżąco'. Zebrało się tego trochę. W myśl świątecznego postanowienia, postaram się streszczać i selekcjonować wydarzenia, ale znając siebie to i tak się niemożebnie rozpiszę.

Boże Narodzenie w Laosie. Kto by pomyślał... Ja na pewno nie. Pod wieloma względami było ono kompletnie odmienne od tych dwudziestu czterech, które przeżyłem do tej pory. Pierwszy raz z daleka od rodziny, pierwszy raz w obcym kraju, pierwszy raz w egzotycznej oprawie i upalnym klimacie. Pierwszy raz bez własnej choinki, tradycyjnej Wigilii i opłatka. Wszystko pierwszy raz. Szukając pozytywów - znowu nowe doświadczenia. Jest natomiast jedna rzecz, która nie zmienia się pomimo 20 tysięcy kilometrów od Polski. Nawet nie zauważyłem. kiedy te Święta minęły. Święta, Święta i po Świętach. A przynajmniej tak mi się wydawało...

Jak już wiecie początek mojego pobytu w Vientiane był pod znakiem dochodzenia do siebie i zdrowienia. Miałem ku temu naprawdę sprzyjające warunki. Pokój sześcioosobowy, który przez większość czasu był tylko dla mnie, poranne śniadania w cenie noclegu, super atmosfera w hostelu, sala telewizyjna na długie 'zimowe' wieczory i możliwość pogadania w ojczystym języku z Bartkiem, pracującym w recepcji. Nic więc dziwnego, że szybko doszedłem do siebie. Wszyscy powtarzali mi, że w stolicy nie da się spędzić dłużej niż jeden dzień. Ja spędziłem tam tydzień i nie było mi z tym źle. Owszem, może i bez zachwycających zabytków czy imprez do białego rana, ale nie tęskniłem ani za jednym, ani za drugim. Vientiane to po prostu zwykłe, niezbyt duże miasto, w którym ludzie żyją jak w każdym innym miejscu na ziemi, a turyści przewijają się tylko na szybki postój. Dla mnie bomba.

Pierwsze dni spędziłem na spacerach po wszystkich zakamarkach, szukaniu dobrych i tanich miejsc z jedzeniem oraz ogólnych obserwacjach. Zapoznałem się z pewnym Włochem prowadzącym pizzerię. Jak na tutejsze warunki pizza była diabelnie droga (niecałe 20 zł), ale według mnie warta każdej złotówki. Owy Włoch był niesamowicie rozmowny i sympatyczny, więc ucięliśmy sobie długą rozmowę. Lokal znajdował się na mojej drodze do hostelu, zatem gdy wracałem każdego następnego dnia wesoło pozdrawiał mnie ręką białą od mąki. Takie rzeczy sprawiają, że nawet po tygodniu człowiek zaczyna się czuć jak u siebie. Te same panie w budkach z jedzeniem cieszą się na twój widok, bo znaczy że smakowało. Chłopak w sklepie uśmiecha się i od razu wie co podać. Obsługa hostelu cieszy się, że wreszcie ktoś został na kilka dni i można go zapamiętać. Miło jest czasem gdzieś osiąść na dłużej.

Vientiane - miasto bez duszy?






Dosłownie i w przenośni

Wreszcie!

Pewnego dnia pożyczyłem rower za 4 zł. Jego jakość była adekwatna do ceny, ale i tak uważam, że był to najlepszy sposób na zwiedzanie miasta. Objechałem bez większego wysiłku całe Vientiane dookoła. Zaglądałem na targ, gdzie uzupełniłem zapasy, rzuciłem okiem na kilka świątyń i przejechałem się całym wybrzeżem Mekongu. Wieczorem wybrałem się też na odległy stadion sportowy. Dowiedziałem się, że w każdy poniedziałek zbiera się tam grupka grająca we Frisbee. Uznałem, że to fajna okazja do poruszania się i poznania nowych ludzi. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że porzucamy sobie głupim dyskiem i zejdzie nam na tym cały wieczór. Trochę się przeliczyłem. Nie miałem pojęcia, że Frisbee to tak naprawdę poważna gra. Na szczęście ekipa była bardzo wyrozumiała, a jeden z nich poświęcił 20 minut, żeby wytłumaczyć mi wszystkie zasady i tajniki taktyki. Po ciężkich początkach zacząłem co nieco łapać, a po kolejnych kilkunastu minutach zacząłem czerpać z tego niemałą radość. Muszę koniecznie znaleźć taką ekipę w Krakowie. Chciałbym Wam pokazać mnóstwo zdjęć z szaleńczej gry, rzucania się Kotleta i zdobywania przez niego 'goli' (dobra, miało to miejsce słownie raz), ale znowu takowych nie mam. Po prostu skupiłem się na zawieraniu znajomości i wesołym przeżywaniu chwili. Mam jedną fotkę, tragicznej jakości. Lepszy rydz...

Frisbee Time!

Jako, że w stolicy zabawiłem stosunkowo długo, w pewnym sensie wniknąłem w nią i dzięki temu spotykałem sporo interesujących ludzi. Jednym z najciekawszych był niejaki Andrew. Spotkałem go w pewnej podrzędnej knajpie. Jadł zupę po drugiej stronie sali. Nagle mój wzrok znad mojej zupy i jego wzrok znad jego zupy się spotkały. Zagadał. Miał wygląd typowego pijaka i tak też się zachowywał. Pewnie powinienem odejść i nie pchać się w takie znajomości, ale czasem warto nie myśleć stereotypami. Wkrótce siedliśmy przy jednym stoliku. Okazało się, że Andrew jest... Polakiem. A przynajmniej teoretycznie, bo 'nie lubi Polski i gardzi tym Narodem'. Kolejny powód, żeby wyjść. Zostałem. Tak naprawdę do teraz nie wiem, co myśleć o tym człowieku. Podróżuje po świecie od 40 lat, sam ma ich na karku 72. Jak obliczył, wydał na wyprawy około 3 milionów dolarów. Aktualnie mieszka w Australii. Miał niewyobrażalną ilość historii do opowiedzenia, ale niestety większość urywał w połowie. Może było to spowodowane wiekiem, może problemem alkoholowym. A może jednym i drugim. Spędziliśmy na rozmowie blisko dwie godziny i mimo wszystko zdecydowanie nie żałuję, że zostałem w knajpie. Czasem warto przymrużyć oko na widoczne wady, żeby dostrzec niewidoczne zalety. Tak czy inaczej dostałem adres w Australii i przykazanie koniecznego pojawienia się pewnego dnia.

Andrew


Wieczorami zazwyczaj spędzałem czas z Bartkiem. Chodziliśmy po mieście, czasem siadaliśmy w jakiejś knajpie, a czasem kupowaliśmy kokosa i popijaliśmy mleko słomką w jakimś parku albo pod łukiem triumfalnym (w końcu to prawie jak Francja). Jednym słowem dni przedświątecznej gorączki leciały nadzwyczaj beztrosko.

Święta spędziłem we wspaniałej atmosferze, dzięki ludziom w parafii, którą znalazłem. Na mszach był zawsze tłum ludzi, wszyscy weseli i otwarci. Bardzo śmieszyla mnie jedna rzecz. W kościele często śpiewano piosenkę 'I'm dreaming of the white Christmas...'. Traktowano ją tu jako kolędę i śpiewano z ogromnym przejęciem. Wyglądało na to, że faktycznie chcieliby kiedyś zobaczyć śnieg. Nie miałem co prawda tradycyjnej Wigilii, ale różnica czasu sprawiła, że po powrocie z laotańskiej pasterki mogłem dołączyć do własnej Wigilii na Skype. Dobrodziejstwa internetu. Nie rozpisuję się specjalnie o niej, samych Świętach i ich przeżywaniu, bo to chyba nie miejsce na to. Jedno jest pewne. Były jedyne w swoim rodzaju.



Drugiego dnia Świąt spakowałem resztki rzeczy, które zostały mi po wysłaniu wielkiej paczki do Polski (jeszcze raz wielkie dzięki, Basiu!), pożegnałem się z wszystkimi znajomymi, pomachałem miastu i ruszyłem na wylotówkę. Do granicy tajskiej miałem niedaleko, jednak... skręciłem w drugą stronę. Kiedyś pisałem, że po Laosie skieruję się właśnie do Tajlandii. No cóż. Plany się zmieniły. Moim następnym przystankiem nie będzie Tajlandia. Jeszcze nie teraz. Zresztą uważni 'przeglądacze' bloga może już o tym wiedzą. Jeśli nie, to zapraszam do strony Dokąd i Trasa. Ruszyłem zatem na południe Laosu. 

Vientiane okazało się miastem, z którego jak dotąd najtrudniej było mi się wydostać. Niby istnieje kilka autobusów, ale nikt nie ich zna rozkładu ani tras. W dodatku obrzeża, na mapie wyglądające całkiem obiecująco pod względem autostopu, były dalej regularnym miastem. Stolica jednak nie była taka mała. Drałowałem kilka kilometrów, później pomógł mi pewien mnich wsadzając do wspólnego tuk-tuka. Na koniec znowu musiałem własnymi siłami pokonać kolejne kilometry, aby dojść we względnie dobre, wylotowe miejsce. Zeszło mi na tym wszystkim ze 3 godziny. Zacząłem łapać i po niecałej godzinie zabrał mnie skuterzysta. Ciągle dopytywał gdzie chcę wysiąść, a ja uparcie odpowiadałem, że tak daleko jak się da. Przejechałem z nim blisko 20 km, a gdy wysiadłem zawrócił i pojechał z powrotem. Mam podejrzenie, że jechał tak daleko tylko ze względu na mnie. Później załapałem się na pakę ciężarówki, gdzie musiałem zrobić solidne porządki zanim znalazłem trochę miejsca na mnie i plecak. Jechałem też z sympatycznymi tirowcami, którzy zatrzymali się pomimo, że do nich nie machałem. Mijały kolejne kilometry. W Vieng Kham odbiłem z głównej drogi. Jakieś 100 km w bok znajdowała się jaskinia Kong Lor, którą wszyscy mi polecali. Jaskinia ta ma długość blisko 7 km, a jej dnem płynie rzeka. Miejscowi organizują spływy przez podziemne korytarze. Brzmiało zachęcająco. Była na końcu ślepej drogi pośrodku niczego, więc dotarcie tam autostopem wydawało się niemożliwe. Gdy tylko znalazłem się na bocznych drogach, problemem nie stało się to, że auta się nie zatrzymywały, a to że zwyczajnie ich nie było. Mongolia-style! Za to kiedy już jakiś pojazd się pojawił, praktycznie zawsze mnie podwoził. Szczerze mówiąc, wolę taką wersję autostopu. Można się wyluzować na poboczu, pooglądać widoki, pośpiewac (jak się jest poza wioskami to już w ogóle ideał - można się wydzierać i fałszować do woli), a jak pojawi się pojazd na horyzoncie to ochoczo wymachiwać rękami, dając do zrozumienia, że siedzisz tu już całą wieczność. Stanie na ruchliwych drogach, gdy przez godzinę nikt się nie zatrzymuje, jest dużo bardziej deprymujące.

Po długiej przerwie - znowu w drodze :)




Na kolejnych pakach miejscowych rolników dotarłem szczęśliwie prawie na koniec owej drogi z jaskinią. Jako, że się ściemniało uznałem, że zostanę na nocleg. Miejsce było wymarzone. Rozbiłem się na skraju lasu, z widokiem na usypiającą wioskę i góry. Ukształtowanie terenu było mocno nietypowe. Płaska dolina otoczona strzelistymi górami. Nic dziwnego, że rzeka tu płynąca, nie mogła się nijak wydostać i musiała sobie wydrążyc jaskinię, do której zmierzałem. Rozsiadłem się w namiocie i napawałem chwilą. Była ciemna noc, temperatura 27 stopni ani myślała spadać. Mój namiot jest naprawdę niezły i można z niego zrobić zarówno szczelną puszkę na Syberii, jak i przewiewny domek. Tak czy inaczej gorąco dawało się we znaki.

Z samego rana zjadłem trochę stołecznych sucharów i wyszedłem na drogę pokonać ostatnie 10 km. Trwało około godzinę zanim zjawił się jakikolwiek transport, ale się udało. Przy kasie biletowej spotkałem parę z Kanady. Od razu zaproponowałem wzięcie jednej łódki na spółkę. Maksymalnie do łódki wchodzą 3 osoby, a cena jest taka sama (100 tys kipów za łódkę). Nie trzeba być matematykiem, żeby się zorientować, że warto kogoś znaleźć do towarzystwa. Zostawiliśmy rzeczy w kasie i ruszyliśmy razem z naszym kapitanem czółna. Owe czółno było czymś na kształt pirogi, jednak niewykonanej z jednej kłody, a zbitej z trzech oddzielnych. Weszliśmy w czeluście jaskini, odnaleźliśmy pirogoczółno, a przewodnik odpalił silnik. Mogę szczerze powiedzieć, że przeprawa przez jaskinię była, obok dżungli Namtha, najlepszą rzeczą jaką zrobiłem w Laosie. Umieściłbym ją też w czołówce całej podróży. Kong Lor była ogromna. Największe komnaty Wieliczki byłyby przy niej pokoikami. W niektórych miejscach wysiadaliśmy z łódki, aby móc podziwiać krasowe arcydzieła natury. Czasem rzeka była za płytka i łódkę trzeba było solidnie popchać. Oczywiście brodząc w wodzie. Przypominało to trochę spływ kajakowy w Polsce, z tym że w ciemnościach i pod ziemią. Na koniec pojawiło się światełko w tunelu. Dobiliśmy do brzegu, trochę odpoczeliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną w górę rzeki.

Autostopowy poranek




Kong Lor


Światełko w tunelu


Po dotarciu do celu pożegnałem się kanadyjską parą i ruszyłem na ubocze rzeki celem zażycia kąpieli. Trochę tęskniłem za Rosją i Mongolią, gdzie z powodu temperatury higienę można było ograniczyć do prysznica raz na kilka(naście) dni. W Laosie śpiąc w namiocie, musiałem częściej wskakiwać do rzek, aby ludzie nie zamykali przede mną drzwi swoich samochodów. Po tej chwili mydlanych uniesień, wybrałem się z powrotem na drogę. Przez godzinę nie minęło mnie ani jedno auto. Było kilka skuterów, ale wszystkie pełne. Wreszcie wybawili mnie znajomi z Kanady, którzy wracali wynajętymi motocyklami. Wspólnie pokonaliśmy blisko 50 najgorszych kilometrów, gdzie ruch był praktycznie zerowy. Pożegnaliśmy się ponownie na skrzyżowaniu z trochę większą drogą. Puszka coli, stop tirem jadącym około 5 kilometrów na godzinę, w którym jedyną działającą rzeczą był chyba silnik, zupa, kolejny samochód i już byłem na głównej drodze na południe. Po długim łapaniu jeden kierowca chciał mnie wziąć aż do Pakse (na oko dwa dni stopowania), ale moje wyczulone oko dostrzegło jego wzrok żądny pieniędzy (W biednych rejonach często mam wrażenie, że ludzie patrzą na mnie jak jak na worek ze złotem, ale oczywiście nie można mieć do nich pretensji). Kierowca nie jechał do Pakse, ale był gotów to zrobić za grube dolary. Wziął mnie natomiast pewien tuk-tuk. Upewniłem się kilka razy czy aby na pewno za darmo i wsiadłem na pakę. Blisko sto kilometrów. Położyłem się jak król, wystawiłem nogi do góry, założyłem słuchawki na uszy, puściłem 'Country Roads' Johna Denvera i obserwowałem zachód słońca. Możnaby nakręcić całkiem niezłą scenę jakiegoś filmu drogi. Pokochałem stopowanie na pakach półciężarówek. Czuje się prawdziwy wiatr podróży we włosach.


Z lekkiej drzemki już po zmroku, obudził mnie nagły skręt w boczną drogę. Jak zwykle zrobiłem aferę i zacząłem walić w dach szoferki. Kierowca wytłumaczył mi na migi, że zjeżdża tylko na chwilę, a później jedzie dalej do Thakhek. Była ciemna noc i jazda polną drogą, której nawet nie ma na mapie nie była kusząca. Nie dostrzegłem jednak Czerwonej Lampki, a jak dotąd intuicja mnie nie zawiodła. Rzeczywiście nie zostałem zawieziony do obozu pracy, a do rodzinnej wioski mojego kierowcy. Radosne powitania z każdym członkiem familii, wspólny obiad i tradycyjne piwo z lodem na szklanki pite jeden do drugiego, jak polskie szoty wódki. Po długiej przerwie znowu czułem, że jestem w prawdziwej podróży. Laos umiał zaskoczyć. 

Zapakowaliśmy jeszcze kilka osób na pakę, dopełniliśmy całość skuterem i można było ruszyć dalej. Wysiadłem przy głównej drodze w miejscu, gdzie zaczynał się Thakhek. Chciałem przespać się na obrzeżach i kolejnego dnia ruszyć dalej. Niestety otoczenie było miejskie, więc ciężko o miejsce na namiot. Kilka kolejnych bram, zagajników, szczekających psów i trawników. Nic nadającego się na nocleg. W końcu doszedłem do dwóch budynków, które zidentyfikowałem jako szkołę. Brama na wpół otwarta, wszędzie ciemno, a za budynkami płaskie klepiska. Chwilę zastanawiałem się, o której mogą zaczynać się lekcje, a bardziej kiedy przyjdą pierwsi nauczyciele. O dzieci się nie bałem, bo poznałem je już na tyle, żeby wiedzieć że co najwyżej wesoło mi pomachają. 'Bez jaj, jak się zbiorę koło 6 to przecież nikogo nie będzie'. Nie chciało mi się szukać dalej, poza tym uznałem, że najwyższy czas wkroczyć na wyższy stopień tupetu. Rozbiłem po omacku namiot i wskoczyłem do środka.

Kotlet wraca do szkoły


O 5.30, pół godziny przed planowaną pobudką, obudziło mnie szuranie miotłą niedaleko mojego szmacianego domku. Wychyliłem jedno oko i zobaczyłem mnicha buddyjskiego sumiennie usuwającego liście. Wyszło na to, że szkoła należała do klasztoru. Kto jak kto, ale oni to sobie pospać z rana nie lubią. Plus był taki, że przy ich pokojowym nastawieniu do całego świata, była mała szansa robienia mi problemów lub dzwonienia na policję. Chyba zapomniałem wspomnieć, że w Laosie spanie w namiocie jest nielegalne i karane prawie jak przestępstwo. Mnich dosyć szybko się wycofał. Być może musiał pomedytować nad tym co zobaczył. Jako że i tak zostałem obudzony, zebrałem wszystko w kilka minut, przy drodze kupiłem trochę glonów rzecznych ze słodkimi ziemniakami w ramach śniadania i usiadłem na poboczu na kawce z gratisowego wrzątku. W międzyczasie obserwowałem jeszcze mnichów wychodzących na Tak Bat, o którym wspominałem przy okazji wizyty w Luang Prabang. Ceremonia ta miała miejsce w każdym mieście z klasztorem. Już przed 7 jechałem skuterem na następne skrzyżowanie dróg za Thakhek. Później od razu szybki transport do Seno. Droga była niezła, więc pojawiła się nieśmiała myśl, że może uda się dostać tego dnia aż do Pakse. Kilkaset kilometrów w warunkach laotańskich to nie lada wyczyn. Nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu, gdy w Seno, po 5 minutach zatrzymał się kierowca jadący prosto do mojego celu. Był ewidentnym bogaczem, studiował swego czasu na Ukrainie, ale po angielsku mówił średnio, więc siłą rzeczy odkurzyłem trochę ruski. Opowiedział mi mnóstwo ciekawych historii o Laosie. Przytoczę dwie. Pewien rodzaj drewna na południu Laosu jest warty 5 tysięcy dolarów za kilo. Dla porównania złoto tutaj jest warte około 50 tysięcy za kilo, jednak porównajcie sobie trud wydobycia kilogramu złota i ścięcia jednego drzewa. Zgadnijcie którzy północni sąsiedzi położyli łapę na całym przemyśle drzewnym... Druga historia też związana z Chińczykami. Razem z laotańskim rządem wprowadzają oni plan pięcioletni. Do 2020 roku ma powstać gigantyczna autostrada z Chin do Tajlandii, przecinająca cały Laos i równająca z ziemią wszystkie wioski na trasie. Piękny plan. A żeby Ci Chińczycy się potopili w tym betonie.

Wraz z moja podróżą na południe drastycznie zmieniał się też krajobraz. Dżunglę zastępowało coś, co kojarzyło mi się afrykańską sawanną. Drzewa ewidentnie ktoś odwrócił korzeniami do góry, wszędzie suche trawy i sporadyczne, błotniste rzeki. No i temperatura. Sięgała 32 stopni powyżej zera i stawała się nie do zniesienia. Trochę ponad miesiąc temu biegałem po poboczu w Mongolii, żeby się ogrzać w mrozie, a teraz rozpaczliwie szukałem skrawka cienia. Kilkukilometrowe marsze też stały się dużo bardziej wyczerpujące. Zaczyna to wyglądać na narzekanie, więc ucinając temat, powiem że wreszcie było mi ciepło :)

Rozgadany kierowca podrzucił mnie do samego Pakse. Była dopiero 13, więc miałem niesamowite szczęście. Zakładałem, że będę tam co najmniej dwa dni później. Swoje kroki skierowałem od razu w stronę drugiego (z dwóch!) w Laosie kościołów. Zastałem tam sympatycznego kleryka, z którym uciąłem sobie długą pogawędkę o sytuacji Kościoła w Laosie. Z żołądkiem pełnym od poczęstunków ruszyłem na miasto. Było ono malutkie i niezbyt ciekawe, natomiast widok na ogromny w tym miejscu Mekong zapierał dech w piersiach. A to chyba dopiero połowa jego azjatyckiej wędrówki. Oprócz ogromnych ilości wody szybko zapełniał się też wszelkimi odpadami. Mała dygresja. Mekong osiąga swoje ekstremum zanieczyszczenia pod koniec biegu, w Wietnamie. Trzeba zaznaczyć, że nie jest to ekstremum europejskie. W Azji w rzekach można znaleźć wszystko, a system odprowadzania ścieków otwartym kanałem wprost do wody, jest spotykany nawet w hotelach. Mówiąc, że nasza Wisła jest brudna, naprawdę nie mamy pojęcia co znaczy brud. We wspomnianym Wietnamie, we wspomnianych ściekach hodowana jest piękna i popularna rybka zwana Pangą. Jej niska cena spowodowana jest łatwością szybkiego nabierania masy (kilkakrotnie szybciej niż inne ryby), a to z kolei jest skutkiem pochłaniania przez nią tajemniczych 'składników X', popularnie zwanymi ściekami, fekaliami i odpadami przemysłowymi. Nie ukrywam, że do aktualnych partii pangi, sam mimowolnie dorzuciłem trochę od siebie. Smacznego! :)
Pakse



Inżynier pilnie potrzebny?


Wracam do milszych tematów. Gdy wróciłem do kościoła wydarzenia potoczyły się z niewyobrażalnym tempem. Przede wszystkim ksiądz zaproponował mi nocleg w nieużywanej kaplicy. Następnie zostałem zaproszony do pobliskiej wioski na... Wigilię. Nie, nie pomieszałem dat. Był 28. grudnia. W diecezji Pakse jest wiele katolickich wiosek rozsianych po okolicy i tylko jeden ksiądz. Jest fizycznie niemożliwe, aby  odprawił on świąteczną mszę jednego dnia w każdej z nich. Dla większość osad Boże Narodzenie jest więc ruchome i wypada wtedy, kiedy przyjedzie ksiądz. 

Dla wioski, do której pojechaliśmy wypadało to 29. grudnia. Nosiła ona nazwę Wioskanapiętnastymkilometrzeszosy. W tej części Laosu nikt się nie bawi w nazywanie małych osad. Wigilia była zdecydowanie odmienna od polskiej czy nawet tej laotańskiej, ale miejskiej. Cały wieczór odbywały się przedstawienia, śpiewy i skecze. Wszystko na zbitej z bambusa scenie i przy akompaniamencie głośników 'YamaCha'. Zostałem przyjęty z otwartymi rękami, dzieciaki chciały mieć ze mną zdjęcia, biegały za mną jak szalone, a dorośli pozdrawiali wielokrotnymi 'Sabaidee' i charakterystycznymi ukłonami ze złożonymi rękami. Gdy najmłodsze dzieci wyszły na scenę i zaczęły swoje uroczo niezdarne przedstawienie myślałem, że się popłaczę ze wzruszenia. Występy trwały do późnych godzin nocnych (znaczy 22) i było ich łącznie 20. Publiczność była ogromna, bo przyszli również mieszkańcy Wioskinasiedemnastymkilometrzeszosy i Wioskinadwunastymkilometrzeszosy. Wracaliśmy w szampańskich humorach na pace półciężarówki księdza. Trzech kleryków, sześć dziewczyn i Kotlet. Mieszanka wybuchowa, która owocowała śpiewaniem wszystkiego, co związane ze Świętami. Byleby na całe gardło.


Nocleg w kaplicy

Po nocy w mojej kaplicy sypialnej, rankiem znowu razem z księdzem i klerykiem ruszyliśmy do wioski. Tym razem na mszę bożonarodzeniową. Sporo ludzi mnie już znało (zadbał o to poprzedniego dnia sympatyczny kleryk), więc nie byłem już 'obcy'. Świąteczne obchody trwały kilka godzin i zawierały procesje, próby, śpiewy, klaskania i wesołe okrzyki. Po mszy ksiądz ruszył na rundkę po nowowybudowanych domach w celu ich poświęcenia. Jako jego 'świta' oczywiście również zostałem zaproszony. Po kilku modlitwach i obrządkach wylądowaliśmy na świątecznym obiedzie w jednym z domów. Przyszedł czas na życzenia. Zamiast łamania się opłatkiem jest tu zwyczaj zawiązywania sobie nawzajem wstążki na ręce. Z uśmiechem przyjmowałem kolejne dobre słowa w kompletnie mi nieznanym języku, odpowiadając życzeniami po polsku. Bo brzmią najładniej i kropka. Potem suto zastawiono stoły. Pierwszy raz, odkąd jestem w Laosie, widziałem tyle mięsa. Podobno w wiosce życie straciły trzy woły i niezliczona ilość kurczaków oraz gęsi. Po obiedzie przyszedł czas na pożegnania. Czułem się, jakbym znał tych ludzi dwa lata, a nie dwa dni. To, co przeżyłem w tej wiosce można określić jednym słowem. Radość. Te drugie  w tym roku Święta były przepełnione entuzjazmem, jakiego nigdy w życiu nie zaznałem. Dla tych ludzi Gwiazdka mogłaby być nawet w lipcu, eksplozja radości byłaby ta sama. Taka dawka pozytywnej energii wystarczy mi chyba na całą przyszłą podróż i co najmniej pół życia. Bałem się, że w Laosie nie będę mógł spędzić Świąt, a tymczasem miałem Boże Narodzenie dwa razy w ciągu kilku dni. To się nazywa szczęście.

Kaplica w Wioscenapietnstymkilometrzeszosy



Po lewej dusza towarzystwa

Tyyyle życzeń dostał Kotlet, żadnych nie zrozumiał

Jakby nie patrzeć mijał miesiąc w Laosie, a razem z nim ważność mojej wizy. Trzeba było zmiatać do Kambodży. Przy samej granicy zaglądnąłem jeszcze do rejonu zwanego 'Cztery tysiące wysp'. Mekong tworzy tu gigantyczne rozlewiska i liczba wysp faktycznie może nie być przesadzona. Odbiłem z głównej drogi, złapałem transport na traktorze i przeprawiłem się na jedną z wysp wynajętą łódką. Pierwszą noc spędziłem w namiocie na wyspie Don Det, drugą na Don Khon we własnym bungalowie z werandą i hamakiem. Te wyspy to raj na Ziemi. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i ręką na sercu. Jest tu trochę obcokrajowców, jednak pomimo najwyższego sezonu, ich ilość nie umywa się do Luang Prabang czy Vang Vieng. Wyspy połączone są mostem z czasów panowania Francuzów, przez który prowadzi jedyna w miarę szeroka droga. Reszta to ścieżki przejezdne tylko dla rowerów. Życie toczy się tu całkowicie poza czasem. Jedynym punktem odniesienia są epickie wschody i zachody słońca. Miejscowi jakby nie zauważali turystów i spokojnie żyją swoim życiem, podporządkowanym głównie Mekongowi i jego rybom. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Azji południowo wschodniej, Don Det i Don Khon to miejsce, które trzeba odwiedzić. Co do mnie, to spokojnie mógłbym się tu zestarzeć. Niestety zanim to nastąpiło prawie skończyła mi się wiza.

'Halo, Policja? Ktoś tu śpi na dziko!'

Transport bezpośredni na przystań




Four Thousand Islands - Raj na Ziemi





Szkolne powiedzenie 'Chodźmy na pole' zyskuje nowe znaczenie :)

Kotlet w tropikach


W Sylwestra postanowiłem wyjechać z Don Khon i przekroczyć granicę. Miałem jeszcze dwa dni zapasu na wizie i mógłbym powitać Nowy Rok na wyspie, ale specjalnie mi na tym nie zależało. Nie jestem ogromnym fanem imprez sylwestrowych, tym bardziej że nie mogłem złapać Jedynki w telewizji. Uznałem, że Nowy Rok przywitam w nowym kraju na mojej trasie. Pomimo rezygnacji z hucznej zabawy, w drodze na granicę kambodżańską naszła mnie sylwestrowa refleksja. Ten rok był pod wieloma względami inny niż poprzednie. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie spędziłem tak dużo czasu poza domem. Nie chodzi tu tylko o tą podróż. Na okrągło licząc w mijającym roku poza ciepłym domowym zaciszem spędziłem prawie osiem z dwunastu miesięcy. Najpierw cała zima w polskich górach, później wyprawa na Kaukaz, chwilowy powrót i obecna, podejrzanie przeciągająca się podróż. Wychodzi na to, ze jeśli już byłem byłem w domu, to zazwyczaj wykorzystywałem ten czas na przygotowania do kolejnego wyjazdu. Nie ukrywam, że zaczynam trochę tęsknić za domem, rodziną i przyjaciółmi. No i ukochanym Krakowem, którego uroku nie pobije żadne miejsce na Ziemi. Teraz zapewne ze świątecznymi kramami na rynku i białymi Plantami. Lepiej sobie tego nie wyobrażać, bo nogi od razu ciągną na najbliższe lotnisko :) 

Jak zwykle w takich momentach pojawiło się pytanie 'Co będzie będzie za rok o tej samej porze...?'