poniedziałek, 13 października 2014

To ostatnia niedziela...

Odkąd wyruszyłem z Mojego Miejsca wiedziałem, że moja rosyjska przygoda dobiega końca. Spędziłem w tym kraju jeszcze kilka dni, jednak cały czas miałem smutne wrażenie, że z wszystkim i wszystkimi się żegnam. Tak. Przyszedł czas na ostatniego posta z rosyjskiej ziemi...

Droga powrotna z dzikiego brzegu Olchonu była nieporównywalnie prostsza niż wcześniejsza. Ścieżka była w miarę wydeptana, a co najważniejsze - prowadziła faktycznie łagodną doliną. Wyruszyłem rano i dzięki tym sprzyjającym warunkom udało mi się dotrzeć na drugi brzeg w jeden dzień. Nie można jednak powiedzieć, że dotarłem do cywilizacji. Wioski na Olchonie są poza sezonem prawie tak wymarłe jak "moja strona". Z żołądkiem ściśniętym z głodu dotarłem do jednego z niewielu sklepów. Następnie nie mogłem się oprzeć przyjemności pochodzenia bez celu po wiosce. Gdy skończyłem obchód zorientowałem się, że ruchu samochodowego praktycznie nie ma. Mimo to optymistycznie wyszedłem na najbardziej ubitą drogę gruntową. Po godzinie stwierdziłem, że nie ma to żadnego sensu. Odszedłem na ubocze i kolejny raz rozbiłem tymczasowy obóz. W międzyczasie zyskałem czworonoznego przyjaciela, który nie odstępował mnie na krok. Spał też obok namiotu i w nocy kilka razy najpierw usłyszałem jego warczenie, a dopiero później jakiegoś zwierzaka zainteresowanego moim małym domkiem.
Autostop na Olchonie

Czworonozny przyjaciel

Rano od 8 byłem na drodze. Wydostanie się z wyspy okazało się trudniejsze niż myślałem. W końcu zmuszony byłem złapać marszrutkę i przejechać nią wyspę, prom i kawałek do kolejnej wioski. Czułem się dziwnie, gdy przy wysiadaniu trzeba było wyjąć portfel, a nie wystarczyło zwykłe "Spasiba". Niebo chyba tez nie było zadowolne, że opuszczam Miejsce, bo jak tylko wysiadłem zaczęło lać jak z cebra. Co ciekawe, to był pierwszy deszcz w czasie mojej podróży - do tej pory miałem mega szczęście! Łapanie stopa w deszczu to tragedia. Na szczęście na horyzoncie dostrzegłem stację i żwawym krokiem się tam skierowałem. Opcja numer dwa, czyli pytanie tankujących ludzi szybko się sprawdziła i po pół godzinie byłem już w bezpośrednim transporcie do Irkucka. Wygodnie nie było, bo musiałem walczyć z plecakiem, który cały czas przełączal stacje w radiu, ale nauczyłem się już, że w autostopie się nie narzeka. Będąc po raz trzeci w Irkucku czułem się jak w domu. Najpierw skierowałem się do hostelu, w którym pracowała znajoma Kostka. Zrobiłem pranie i trochę się wysuszyłem po ulewie. Następnie szybkie uzupełnienie zapasów i bez wahania ruszyłem do domu Kostka.

Tym razem była nas cała gromada. Para z  Francji, która również była przez te dni w okolicach Bajkału; Hiszpan z marzeniem okrążenia świata; Koreańczyk, który jako jedyny zmierzał w drugim kierunku i wreszcie podróżujący Rosjanin. W jednopokojowym mieszkaniu była to dosyć wesoła mieszanka. W coraz lepszych nastrojach czekaliśmy na gospodarza. Rozmawiając z francuską parą dowiedziałem się o ciekawej opcji w Mongolii, na którą nadal nie miałem sprecyzowanych planów. W całość wciągnięty został również Andre z Hiszpanii. Jak dobrze pójdzie to wszyscy jeszcze się spotkamy, ale nie zapeszając napiszę o tym może już za granicą mongolską. Siedem osób w małym pokoju wymagało dużej logistyki, ale po zabawie w tetrisa udało się wszystkich poustawiać, a nawet ustanowić nienaruszalne przejścia. Z samego rana wstać musiał tylko gospodarz. Ja również oddałem się labie z wesołą ekipą i dopiero koło południa, po wymianie kontaktami, ruszyłem najpierw do hostelu po suche pranie, a następnie na marszrutkę.

Kostkowa ekipa

Sypialny tetris
Przez te trzy wizyty w Irkucku wyczerpałem wszystkie możliwe wylotówki, więc mógłbym służyć za informator w sprawie dojazdu na autostopowe miejsca. Na drodze byłem dopiero o 13 i niespecjalnie wierzyłem w dotarcie do oddalonego o 480 km Ułan Ude. Mimo to udało się i już po 6 godzinach byłem u celu. Jechałem między innymi z instruktorem snowboardu,  który chodzi na skiturach po okolicznych górach. Mówił, że za około 2 tygodnie będzie wystarczająco śniegu do jeżdżenia. Jakby na potwierdzenie zaczęło sypać, a później ukazały się ośnieżone szczyty. Zapytałem do kiedy da się jeździć. "Koło połowy czerwca śnieg jest już ciężki". Taki sezon to ja rozumiem...

Kotlet zegna sie z Bajkalem


W Ułan Ude po raz kolejny pomocna okazała się Nastia z Petersburga. Tym razem załatwiła mi nocleg u swojego brata. Złota dziewczyna. Nie mogłem się jednak do nich dodzwonić. Śnieg sypał na całego, więc uciekłem do Subwaya i zacząłem się rozglądać w internecie za hostelem. Apropo Subwaya. Ciekawe, że wpływ McDonalda kończy się na Uralu. Trochę dalej sięga KFC - ostatni jest w Nowosybirsku. Nieustraszony natomiast okazuje się Subway, który Syberii się nie boi i dociera do Ułan Ude, a może i dalej. Wracam do tematu. Ostatecznie brat Nastii się odezwał i umówiwszy się pod wielką głową Lenina, zawiozl mnie do przytulnego mieszkania jego teścia. Zostałem nakarmiony do syta i ułożony w ciepłym łóżku.
Najwieksza glowa Lenina na swiecie

McDonaldsa nie ma, ale jest MakBurgers

Kolejnego dnia spotkałem się z synem brata Nastii (robi się to trochę zagmatwane...) na zwiedzanie Ułan Ude. Bogdan, jako praktykujący buddysta, zapewnił mi pierwsze i na pewno nie ostatnie spotkanie z tą religią. Zawiózł mnie do największej świątyni i cierpliwie objaśniał wszystkie buddyjskie zwyczaje. Zadawałem mnóstwo prawdopodobnie idiotycznych pytań i na dodatek pewnie nie wszystko zrozumiałem. Myślę, że w Mongolii i Chinach będę miał jeszcze dużo okazji do zgłębienia wiedzy. Tak czy inaczej zadzwoniłem typowym dzwonem i pokreciłem mlynkami modlitewnymi. Niby mała rzecz, ale robi niesamowite wrażenie. Przyznacie, że buddyzm ma w sobie coś egzotycznego i magicznego. Kto nie chciałby odwiedzić Tybetu czy pomedytować z mnichami?



Kotlet medytuje na sniegu


Resztę dnia spędziłem na spacerowaniu po tym ostatnim na mojej drodze rosyjskim mieście. Ponapawałem się padającym śniegiem (choć w kontekście dalszej podróży może to trochę komplikować spanie w namiocie...), a na koniec wylądowałem w znanym mi już Subwayu i musiałem trochę powisieć na wifi, żeby z grubsza przygotować dalszą podróż. Wracając zaglądnąłem jeszcze do jedynego kościoła katolickiego w całej Buriacji (gdyby nie wujek Google to pewnie w życiu bym go nie znalazł), który okazał się być jedynie dwie ulicę od domu mojego gospodarza. Na sobotnią mszę się spóźniłem, ale według grafiku w niedziele była msza o 11, więc postanowiłem trochę opóźnić wyjazd. Spotkałem tam również Siostrę, która 'oczywiście' okazała się Polką! Chyba wszystkie Misje na wschodzie są obstawione Polakami...

Z samego rana pożegnałem się z moim miłym starszym gospodarzem i ruszyłem do kościoła. Siostra rozniosła juz wieść o mnie, więc byłem witany jak specjalny gość. Wszyscy się do mnie uśmiechali, ksiądz wytypował mnie do noszenia figurki Matki Boskiej w procesji, a po mszy zaproszono mnie na posiłek. Zjadłem "malutkie drugie śniadanie", bo przecież "zaraz muszę się zbierać". Dobrze sie z Siostrami rozmawiało, więc zostałem jeszcze "tylko na zupkę", a następnie na "już jest drugie danie to zjesz". Nim się obejrzałem zrobiła się 15 i wizja dotarcia tego samego dnia do Mongolii dziwnie się oddaliła. Tak czy inaczej miło było po raz kolejny poczuć się jak w domu, tym bardziej, że koniec koncow nie spieszylo mi się tak bardzo. Na wizie miałem jeszcze kilka dni zapasu. Mimo wszystko wreszcie ruszyłem. Najpierw musiałem wydostać się z centrum, więc pojechałem marszrutką aż do Iwolginskiego Datsanu pod Ułan Ude. Jest to centrum rosyjskiego buddyzmu, w którym znajduje się ciało pewnego mnicha zmarłego kilkaset lat temu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego ciało nie rozkłada się. Ktoś powie "wielkie mi rzeczy, dziadzia Lenin też się nie rozkłada". Dodam jednak, że zwłoki mnicha nie są balsamowane, temperatura jego ciała utrzymuje się na poziomie 34 stopni, a włosy i paznokcie nadal rosną. Naukowcy drapią się po głowach, ale na razie nic z tego drapania nie wydumali. Tak czy inaczej mnicha można zobaczyć tylko kilka razy w roku i nie miałem tego szczęścia, ale cały kompleks i tak był niesamowity. Muszę powiedzieć, że niezwykle zaintrygowała mnie ta religia, jak tylko dorwę internet to poczytam o niej więcej. Na razie pozostałem przy kręceniu młynkami, dzwonieniu w gongi i robieniu zdjęć.
Drugie spotkanie z buddyzmem

Mieszanka domkow syberyjskich i buddyjskich

Wreszcie wyszedłem na trasę do Mongolii. Była 17, a do granicy ponad 200km. Nie miałem pomysłu na nocleg, ale uznałem, że odłożę te rozmyślania na później. "Jakoś to będzie" i wystawiłem kciuk. Odkąd zrobiło się zimno łapanie stopa to banał. Ludziom chyba robi się żal takiej zmarzniętej sierotki na poboczu i czekam maksymalnie kilka minut. 30 km, 40km, przerwa na zjedzenie Buzy (tutejszy duży pieróg) i wreszcie strzał prosto do Kyakhty na granicę. Gdy zaczęło się ściemniać uznałem, że to chyba mimo wszystko czas na rozważania o noclegu. Namiot odpadł w przedbiegach, bo ilość zalegającego śniegu sugerowała, że obudziłbym się w igloo. Poranne temperatury około -10 stopni też nie zachęcały. Nie chciałem przekraczać granicy o tej porze, bo wiązałoby się to z nocnym łapaniem stopa w Mongolii, czego wolałem uniknąć. No cóż. W przewodniku Kyakhta wyglądała na średniej wielkości miasteczko, więc uznałem, że ostatnią noc w Rosji spędzę jak lord, czyli w hostelu. I wtedy nastąpił ciąg dziwnych zdarzeń. Po raz pierwszy zawiodła mnie albo moja orientacja w terenie albo moja elektroniczna mapa. Skręciliśmy niby do Kyakhty, ale według mapy powinna ona być po przeciwnej stronie głównej drogi... Wjechaliśmy do dziury zabitej dechami, ale tabliczka 'Kyakhta' była, więc teoretycznie wszystko ok. Mój kierowca orzekł, że podwiezie mnie pod jakiś hotel, bo o tej porze chodzenie tutaj to zły pomysł. Miało być tanio. Tanio oznaczało w pierwszym hotelu 150 zł za noc. Dodam, że według europejskich standardów przybytek ten zasługiwał może na ćwierć gwiazdki. Kierowca powiedział, że zna tańsze miejsce. Ruszyliśmy gruntową drogą w jakieś osiedla bloków. Nadal nijak się to miało do mojej mapy. Na gps nie mogłem liczyć. Nie wiem dlaczego, ale złapanie tutaj satelitów trwa zwykle od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Rozpaczliwie szukałem jakichś punktów odniesienia, natomiast zza głowy zobaczyłem pulsującą łunę. Znajoma Czerwona Lampka dawała o sobie znać. Podjechaliśmy pod jakiś blok i ruszyłem za kierowcą do wskazanych drzwi (oczywiście żadnego napisu, ciemno, brudno a w pobliżu tylko watachy psów). W środku ukazała się jakaś pani i faktycznie pracowała tu jako dozorca 'hotelu'. Owy hotel składał się z luźnych pokoi na pierwszym piętrze bloku. Najpierw rzuciła 60 zł za noc. Kierowca okazał się jednak dobrym negocjatorem i zaczął mnie reklamować jako "biednego autostopowicza z Polski". Starałem się nie odzywać, ale co jakiś czas dorzuciłem "tak, tak" albo "bardzo, bardzo". Ostatecznie stanęło na cenie "jak zbierzesz się przed 8.30 kiedy przychodzi zmienniczka to śpisz za darmo". Dostałem przytulny, lekko obskórny (wbrew pozorom te określenia się nie wykluczają) pokoik i dostęp do łazienki. W pokoju gps wreszcie znalazł satelity, ale wskazał jakieś miejsce w lesie bez budynków i sygnalizowal możliwość ekstremalnej niedokładności. Nie miałem bladego pojęcia, gdzie spedzam tą ostatnią noc w Rosji...
Buza

Kotlet w pokoju niewiadomogdzie

Pokoj niewiadomogdzie

Rano zagadka częściowo się wyjaśniła. Pani powiedziała, że muszę wyjść wcześniej bo to wojskowy obiekt. Jednym słowem spałem w koszarach, co tlumaczylo białą plamę na mapie. Nie byłem nawet pewny czy mogę tam robić zdjęcia. Niemniej jednak ochoczo wyruszyłem na przełaj w stronę granicy. Nie musiałem nawet łapać stopa - ktos zatrzymal się i zapytał czy mnie nie podwieźć. Wiedziałem, ze granicy nie mogę przekroczyć pieszo, więc planowałem prosić ludzi o przewiezienie mnie. Pojawił się jednak mały problem - nikt jej nie przekraczał. Wreszcie zjawilo się auto prawie pełne Mongołów. Zgodzili się mnie wziąć za 5 dolarów. Lepszy rydz niż nic. Na granicy spędziliśmy 2 godziny, celnikom nie podobała się duża ilość pieczątek gruzinskich w moim paszporcie (podczas ostatniej podróży do prawie każdego kraju Kaukazu musieliśmy wjeżdżać właśnie z Gruzji). Ostatecznie machnęli na to ręką.

Poranek w koszarach

W ten sposób opuściłem Rosję i wkroczyłem w kompletnie odmienny świat, zwany Mongolią...


piątek, 10 października 2014

Kotletowe Miejsce Na Ziemi

Długo zastanawiałem się jak opisać wydarzenia ostatnich dni. Zwykle nie mam problemu z pisaniem i uważam, że opisy w miarę oddają to, co widziałem. Tym razem jednak tak nie jest. Jest mi niewyobrażalnie trudno opisać ten czas. Tak czy inaczej spróbuję. Od razu ostrzegam, że będzie długo, bo i dużo rzeczy mam do opisania. Jeśli ktoś znudzi się w połowie - nie obrażę się jak przerwie.
W dniu, w którym pożegnałem się z dziewczynami szedłem jeszcze kilka godzin. Blisko trzydziestokilogramowy plecak dawał w kość, ale byłem w miarę wypoczęty i pełen energii. Rozbiłem namiot, gdy zaczęło się ściemniać. Na wszelki wypadek daleko od ścieżki. Z samego rana ruszyłem z myślą 'jak dobrze pójdzie dzisiaj zobaczę Bajkał w całej swojej potędze'. Szedłem kolejne kilometry, brnąc po piaszczystym podłożu. Odkąd ruszyłem widziałem dwa ślady stóp: te same, jednak w dwie różne strony. Może to ci ludzie, o których mówiły dziewczyny? Dotknąłem, powąchałem, polizałem i już wiedziałem: tak, może to oni. Ścieżek w lesie było multum. Kolejne dochodziły, zaczynały się, kończyły. Ja jednak, wiedziony gpsem i malutką kreską na nim, uparcie wybierałem kolejne skręty. Prawo, lewo, znowu prawo, a teraz po małym łuku pod górę i ostro w lewo. W pewnym momencie się zawahałem, bo ślady moich poprzedników odbijały w bok. Podobno nie dotarli do celu, ale z drugiej strony miło szło się po czyichś śladach... No trudno, pożegnałem się z niewidzialnymi przyjaciółmi i ruszyłem w swoją stronę. Byłem już naprawdę zmęczony i miałem nadzieję, że to już tuż tuż. Mijały kolejne kilometry. Nagle ścieżka zwyczajnie skończyła się. Zwyklinałem ją w myślach, ale mimo to nie pojawiła się w magiczny sposób. 

Droga przez tajgę
Siadłem i rozważałem opcje. Mogłem zawrócić, jednak miałem tylko pół butelki wody (optymistycznie wziąłem zapas na drogę w jedną stronę, licząc na Bajkał. W końcu znajduje się tam 20% całej słodkiej wody na świecie, więc butelkę chyba napełnię...). Prawdopodobnie nie udałoby mi się wrócić tego samego dnia, więc wody mogło zabraknąć. Opcja druga to ruszyć na przełaj przez las. Opcja dosyć radykalna (jeśli ktoś kiedyś szedł na azymut przez mega gęsty las, to wie o czym mówię), ale z drugiej strony według gpsa do Bajkału miałem tyko jakieś 2 może 3 km. Zaryzykowałem. Bałem się tylko węży, których podobno było sporo w tych okolicach. Na ścieżce po prostu patrzyłem pod nogi, ale idąc przez las... Inżynierskie rozwiązanie: wziąłem dwumetrowy kij i uderzałem nim przed sobą. Czułem się jak ślepiec i traciłem sporo energii, ale liczyłem, że w razie czego wąż ucieknie. W pewnym momencie byłem pewny, że stanąłem oko w oko z niedźwiedziem, na szczęście okazał się być wielkim łosiem. Nigdy nie widziałem takiego na żywo, był chyba dwa razy większy ode mnie, ale uciekł. Ha! Ja za to brnąłem dalej i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z czegoś, co siedziało mi już długo w głowie, ale nie umiałem tego nazwać. Odkąd wyszedłem cały czas idę pod górę! Nadal się wspinam, więc chociażby nie wiadomo co nie wyjdę na piękną plażę na poziomie Bajkału. Mogłem liczyć co najwyżej na norweski klif. Niedobrze. Szedłem jeszcze z godzinę,  po czym dotarłem do końca lasu. Jest szczyt. Widok, który mi się ukazał jest właśnie jednym z tych, których nie umiem opisać. Bezkresny Bajkal, ogromne fale i górujące nad nimi słońce. Czułem się jak Magellan i Kolumb razem wzięci. Później jednak spoglądnąłem w dół i entuzjazm przygasł. Klifu co prawda nie było, ale zejście kilkaset metrów w dół było straszliwie ostre. Może dałbym radę bez plecaka, ale z tym wielkim klocem na plecach? Na pewno nie. Popatrzyłem na prawo, na lewo i zobaczyłem, że brzeg składa się z kolejnych wcięć. Może któreś będzie łagodniejsze... Pomimo poglądów politycznych, ruszyłem w lewo.

'Uże cholodno'
Droga była skrajnie trudna. Co chwilę góra i dół, kolejna góra i znowu dół. Po nim dla odmiany góra i znowu pieprzony dół! Ledwo już szedłem. Za każdym razem nadzieja, że tym razem dolina będzie łagodniejsza na tyle, żeby dało się zejść. Za każdym razem czekało mnie rozczarowanie. Przeszedłem w ten sposób kilka, a może kilkanaście kilometrów. Skończyła mi się woda, a pod warstwą ubrań i naporem plecaka pociłem się, jakby było lato. Nie mogłem się więc już wycofać, bo nie doszedłbym na drugi koniec wyspy bez wody. Pierwszy raz poczułem lekki strach. Sprawdziłem telefon, oczywiście zero zasięgu. W dodatku, jedyną osobą, która wiedziała, że zmieniłem plany z Listwianki na Olchon był Kostek, który raczej nikogo nie zawiadomi. 'Debil! Błąd nowicjusza, potkniesz się tu, złamiesz nogę i w najlepszym wypadku znajdą cię na wiosnę...'. Pomimo gigantycznego zmęczenia musiałem zwiększyć koncentrację.
W końcu trafiłem na minimalnie łagodniejszą dolinę. 'Idę jedną dalej, jak nie będzie lepsza to schodzę tutaj'. Nie była. Wróciłem więc i zacząłem powolne zejście. Mogę bez zawahania powiedzieć, że po godzinie, która upłynęła mi na tym zejściu byłem najbardziej zmęczony fizycznie w całym moim dotychczasowym życiu. Co chwilę ślizgałem się, zjeżdżałem czasami kilka metrów, a nogi uginały mi się bezwładnie. Dodatkowo kręgosłup trzeszczał pod naporem tych 30 kilo. Razem z plecakiem ważyłem blisko stówę, więc grawitacja dawała o sobie znać. Oprócz tego wszędzie widziałem ogromną ilość śladów zwierząt, które prawdopodobnie też uznały tę dolinę za jedyną drogę do wody. Wizja rozbicia namiotu na dole i oczekiwania wizyty kolejnych czworonogów średnio mnie urządzała. Tym bardziej, że wielkość śladów wskazywała na przekrój od zająca do niedźwiedzia. 'Niedźwiedzie są z niewiadomych przyczyn nad Bajkałem bardzo agresywne. Ofiarami padają jednak najczęściej samotni wędrowcy' - dziwnym trafem akurat teraz przypomniało mi się to zdanie z przewodnika. Najgorsza była myśl, że na dole może jednak nie być dojścia do wody i jakimś cudem będę musiał wyjść tą sama droga do góry. Strach urósł do rozmiarów potwora.
Znaleziska nie dodawaly otuchy

Piszę to kilka dni później. Jestem wypoczęty, najedzony i szczęśliwy. Patrzę na bezkres Bajkału i słucham szumu fal. Mimo to obraz walki, którą wtedy stoczyłem cały czas jest żywy. Nie mogło by być inaczej, gdyż tą gigantyczną górę mam dokładnie za plecami. Jestem w tym miejscu już czwarty dzień, powoli kończą mi się zapasy więc wiem, że będę musiał wracać. Najchętniej zostałbym tu jednak jeszcze miesiąc, rok, a może i na zawsze.
Myślałem, że coś, co wydarzyło się po tamtym zejściu jest możliwe tylko w filmach albo książkach. Przy brzegu łagodnie opadającym do jeziora dostrzegłem czyjś dawny obóz. Dwa zbite z patyków stoliki, ławeczka, miejsce na ognisko i wyrównany kawałek terenu pod namiot. Zejście do wody po schodkach z kamieni i własna plaża. Do tego całkowite odludzie i ślady obozowania, które miały co najmniej kilka lat. Dodajcie sobie to wszystko razem, pomnóżcie przez tysiąc, a otrzymacie radość, jaką wtedy odczuwałem.

Prawdopodobnie najszczesliwszy Kotlet na świecie

Taki widok powitał mnie na dole
Pierwszy dzień w Kotletowym Miejscu Na Ziemi spędziłem na urządzeniu się. Rozbiłem namiot, rozłożyłem trochę rzeczy, zorganizowałem miejsce do mycia, naprawiłem nadszarpnięte zębem czasu stoliki, rozciągnałem sznurek na mokre rzeczy, uporządkowałem ognisko i nazbierałem drewna. Rozglądnałem się też po bliskiej okolicy. Na razie jednak nie odchodziłem za daleko. W końcu nie wiedziałem czy mimo wszystko zaraz ktoś się tu nie zjawi. Następnie uskuteczniłem wymarzoną od kilku dni kąpiel w Bajkale ("Cholera, jednak zimna") i zjedzeniu czegoś. Apropo. Kolejny przykład jak polski i ruski są podobne tylko w teorii. W Irkucku robiąc zapasy kupiłem konserwę o nazwie "Pieczeń z dorsza". "Hohoho, pieczeń z rybki, super sprawa" - pomyślałem. Gdy otworzyłem ją kilka dni później wygląd jakoś nie zachęcał. Spróbowałem - ohyda. Popatrzyłem jeszcze raz na puszkę. Może biegły w cyrylicy nie jestem, ale czytać umiem - pieczeń! Wrzuciłem do słownika i wszystko stało się jasne. Pieczeń to po rusku wątroba. Ja pitolę, nie wiedziałem, że dorsz w ogóle ma wątrobę, a komuś wpadło do głowy nie tylko żeby ją jeść, ale jeszcze wpakować do puszki jako rarytas! Nie mogłem jednak pozwolić sobie na marnotrawstwo, więc wyłożyłem zawartość na chleb, posypałem solą, pieprzem i curry w ilościach hurtowych, na to pokroiłem czosnek w grube plastry i całość jakoś smakowała. W każdym razie zabiłem smak wątroby. Później zrobiło mi się trochę żal, że tak potraktowałem miejscowy przysmak, więc popiłem trochę sosu z puszki. Żal szybko minął.

"Pieczeń z dorsza"

Pieczeń z dorsza zdatna do zjedzenia
Resztę dnia spędziłem na zachwytach pięknem tego miejsca, równocześnie nie mogąc dowierzyć swojemu szczęściu. Noc była ciepła, a w porównaniu z innymi to wręcz upalna. Za to wieczorem niebo zaszło chmurami, a nocy lało. Obudził mnie ogromny szum fal. Czułem się powiernikiem tego miejsca, więc wygramoliłem się ze śpiwora i wyszedłem zobaczyć co jest grane. Sztorm na jeziorze to chyba rzadki widok i naprawdę robi wrażenie.

Wieczorne widoki z Miejsca

Kotletowe Miejsce Na Ziemi

Kolejny dzień przeznaczyłem na eksploracje otoczenia. Miałem zamiar przejść w jedną i drugą stronę wzdłuż brzegu w poszukiwaniu jakiejś lepszej drogi powrotnej. Wziąłem najważniejsze rzeczy i ruszyłem. Ścieżka najpierw była ewidentnie zwierzęca, później pojawiły się jakieś stare ludzkie ślady. Po około pół godziny marszu natrafiłem na pozostałości innego obozowiska. Wyglądało na młodsze, może ktoś tu był nawet w tym sezonie. Była też w miarę widoczna ścieżka w głąb wyspy - całe szczęście nie będę musiał wracać droga, którą tu dotarłem. Przeszedłem brzegiem łącznie około dwóch godzin nie napotykając ani żywej duszy. Napotkałem za to widoki nie do opisania.



Wróciłem po kolejnych dwóch godzinach. Było już popołudnie, więc wyprawę w drugą stronę odłożyłem na kolejny dzień. W końcu mam czasu pod dostatkiem. Po drodze w krzakach znalazłem zardzewiałą konstrukcję przypominającą piec. Przytargałem ją do Miejsca i zaaranżowałem małą kuchnię. Test przy gotowaniu ziemniaków z wołowiną z puszki przeszła znakomicie! Wreszcie nie musiałem oszczędzać gazu w butli i miałem wrzątek, kiedy chciałem.

Kotlet - kucharz

"Kartoszka z Wołowiną"

 Po obiedzie oddałem się całkowitej labie. Czytałem książkę, łaziłem po plaży i popijałem herbatę z mojej nowej kuchni. Cały czas myślałem też o tych wężach i niedźwiedziach. Na węże nie ma rady - trzeba było patrzeć pod nogi i dokładnie zamykać namiot. Na niedźwiedzia natomiast mój gaz pieprzowy mógłby nie zadziałać, postanowiłem się więc lepiej przygotować. Zaostrzyłem półtorametrowy kij i wypaliłem w ognisku, żeby zawsze można go szybko zapalić. Prawdopodobnie kompletnie nic by mi nie dał w starciu z misiem, ale pewność siebie minimalnie wzrosła. Drugie narzędzie znalazłem na brzegu Bajkału. Duży cedzak prawdopodobnie służył jeszcze armii Stalina, ja jednak przeznaczyłem go na ewentualną walkę z mniejszą zwierzyną. Wieczorem posiedziałem przy ognisku i cieszyłem się z pełni księżyca. Radość trwała do momentu gdy cały las, na czele z psowatymi, zaczął wyć. Generalnie nie czuję jakichś wielkich obaw przed spaniem w lesie, ale takie ujadania trochę odejmują odwagi. No cóż, dorzuciłem do ognia i przyciągnąłem bliżej mój Kij Na Niedźwiedzie oraz Cedzak Na Mniejszą Zwierzynę.

Kij Na Niedźwiedzie i Cedzak Na Zwierzynę Mniejszą

Następnego dnia ziściło się moje kolejne marzenie. W Bajkale żyje dosyć spora populacja fok zwanych Nerpami. Nikt nie wie skąd się tu wzięły, skoro najbliższe morze jest kilka tysięcy kilometrów stąd. Foki jednak żyją i mają się w miarę dobrze (to 'w miarę' to ze względu na kłusowników). Generalnie stronią od ludzi, ale skoro byłem jedyny w promieniu iluśtam kilometrów to może mnie przeoczą i się zjawią. No i z samego rana spełniło się! Nie powiem co wtedy robiłem, ale zdradzę że latrynkę urządziłem sobie z pięknym widokiem na Bajkał. Najpierw myślałem, że to duży ptak, ale nie, pływa ewidentnie z wielką głową na powierzchni, cielsko w wodzie. Pierwsza myśl - potwór z Loch Ness. Druga myśl - toż to moje foki! Pobiegłem jak szalony do namiotu po aparat i dalekosiężny obiektyw. Zanim wróciłem było ich już pięć, sześć, nie! siedem. Co prawda dosyć daleko w głąb jeziora, a nie na brzegu jak sobie wyobrażałem, ale i tak byłem wniebowzięty. Przez godzinę czułem się jak fokolog - liczyłem je, obserwowałem jak nurkują i cykałem fotki bez opamiętania. Na większości widać było tylko czarny punkt, ale ja wiem - to moje foki!

Zdjęcie zdjęcia jednej z moich fok
Wyprawa w drugą stronę od Mojego Miejsca skończyła się szybciej. Brzeg stawał się bardzo ostry, więc nie ryzykowałem. W sumie nic dziwnego, w końcu idąc kilkaset metrów wyżej granią nie widziałem możliwości zejścia nad jezioro. Znalazłem za to kolejne pozostałości jakiegoś obozu rybaków, a w nim resztki zapasów. Odgrzebałem pół paczki makaronu. Przy zbiórkach żywności zawsze mówią o nim "żywność trwała". Jak trwała, to trwała - na obiad będzie jak znalazł. Żeby nie mieć wyrzutów sumienia, gdyby ktoś tu wrócił i szukał akurat tego makaronu, zostawiłem na jego miejscu kilka rubli. Następnie wróciłem, rozpaliłem w moim prowizorycznym piecu i przyrządziłem makaron z puszkowaną fasolą i czosnkiem. Pycha!

Makaron z odzysku
Pod koniec kolejnego dnia uznałem, że powoli trzeba myśleć o powrocie. Pierwszy powód to kończące się zapasy jedzenia, drugi to kończąca się wiza rosyjska. Z tej okazji umyłem się w Bajkale i ogoliłem. Jeśli miałem następnego dnia łapać stopa to nie mogę wyglądać jak człowiek z lasu, pomimo że było w tym dużo prawdy. Wieczorem natomiast pomyślałem, że fajnie by było mieć jakąś pamiątkę. Skoro wszystkie sprzedawane w Irkucku są chińskie to uznałem, że wyręczę małe chińskie rączki i pamiątkę zrobię sobie sam. Posiedziałem przy ognisku, postrugałem i gotowe! Gdyby ktoś był zainteresowany innym rękodziełem Kotleta to zamówienia przesyłajcie na maila.

Kotletowe rękodzieło
Gdy rano się obudziłem zrobiło mi się zwyczajnie smutno, że muszę się zbierać. Ciekawe jak człowiek szybko przyzwyczaja się do miejsca. Szczególnie, gdy ma wszystko, co mu potrzeba. Mimo to zebrałem wszystkie rzeczy (zajęło mi to chwilę bo trochę się rozgraciłem), pożegnałem się z Kotletowym Miejscem Na Ziemi, następnie odprawiłem rytuał podziękowania dla Bajkału (niestety bez wódki) i ruszyłem w długą drogę powrotną z tylko jedną myślą. "Mam nadzieję, że kiedyś tu wrócę".
Teraz całkiem serio. To były najpiękniejsze dni mojej dotychczasowej podróży, a może i życia. Człowiekowi chyba naprawdę niewiele potrzeba do pełni szczęścia. Może zauważyliście, że nie podałem żadnych nazw wiosek, ani szczegółów w jaki sposób dotarłem do Miejsca. Zrobiłem to celowo, ale nie żeby zachłannie nikomu nie pokazać gdzie to jest. Podejrzewam, że w pełni sezonu może tam czasem nawet ktoś zaglądnąć, więc nie jest to jakaś bezludna wyspa, o której nikt nie wie. Po prostu chcę, żeby zgodnie z nazwą pozostało to moim miejscem, nawet jeśli będzie tak tylko w mojej wyobraźni. Równocześnie nie wykluczam odnalezienia w przyszłości, a może nawet w tej podróży, innych podobnych zakątków. Myślę, że człowiek może mieć spokojnie kilka takich. Każdemu z Was życzę jednak odnalezienia chociaż jednego. Koniec patosu. Gratuluję tym, którzy dotarli aż tutaj!



czwartek, 9 października 2014

"Ty na Bajkał? Da!"

Była długa cisza na blogu spowodowana kompletnym odcięciem od cywilizacji. O tym jednak napiszę w kolejnym poście, na razie Kotlet dociera nad Bajkał :)  

Czas spędzony u Sióstr był istną sielanka. Przez prawie cztery dni miałem własny pokój, ciepłą wodę w łazience, pyszne domowe śniadania i obiadki oraz całodobową opiekę w najlepszym wydaniu. Żeby za bardzo się nie rozleniwić pomagałem Siostrom w ogrodzie, grabiłem jesienne liście i sprzatałem w domu. A to wszystko w otoczeniu pięknej wioski syberyjskiej z małymi, kolorowymi chatkami i serdecznymi ludźmi. Generalnie żyć, nie umierać! Wcześniej czy później trzeba było jednak ruszyć dalej.

Usolje!

Widok z mojego okna u Sióstr

Po tych kilku dniach wyszedłem więc na znaną mi trasę przelotową przez Usolje. Po chwili łapania przybiegła do mnie grupka młodzieży (na oko liceum, ale tutaj łatwo się pomylić co do wieku). Byli w trakcie szkolnej przerwy i na 80% jestem pewny, że delikatnie zawiewało od nich alkoholem. Potwierdzały to tez iście szampańskie humory. (Errata :) jeden z poznanych przyjaciol odezwal sie do mnie i zaprzeczyl  pogloskom o alkoholu. Zwracam wiec honor, szczegolnie ze lemoniada, ktora mnie czestowali faktycznie byla bezalkoholowa). Dopytywali się skąd jestem, gdzie jadę i po co. Gdy im wszystko wytłumaczyłem wpadli w zachwyt, dziewczyny zaczęły mi się oświadczać i prosić bym wziął je ze sobą. Tak, przez tą krótką chwilę byłem bożyszczem nastolatek! Szybko się jednak zorientowałem, że nie widzę w żadnej z nich mojej przyszłej żony, więc chciałem zająć się dalszym łapaniem transportu. Grupka postanowiła mi pomóc i machać razem ze mną. 'Przecież nikt się nie zatrzyma przy dziesięciu wrzeszczących ludziach' pomyślałem. Miałem już zmyć się po angielsku na inna miejscówkę, gdy zatrzymało się auto. Niedoceniłem moich nowych przyjaciół. Po czułych uściskach i pocałunkach od damskiej części grupy ruszyłem w stronę Irkucka. Czułem się jak Justin Bieber po koncercie.

Moi współstopowicze


W Irkucku już wcześniej załatwiłem sobie nocleg na CS. Mój host - Kostek był niesamowity. Odpisał po 5 min, że przyjmuje wszystkich, mogę przyjechać w każdej chwili i zostać ile chcę. W razie gdyby go nie było podał mi hasło do jego wifi, żeby mi się nie nudziło czekając pod drzwiami. W jego mieszkaniu byli już inni 'surferzy', którym Kostek dał klucze do mieszkania gdzieś w przelocie na mieście. Couchsurfing nie przestaje mnie zadziwiać... Para Francuzów była bardzo sympatyczna,  jednak chcieli się przespać po podróży, więc tylko zostawiłem rzeczy i ruszyłem na miasto. Nie nastawiałem sie specjalnie na zwiedzanie. Miałem trzy cele: kupić coś dodatkowego do spania, żebym nie przymarzał do ziemi; zrobić zapasy jedzenia na co najmniej kilka dni oraz zobaczyć ulicę Dekabrystów z tymi typowymi domkami syberyjskimi w większym wydaniu. Cel pierwszy osiągnąłem pośrednio, bo ceny za sprzęt turystyczny są tu zabójcze, więc ograniczyłem się do cienkiej karimaty. Test tego profesjonalnego sprzętu opublikuję już wkrótce. Zapasy zrobiłem, choć zwiększenie ciężaru plecaka o kolejne kilka kilogramów było nie do końca miłym doznaniem. Uliczkę również zobaczyłem i zdecydowanie mnie nie zawiodła. Zawiedli mnie natomiast Rosjanie, którzy sukcesywnie wyburzają te domy i stawiają na ich miejscach centra handlowe. 'Kiedyś przecież i tak się zawalą...' Połaziłem jeszcze trochę bez celu po mieście (chyba najładniejsze z dotychczasowych, wreszcie nie było takich tłumów ludzi) i wróciłem do Kostka. Wieczór spędziliśmy na pogawedkach o wszystkim i niczym, wymienianiu się doświadczeniami i dalszymi planami.

Ulica Dekabrystów

Jako absolwent Budownictwa mowie: coś tu nie gra...

Nazajutrz byłem pierwszym gotowym do drogi. Nie wyglądało, żeby reszta miała zamiar szybko wstać, więc tylko pożegnałem się z Kostkiem i ruszyłem. No właśnie, tylko gdzie? Miałem 3 opcje. Opcja numer jeden Listwianka - wioska przy Bajkale najbliższa Irkuckowi. Podobno ładna, ale mój wyczulony nos podejrzewał masę turystów. Opcja numer dwa wyspa Olchon w połowie Bajkalu. Według wszystkich najpiękniejsze miejsce na Bajkale. Tu też obawiałem się tłumów, ale Kostek uspokajał mnie, że po sezonie jest ok. No i opcja numer 3, czyli przeciwny brzeg Bajkalu. Niby najbardziej dziki, ale bardzo trudno się tam dostać stopem. W sumie wychodząc rano od Kostka nadal nie wiedziałem gdzie pojadę. Ostatecznie postanowiłem zobaczyć Listwiankę i jakby co wrócić tego samego dnia (to tylko 70km). Podjechałem na wylotówkę, czekałem jakieś pół godziny i stanęło auto. W środku piękna kobieta, wiec trochę niedowierzałem, że to do mnie. Nie żebym się nie doceniał, ale takie ze zrozumiałych względów raczej się nie zatrzymują. Powiedziała, że jedzie tylko 2 km do pracy, ale żebym wsiadał to przynajmniej się ogrzeję. Po tych dwóch kilometrach stwierdziła, że dobrze jej się ze mną rozmawia, więc w sumie to chętnie przejedzie się do Listwianki. Dowiozła mnie na miejsce, podziękowała za pogadankę i wzięła maila, żeby dowiedzieć się jak mi poszło. Nadrobiła łącznie 150 km tylko z dobrego serca i chęci pogadania. Niesamowite. 

Listwianka ewidentnie ładna... była kiedyś. Aktualnie zabudowano ją hotelami i straganami. Plus natomiast był taki, że nie było turystów. Wszystko pozamykane, ewidentnie po sezonie. Siadłem nad Bajkalem i kontemplowałem, jednak z zadumy wyrwała mnie grupka kobiet machająca kubeczkami i butelką wódki. Najpierw myślałem, że chcą się ze mną zwyczajnie napić. Wkrótce okazało się, jak bardzo się pomyliłem. Jedna z nich była tutejszą mieszkanką i wspólnie odprawiały rytuał podziękowania dla Bajkału, do którego zostałem zaproszony. Wszystkim polano wódki do kubeczkow, kobieta wygłosiła kilka zdań chwały dla Bajkału i kazała nam powtórzyć. Następnie wylaliśmy część trunku w fale jeziora, a resztę we własne gardło. Wkrótce znalazły się kolejne powody do podziękowań, więc rytuał trzeba było powtórzyć. Mój poranny pusty żołądek trochę protestował, ale trudno było odmówić Bajkałowi. Picie z jeziorem? Zaliczone! 

Kotlet. (W tle jakieś duże jezioro zwane Bajkałem)

Na plaży spotkałem tez dwie kobiety przemierzające podobną do mojej trasę. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Ostrzegły mnie przed szlakiem z Listwianki, który miałem zamiar przejść. Podobno był w strasznym stanie. Poszedłem jeszcze na bazar i spełniłem kolejne marzenie. Kupiłem i zjadłem bajkalskiego endemita w postaci ryby omul. Całkiem niezły chociaż jako endemit, mógłby się bardziej postarać. Połaziłem po tej w sumie smutnej wiosce, aż wreszcie siadłem na ławce i chciałem spokojnie spożyć śniadanie. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna i orzekł, że siedzenie na ławce na plaży kosztuje 100 rubli. To przepełniło czarę i po 10 min stałem już na drodze łapiąc stopa powrotnego (oczywiście najpierw ostentacyjnie zjadłem śniadanie metr od ławki - na karimacie). Wziął mnie dziadziuś rozwożący pamiątki po sklepach. Zapytałem naiwnie czy może są one robione tutaj. Nic z tego - przyjeżdżają prosto z Moskwy, a wcześniej pewnie z Chin...

Będąc spowrotem w Irkucku około godziny 14 byłem w punkcie wyjścia, z tą różnicą, że jedna opcja została skreślona. Po długim wahaniu wybór padł na wyspę Olchon, która była w zasięgu dwóch dni stopa. Chciałem złapać marszrutkę,  która wywiozłaby mnie za Irkuck we właściwą stronę. Nie wiedziałem jednak skąd takie odjeżdżają, a kolejni informatorzy byli ekstremalnie niejednogłośni. Straciłem na tym blisko godzinę. Ostatecznie się udało i wylądowałem w autobusie, gdzie jak zwykle ludzie piętnowali mój plecak. Fakt, że w autobusach zawsze wszystkich nim zawadzam i pewnie dostanie po twarzy karimatą lub namiotem jest trochę irytujące, ale koniec końców i tak ja mam bardziej przechlapane dźwigając go. Wysiadłem za miastem i pomyślałem 'ale by było, jakby zatrzymało się pierwsze auto'. Przejechało obok. Nagle usłyszałem pisk opon. Gość ledwo wyprowadził auto z poślizgu, ale zatrzymał się. Jednak pierwsze! Podjechałem z kierowcą jakieś 20 km, następnie zjadłem obiad w postaci drożdżówki z ziemniakami (bardzo popularna w Rosji i w sumie niezła) w przydrożnym sklepie i z kolejnym kierowcą znowu przemierzylem kilka kilometrow. Następny transport czekał na mnie już gdy wysiadałem z poprzednego auta. A właściwie to cofał z ok. 500m.
- Ty na Bajkał?
- Da!
- A tak myśleliśmy, widzieliśmy Cię już wcześniej, dawaj!

Dwóch Buriatów o twarzach mongolskich jechało dokładnie w moją stronę przez jakieś 100 km. Praktycznie nic nie rozumiałem, dla mnie ich dialekt brzmiał jak mongolski (oczywiście nigdy nie słyszałem mongolskiego, ale dam sobie głowę uciąć, że tak właśnie brzmi). Gdy przejeżdżaliśmy obok kapliczek buddyjskich (na tych terenach było ich coraz więcej) padłem ofiarą drugich w tym samym dniu rytuałów. Jeden z panów miał za zadanie skropić wodą najpierw samochód, później kolegę i mnie, a na końcu samego siebie. Jako, że wody akurat nie było, używał piwa, które sobie popijał. Po którejś z kolei kapliczce uznałem, że chyba będę musiał dzisiaj umyć włosy... Powoli się ściemniało, więc kazałem się wysadzić przed jakąś wioską (chciałem wcześniej, ale orzekli że za dużo niedźwiedzi - lepiej bliżej wioski) i szybko rozbiłem tymczasowy obóz. Miejsce było wymarzone. 


W nocy nie spało mi się rewelacyjnie. Było zimno, w dodatku coś kręciło mi się koło namiotu. Usnąłem porządnie dopiero nad ranem, a gdy się obudziłem było prawie południe. 'Choinka, trochę zaspałem!'. No nic, co zrobić. Zebrałem się najszybciej jak umiałem, wyleciałem z lasu na drogę, a widzący to kierowca od razu się zatrzymał. Znowu krótki transport i długie czekanie w następnej wsi. Samochodów jak na lekarstwo, więcej siedzenia na plecaku niż machania. Wreszcie jechała marszrutka. A co mi tam, wystawiłem kciuk. 'Mogę z wami na Bajkał? Tylko od razu mówię, że nie mam pieniędzy na transport.' Wszyscy pasażerowie wybuchnęli serdecznym śmiechem. Kierowca się zawahał, ale w końcu powiedział tylko 'Dobra, wsiadaj!'. Jechałem ze zlepkiem różnych turystów, począwszy od wymalowanych panienek, skończywszy na zarośniętych facetach. Wszyscy jechali na Olchon i wszyscy płacili za to ok. 70 zł. Kawałek dalej kierowca zgarnął kolejne dwie autostopowiczki. Ciężko w to uwierzyć, ale okazały się Polkami! Po około dwóch godzinach dotarliśmy do promu. Jako pasażer marszrutki oczywiście nie płaciłem. Kolejne dwie godziny masakryczną drogą, która nigdy nie widziała asfaltu i wreszcie dotarliśmy do jednej z wiosek na Olchonie. 

Kotlet płynie promostopem

Mówiąc wyspa zazwyczaj kojarzy nam się mały skrawek ziemi. Olchon ma jednak 80 km długości i 25 szerokości. To tak jakby zrobić wyspę od Krakowa do Nowego Targu o szerokości jak do Myślenic. Mała to ona nie jest. W owej wiosce dziewczyny wynajęły pokój, a nastepnie wspólnie połaziliśmy po okolicy. Jednak istnieją jeszcze miejsca, gdzie ludzie nie znają brukowanych ulic, nie mają bieżącej wody, kanalizacji, a jedzą głównie to, co sami wyhodują. W wiosce było bardzo dużo pozostałości szamanizmu. Kapliczki, święte skały i jaskinie. Zresztą do teraz szamani działają na tych terenach. Miałem ochotę zostać tam kilka dni i wynająć pokój ze spotkanymi dziewczynami, ale ostatecznie chęć przygody wygrała. Cała droga przez wyspę ciągnie się wzdłuż jednego brzegu. Drugi brzeg jest całkiem dziki. Dziewczyny powiedziały mi, że spotkały ludzi, którzy chcieli przejść ją w poprzek, ale po dwóch dniach błądzenia w lesie zawrócili. Wyzwanie przyjęte! Na średniej jakości mapie znalazłem małą ścieżkę prowadząca z pewnej wioski prawie przez całą wyspę. Miałem też gpsa w komórce - w razie czego jakoś wrócę. Pożegnałem się więc z dziewczynami, przemieściłem do wioski zaznaczonej na mapie i wbrew wszelkim drogowskazom ruszyłem w tajgę...