Soho. Londyńska dzielnica hipsterów. No ale nie o tym, bo
przecież tytuł byłby co najmniej nie na miejscu. Przecinam Soho w dokładnie
wytyczonym kierunku. Jako, że powoli zapada zmrok mogę z oddali dostrzec to,
czego szukam. Ulice powoli robią się tłoczne, a i przepychający się ludzie
jacyś inni. Udaje mi się wyłapać coraz więcej słów znajomego języka,
którego nie znam. Nad głową kiwają się czerwone lampiony Z kolejnych dachów
spoglądają na mnie kolorowe smoki. Przechodzę jeszcze kilkadziesiąt metrów,
staję pod murem, zamykam oczy i wyostrzam wszystkie zmysły. Azjo, jestem!
Chinatown w Londynie. Największa dzielnica chińska w
Europie. W porównaniu do tego jak Chińczycy panoszą się w każdym większym
mieście Azji południowo- wschodniej, londyński przysiółek jest naprawdę
niewielki. Kilka przecinających się ulic, z których większość ocieka komercją
niczym tłustoczwartkowy pączek. Nic to – przecież prawdziwe Chiny to jedna
wielka tandeta, więc wielkiej różnicy nie ma.
Chińczyków w Londynie jest mnóstwo. Zresztą jak
prawdopodobnie każdej innej nacji z całego świata. Większość z nich, jednak
straciła już to, z czego znani są w Azji, a mianowicie całkowity brak
asymilacji w obcych miastach. Chińczyk osiedlając się w nowym miejscu (a
przecież emigrować musi, bo Chińczykiem by nie był. Zresztą może też bym
emigrował jakbym musiał mieszkać w takim kraju jak Chiny. Albo i nie, w końcu
sam kiedyś przyznałem się do podkochiwania w Chinach. Mniejsza o to.). No więc Chińczyk osiedlając się w obcym miejscu zawsze pozostaje Chińczykiem. Zamieszka obok innych Chińczyków, pośle dzieci do
chińskiej szkoły, będzie robił zakupy w chińskich sklepach (inna sprawa, że w
żadnych innych nie znajdzie swoich „smakołyków”), przed drzwiami wywiesi
lampion, a na drzwiach wymaluje te swoje szlaczki tym swoim pędzelkiem,
maczanym w atramencie po każdym pociągnięciu. Jakby nie mógł użyć markera albo
numerków z Castoramy jak wszyscy obok. Co najważniejsze Chińczyk wszystkimi sposobami będzie unikał nauczenia się obcego języka. Nawet jeśli już to zrobi,
to słuchając go wolałoby się żeby już lepiej mówił po tym czarodziejsku. Tak czy inaczej we własnym,
chińskim towarzystwie (czyli, przypominam, praktycznie zawsze) Chińczyk nigdy
nie splami języka mówieniem nie-po-chińsku. To akurat popieram.
Tak w skrócie wygląda asymilacja Chińczyków za granicą.
Skutki są dwa. Pierwszy taki, że naród chiński raczej nigdy nie wyginie.
Prędzej wchłonie wszystkie inne narody, może tylko z lekką zgagą po połknięciu
Hindusów, bo oni też nie dadzą sobie w patriotyczną kaszę dmuchać. Narody,
których większość mieszkańców zapomina ojczysty język krótko po wejściu do emigracyjnego
samolotu, pójdą na pierwszy ogień. Biada Nam, Polakom. Niestety.
Drugi skutek niezasymilowanego Chińczyka za granicą jest
równie prozaiczny, co logiczny. Chińczyków nikt nie lubi. Zjeść chińskiego
nudla – jak najbardziej, ale już zaprosić chińską rodzinę do domu – oj… Ryzyko,
żę będą gadać tylko po chińsku jest ogromne, a jak już wiemy są oni dość ekspansyjni,
więc szybko skończylibyśmy jako ci, którzy gadają „po innemu”. Lepiej nie
ryzykować i Chińczyka nie zapraszać.
Inaczej sprawa się ma, jeśli ktoś od Chińczyków otrzymał
dawkę gościnności, dobroci i uśmiechu, która nie zmieściłaby się w głowie
żadnego Europejczyka. O tak… Kotlet ma dług w stosunku do wszelkich Skośnookich,
którego prawdopodobnie nigdy nie spłaci. Ale będzie próbował. Choćby po to,
żeby poczuć namiastkę Azji, gdy chwilowo przyszło mu ruszyć na Zachód.
Jeszcze angielski Londyn |
Ekspansja |
Wróćmy więc na niewielką wyspę na północ od Francji. Idę dalej.
Staję przy czymś na kształt targu. Wciągam powietrze najgłębiej jak potrafię.
Jest. Tajemniczy zapach X, którego pochodzenia nigdy nie poznałem, a który był
ze mną na każdym chińskim i na większości azjatyckich targów. Dookoła huk, światła
i Ten zapach. Umysł przewija taśmę rok do tyłu, kolejne obrazy pojawiają się
przed oczami zupełnie mimowolnie. Jak głupi smak gumy balonowej z dzieciństwa, której spróbowanie
wywołuje niepohamowany uśmiech.
- Proszę pana, wszystko w porządku?
- Co? Aa… Tak, tak, dziękuję – koniec z tym zamykaniem oczu
na każdym kroku, bo zaraz wywiozą mnie do tutejszego Kobierzyna.
Po włączeniu zmysłu wzroku już tak różowo nie jest. Azjaci niby
w przewadze, ale jednak białych multum. Nie to, żebym odkrył w sobie narcyza i
chciał znowu być fotografowany na każdym kroku, ale otoczenie azjatyckie jakoś bym wolał.
Na targu trochę warzyw. Może coś kupić i wspomóc ten chiński
przylądek? Albo lepiej nie, bo przyspieszę tylko proces wchłonięcia naszej
gospodarki. Pozostanę przy wąchaniu. Przez chwilę oczy mi się zaświeciły. Duży, zielony owoc z grubymi kolcami i charakterystycznym ogonkiem. On. Durian. Król
owoców. Król Chińczyków. Król smrodu. Zachwyt szybko zniknął, bo niestety to
tylko jego tajska odmiana. Ta mniej śmierdząca. Może zakaz importu Duriana
do Europy jednak ciągle aktualny? Jakaś biedna Chinka na próżno przewąchuje każdy owoc
w poszukiwaniu największego śmierdziela. W końcu zdegustowana odchodzi.
Odchodzę i ja.
Chiński sklep. Jedna trzecia półek to ciastka, jedna trzecia
to chińskie zupki, jedna trzecia to przekąski z kurzymi nóżkami na czele, a
jedna trzecia to medykamenty chińskiej medycyny ludowej. W Chinach wszystkiego
jest więcej. Te medykamenty to chyba dla picu, bo każdy wykształcony Chińczyk
przecież wie, że z wszystkiego można wyleczyć się pijąc szklankę ciepłej wody
rano i wieczorem. W przypadku chorób ciężkich, można dołożyć do tego maść
tygrysią.
Ulubiony napój z aloesu, którym gasiłem piekło w żołądku po
syczuańskich przysmakach. Ulubione ciastka, które uratowały mnie od głodu nad
jeziorem Lugu, cudownie odnajdując się na dnie plecaka. Ulubiony korzeń lotosu,
na który zwykle mnie nie było stać, chyba że akurat wylądowałem na chińskim weselu. Ulubione… Dość! Zbieraj się stąd Kotlecie, bo głowa ci eksploduje.
Czas na sprawdzony sposób na poznawanie miejsc. Skręcam w
przypadkową uliczkę. Później jeszcze raz w jak najmniejszą. Robi się trochę
ciszej, ale też mniej chińsko. Co jest z Wami, Azjaci? Nawet mnie nie
straszcie, że się zasymilowaliście!
Kątem oka dostrzegam otwarte drzwi do kamienicy. Idę jeszcze
kilka kroków do przodu, po czym zakręcam i udając, że to „właśnie te drzwi,
gdzie mieszka kolega” wpakowuję się do środka. Długi korytarz, na prawo jakiś
lokal usługowy. Nie wiem czy fryzjer czy szewc, bo przecież wszystko w
szlaczkach. Przechodząc obok drapię się po czole, żeby nikt nie zobaczył moich
nazbyt nie-skośnych oczu. Udało się. Przecinam korytarz i wychodzę na
dziedziniec kamienicy. Na środku wielkie sterty różnych „chińskości”. Nawet
drzwi ze smoczą kołatką ktoś wyrzucił. Oj nieładnie, to tak dbacie o swoją
chińskość w Londynie?? Przysiadam na chwilę przy tej stercie gratów. Może by coś sobie wziąć? Albo nie, niech sobie tu leżą i dbają o tą ostoję Azji w Europie. Ładne są. Takie... azjatyckie.
W kącie dziedzińca zaczynają się schody. Nie te mentalne. Zwykłe. Przeciwpożarowe. Pożaru co prawda nie ma, ale jako że na opuszczonym dziedzińcu wciąż jestem sam - ruszam na górę. Schody prowadzą na sam dach kamienicy. Po
drodze oczywiście mijam okna do każdego mieszkania. Kilku Chińczyków trochę się
zdziwiło, ale nie na tyle żeby coś zrobić. Nic dziwnego, po pobycie w ich kraju
naprawdę niewiele może człowieka w życiu zdziwić. Zresztą w razie czego powiem,
że myślałem że jest pożar. Przecież mógł być. Czego jak czego, ale wymyślania
wymówek nauczyłem się w podróży bardzo dobrze.
Ze szczytu kamienicy widok raczej londyński niż chiński.
Ceglane domy z ogromnymi kominami, które zawsze kojarzą mi się z erą węgla. Ta
magia Londynu z ulicami czarnymi od pyłu i dziećmi umorusanymi od stóp do głów.
Brakuje tylko Olivera Twista przeciskającego się w tłumie pomiędzy nogami Ebenezera Scrooge'a.
Magia Londynu, która chyba minęła. A przynajmniej ja jestem tu za krótko, aby
ją jeszcze gdzieś odnaleźć.
Po dłuższej chwili napawania się widokami ze szczytu Schodów Kotleta (nadawanie nazw zdobyczom chyba weszło mi w krew), zawijam się
zanim wzbudziłbym czyjeś zainteresowanie. Znowu ląduję na ulicy. Zapadła noc –
Chińczycy zaczynają jeść. Kaczki powieszone za szyję w witrynach jadłodajni
wyglądają tak samo jak na drugim końcu kontynentu. Tylko ceny jakieś inne. A właściwie to takie same, tyle że w funtach, a nie juanach. Z grubsza dwanaście razy drożej. Tutaj raczej 8 miesięcy z oszczędności bym nie wyżył. W dodatku większość restauracji jakaś taka szykowna. Niektóre
mają nawet nakryte wszystkie stoły. Najgorzej. W dodatku nakryte oczywiście sztućcami. Nie wiedziałem, że da się nimi zjeść jakiekolwiek chińskie danie.
W Londynie obowiązuje system oceniania restauracji pod
względem higieny. Zupełnie jak w Pekinie. Tam jednak jadałem zawsze w tych z
jedną na trzy możliwe gwiazdki. Tutaj wszystkie miały pięć na pięć. Jak żyć?
Wreszcie się udało. Znalazłem coś w bocznej uliczce. 3/5.
Może będzie się dało wytrzymać.
- Good evening, sir! – wypala Chińczyk komicznym angielskim.
Liczyłem raczej na „Nihao!”, no ale trudno. W głowie
przypomina mi się mój głupi żart stosowany w Chinach, gdy na powitanie w
autostopie mówiłem „Aaa, Michał!”. Brzmiało identycznie jak chińskie Dzień
dobry, a radości miałem co niemiara. Tylko ja.
Zamówiłem fried noodles z wieprzowiną. Żywiło mnie to całą
Azję – niech wyżywi i w Londynie. Do tego chińska herbatka, w której ciężko
wyczuć cokolwiek oprócz ciepłej wody. Przynamniej będę zdrowy.
Popijam ją w oczekiwaniu na popisowe danie. Wokół sami
Chińczycy. Wydzierają się wniebogłosy w swoim wiercącym dziury w mózgu języku.
Jest pięknie. Jedna grupa skończyła jeść. Cały stolik wręcz opływa
wyplutymi resztkami jedzenia i syfem, który zostawili. Jest pięknie. W tle jakaś chińska muzyka. Jest pięknie. Muzykę przerywa salwa bekania Chińczyków w przeciwległym kącie. Jest pięknie.
Od tych zachwytów zachciało mi się do toalety. Skierowano
mnie do podziemi. Okazuje się, że właśnie tam jest jądro ciemności, czyli
kuchnia. Przez szparę w drzwiach podglądam kunszt chińskich kucharzy,
przerzucających kolejne dania w wokach na turbopiecach. Ten kto przyznał te
trzy gwaizdki czystości, chyba dawno tu nie był, bo podłoga aktualnie aż lepi
się od brudu. Widzę jak prawdopodobnie moje nudle lądują na patelni pełnej przepalonego oleju. Już wiem, że będzie mi smakować.
- Mógłbym poprosić rachunek? – pytam z napełnionym po brzegi
żołądkiem.
- Oczywiście, sir!
Po chwili dostaję kartkę z notesu z
naskrobaną sumą do zapłacenia.
- Potrzebowałbym taki normalny rachunek, bo muszę się z tego
rozliczyć, proszę pana… - mówię trochę zmieszany.
- Uuuu – W tym słowie zawiera się cała chińska chińskość
Chińczyka – Taki drukowany?
- Tak…
- Z komputera?
- Tak…
- A to nie mamy… - Chińczyk podrapał się po głowie – Ale
mogę panu wypisać własnoręcznie i złożyć podpis! Nawet pieczątkę mam! To tak
samo jakby z komputera było!
Nie pozostało mi nic innego jak przystać na radosną
propozycję Skośnookiego, który po kilku minutach przyniósł mi prawdopodobnie
najładniej wykaligrafowany rachunek w swoim życiu.
- Siesie! – zaprezentowałem drugie z kolekcji pięciu znanych
mi chińskich słów.
Opuściłem Chinatown bez żalu, ale gdy uszedłem kilka ulic, od
razu poczułem magiczny magnes, który ciągnął mnie tam z powrotem. To nic w
porównaniu z ogromnym magnesem umejscowionym gdzieś w Azji z napisem „Na Kotleta”. Wyjazd na zachód bynajmniej nie zmniejszył jego działania. Ciekawe tylko ile jeszcze uda się przed nim bronić. Na razie trzeba zadowolić się londyńskim Chinatown. W końcu to najlepsza, obecnie dostępna,
chińska podróbka oryginału.
Zapchane polki mają aż 4/3 zawartości ;)
OdpowiedzUsuńMiałem nadzieję, że jakiś inżynier to wyłapie ;) "W Chinach wszystkiego jest więcej" :P
UsuńA masz fotki tego rachunku gdzieś?
OdpowiedzUsuńNiestety nie, ale poszukam oryginału!
Usuń'Wróćmy więc na niewielką wyspę na północ od Francji.' :D :D
OdpowiedzUsuń