piątek, 7 listopada 2014

Mongolski mieszczuch


Pobyt w Ułan Bator skończył się praktycznie tak samo, jak poprzedni. Planowałem zostać u Jasona kilka dni, a ostatecznie wyjechałem po tygodniu. Tak naprawdę podświadomie chyba się z tym liczyłem. Nic mnie nie poganiało (chińska wiza liczy się od momentu przekroczenia granicy), dobrze mieszkało mi się w UB, więc w sumie czemu bym miał wyjeżdżać?

Po przyjeździe do Jasona zacząłem od odgruzowania plecaka i zrobienia ogromnego prania. Najchętniej włożyłbym do pralki cały plecak, ale się nie zmieścił. Nie chodziło o zwykły brud, ten po pobycie na farmie przestał mi przeszkadzać. Po raz kolejny chodziło o stepowy pył. Był w każdym zakamarku mojego bagażu. Po transporcie na pewnym pickup'ie sytuacja była już całkowicie beznadziejna. Do pralki wrzuciłem tez buty. Po wyjęciu okazało się, że jednak mają jakiś kolor i ważą zdecydowanie mniej bez ubitego w nich kurzu. Gdy wyszedłem z łazienki w czystych ciuchach, Jason wydał okrzyk zdziwienia. Powiem szczerze, że sam chyba lepiej czułem się w swoim 'wiejskiej wersji'.

Oprócz mnie w mieszkaniu był jeszcze jeden Couchsurfer. Ranger z Kalifornii podróżował od dawna, a jako że tak naprawdę nie ma już domu w Stanach, planuje niedługo osiedlic w Bośni. Jednym słowem znalazł swoje miejsce podczas podróżowania i już wie, gdzie chce spędzić resztę życia. Był on raczej domatorem. Przez 4 dni nie wyszedł z mieszkania Jasona. Co kto lubi.
Trójka chłopów w kuchni. Ranger nie był odporny na cebulę ;)


Uwielbiam wracać w swojej podróży drugi raz do tego samego miasta. Wszytko się zna, wie się w jaki autobus wsiąść, gdzie zrobić tanie zakupy i jak wrócić do domu. Sytuacja tak rzadko spotykana w czasie ciągłego przemieszczania się. Napawałem się więc możliwością zwykłego przebywania w jednym miejscu i posiadania miejsca, gdzie codziennie się wraca. Rzeczy, których nie ma szans docenić mieszkając w Polsce. Narzekamy, że szkoła, że studia, że praca, ale zawsze na noc zawsze wraca się do ciepłego i bezpiecznego domu. Myśleliście kiedyś co by było, gdyby codziennie po dniu pracy czy szkoły trzeba rozkładać namiot lub prosić ludzi o nocleg? Jedna z zalet życia w mieście, których naprawdę nie można docenić mając je na codzień. 

Wstawałem więc codziennie rano, brałem ciepły prysznic i robiłem ogromne śniadanie. Siedziałem chwilę z Rangerem, graliśmy partię albo dwie Backgammona, po czym ruszałem na miasto. Bynajmniej nie żeby zwiedzać. Łaziłem bez celu, odkrywałem nowe uliczki i małe dzielnice. Wchodziłem do przypadkowych sklepów, przeglądałem książki w księgarni, siadałem na ławce, przyglądałem się pędzącym ludziom. Gdy już trochę zmarzłem, zazwyczaj szedłem do mojej ulubionej piekarni, kupowałem ulubioną drożdżówke z szynką i cebulą, zaglądałem do ulubionej kawiarni, zamawiałem ulubione latte orzechowe i siadałem w ulubionym miejscu w rogu. Czytałem książkę i przeglądałem przewodnik po Chinach. 
Ulubiona kawa, ulubiona drożdżówka, ulubiony stolik i ulubiony przewodnik

To się nazywa zagracić sobie garaż!

Facebook Shop, czyli porządny marketing spożywczaka

Potem wracałem do domu, sprawdzałem co by trzeba dokupić na obiad, robiłem małe zakupy. Czasem gotowałem ja, czasem Jason, czasem jeszcze ktoś inny, kto akurat nas odwiedził. Następnie rozsiadaliśmy się na kanapie i odpalaliśmy jakiś film. Czasem było to coś wartego uwagi, a czasem arcydzieła typu Trasformers lub Zombie-bobry (Zombeavers, gorąco polecam). Z Jasonem byliśmy też fanami nocnych spacerów po objedzeniu się do nieprzytomności. Często jednak kończyły się one na rundce dookoła bloku. 'Uuu, dzisiaj za zimno...' 'Yep, odwrót!'. Jak widzicie opisanie jednego dnia w mieście zajęło mi jeden akapit, a jednego dnia w jurcie - kilka razy więcej. Przypadek? Nie. Po prostu zwykła miejska nuda. Ktoś powie 'Ha! Wreszcie Kotlet się nudził! Dobrze mu tak.' Owszem, nudziłem się. Czy nuda może mieć pozytywne znaczenie? Jak najbardziej. Co jakiś czas i NA jakiś czas jest bardzo wskazana. Ok, ktoś inny powie 'Przecież zażyłeś już monotonii na farmie, po co ci więcej?'. Owszem po raz drugi. Nuda miejska jest jednak czymś zupełnie innym. Miasto daje komfort poczucia bezpieczeństwa i nie martwienia się o rzeczy przyziemne, o którym na wsi możemy tylko pomarzyć. 
'Mała przekąska'

Polskie kopytka w wydaniu mongolskim

Indyjski garnek ciśnieniowy ochrzczony przeze mnie 'Bomba'. Bez niego nic by się nie udało...

Wieczorami chodziłem też z Jasonem na lekcje angielskiego. Nie z dziećmi, które wcześniej uczyłem w zwykłej szkole, ale w pełnoprawnej szkole językowej. Brał mnie tam trochę jako maskotkę. Gdy uczniowie byli znudzeni zwykłym materiałem, pojawiał się Jasonowy as w rękawie w postaci Kotleta, jego opowieści i pokracznych rysunków na tablicy. (Swoją drogą kiedyś jedna z uczennic podsumowała mnie 'Matt, your drawings are really bad'. Pozbawiła mnie tym samym złudzeń na pozostanie w przyszłości Van Goghiem). Odpowiadał mi taki układ, bo mogłem się ruszyć z domu i zrobić coś ciekawego. Jednego dnia sytuacja jednak trochę się skomplikowala. Pewien nauczyciel nie dotarł do szkoły, a jako że Jason cały czas przedstawiał mnie całej kadrze, wspólnie uradzili że będę idealnym zastępcą na te kilka lekcji. Co innego opowiadać o jakichś pierdołach, a co innego prowadzić lekcje, za które ludzie płacą grubą kasę. Na jednych zajęciach szczęśliwie była kolej na książkowe konwersacje. Temat 'Radio'. Dosyć szybko jednak opuscilismy podręcznikowe ryzy i skupiliśmy na legalności piractwa w Mongolii i tym podobnych rzeczach. Kolejna lekcja była cięższa, gdyż mały chłopak przez 4 lata mieszkał w Stanach i jestem prawie pewien, że mówił po angielsku lepiej ode mnie. Rodzice chcieli, żeby nauczył się gramatyki, co sprowadzało się do wprowadzania gramatycznych nazw konstrukcji, które bardzo dobrze znał. Bezsens. Przyszedł akurat czas na ćwiczenia czytania ze zrozumieniem. Jest to bardziej kwestia inteligencji, więc z racji różnicy wieku mogłem triumfowac i udawać prawdziwego nauczyciela. Po tych zazwyczaj trzech godzinach lekcji byliśmy z Jasonem wykończeni i wracając do domu rozmawialiśmy tylko o tym co sobie zrobimy na kolację i jak ogromne porcje zjemy. Nasze kulinarne popisy zwykle trwały do późnych godzin nocnych. 
Jason nauczyciel

Kotletowe studentki

Dokładnie tak

Akapit zamułki. Przed podróżą wiedziałem, a w sumie bardziej miałem nadzieję, że spotkam fajnych ludzi i zostaniemy znajomymi na dłużej. Nie podejrzewałbym jednak, że będę mógł nazwać kogoś przyjacielem. Gdyby ktoś mi powiedział, że będzie to Hindus mieszkający w Mongolii to bym go wysmial. A jednak. Niesamowite, że tak naprawdę po łącznie niecałych dwóch tygodniach spędzonych razem zaczelismy sie dogadywać praktycznie jak wieloletni przyjaciele. Niejednokrotnie prowadziliśmy długie rozmowy na tematy, których nie poruszam nawet z niektórymi moimi znajomymi w Polsce. Po prostu kolejny dobry człowiek na mojej drodze, który dodatkowo okazał się mieć ze mną wiele wspólnego. Pod koniec pojawił się szalony pomysł. Jason w przyszlym roku będzie miał 1,5 miesiąca wakacji. Chce wtedy odwiedzić siostrę w Anglii. Pomyśleliśmy, że może pojechałby stopem w odwrotnym kierunku i zaglądnął do Polski. Może mało realne, ale fajnie mieć nadzieję, że spotkamy się jeszcze w tym życiu.
Polak, Hindus - dwa bratanki

Pod koniec mongolskiej przygody wpadłem na teoretycznie genialny pomysł. Potrzebowałem wysłać trochę rzeczy do Polski. Przede wszystkim optymistycznie pozbyłbym się grubej kurtki, kilku ciepłych rzeczy i niektorych, które okazały się zbędne. Chciałem trochę odchudzić plecak. Proces ten zacząłem już w Hatgal, gdzie wyrzuciłem moje sandały (szczęśliwym zrządzeniem losu wziąłem przez przypadek stare, które już i tak się rozlatywały). Miałem ową paczkę zrobić w Chinach, ale natchnęły mnie te rodzime produkty w sklepach. Jakoś musiały się tu dostać. Obdzwoniłem więc wszystkie polskie firmy występujące w Mongolii. Chciałem dostać kontakt do jakiegoś tirowca, który wracająco mogłby zabrać moją przesyłkę. Niestety okazało się, że większość firm używa koleji lub statków do Chin. Jeden pan poinformował mnie, że czasem wysyłają tiry, ale tylko w lecie. 'Panie, wie pan jak tam jest teraz zimno? Te przetwory by nam zamarzły po drodze.' Pomysł jednym słowemł nie wypalił.

Kilka razy przedłużałem mój pobyt w UB. 'Ok, jutro jadę'. Oszukiwałem się chwilę, po czym z Jasonem uznawaliśmy, że jeden dzień mnie nie zbawi. Perfekcyjne miejsce do zostania na dłużej? A jednak wyjechałem i znowu jestem w drodze. Powód taki sam jak na wszystkich etapach podróży. Ostatnio w książce, którą czytałem natrafiłem na fragment wręcz idealnie to opisujący. 'Jakie się ma uczucie, kiedy wyjeżdża się od ludzi, a oni nikną powoli na równinie, aż w końcu widać tylko rozmywające się punkciki? - że zniewala nas za duży świat i że to jest pożegnanie. Ale człowiek wypatruje już kolejnej szalonej przygody pod tym samym niebem.' Spakowałem więc wszystko co mi potrzebne do życia do plecaka, zjadłem ostatnie indyjsko-mongolskie posiłki i ruszyłem na rogatki miasta. Tym razem te południowe. Wciągnąłem powietrze, poczułem znajomy dreszcz emocji, a uśmiech sam pojawił się na twarzy.

Nie miałem planu, bo wiedziałem że autostop w Mongolii jest nieprzewidywalny. Wiedziałem tylko, że do granicy chińskiej mam mniej więcej 700km. Mniej więcej, bo Mapy Google uważają, że przejechać do Chin się nie da i nie wyznaczają takiej trasy. Pierwszych kilku kierowców nie wyróżniało się niczym ciekawym. Może oprócz taksówkarza, który wziął mnie za darmo. O dziwo na odcinku do granicy nie było aż takich problemów z uświadomieniem ludzi, że nie chcę płacić. Może ten rejon choć trochę rozumie ideę autostopu...

Jeśli kiedyś mówiłem, że na północy Mongolii nic nie ma to teraz biję się w pierś i przepraszam za pomyłkę. Tam jest przynajmniej Coś w postaci gór. Na południu nie ma nawet ich. Bezkres stepu aż po horyzont, linia kolejowa wzdłuż drogi i czasem jakiś martwy, potrącony dziki koń w rowie. Do tego praktycznie idealnie gładka droga. Wszystko to przypominało mi raczej filmy amerykańskie niż Mongolię. Na całej trasie 700 km są dwa 'miasta'. Rozłożone w miarę równych odstępach, chyba żeby jakoś na niby zapełnić tą przestrzeń. Stopowanie nie szło najlepiej. Około 14 byłem dopiero w połowie drogi do granicy. Miałem przed sobą do przebycia jeszcze kawał drogi przez pustynię Gobi. Praktycznie zero samochodów (w sumie kto przy zdrowych zmysłach jechałby przez pustynię bez celu) napawało mnie jak zwykle lekkimi obawami o nocleg. 'Do tej pory sobie radziles to i teraz jakoś pójdzie'. Pustynia niespecjalnie zmieniła krajobraz. Nie we wszystkich miejscach jest to piaszczysta Sahara, przez większość trasy po prostu dalej ciągnie się step. Jedyną zmianą było zastąpienie koni przez wielbłądy. Przez chwilę pojawiła się myśl, że taka szaleńcza jazda na dromaderze mogłaby być jeszcze ciekawszym doświadczeniem niż koń Rafał. Głowę zaprzataly mi już jednak Chiny i lekkie ocieplenie, więc nie zamierzałem zmieniać planów.
Wielbłądy. Musicie mi uwierzyć na słowo

Kotlet czeka na Gobi.

Kotlet jedzie przez Gobi.

Ostatni stop był szczęśliwie najdłuższy, jednak do granicznego Zamiin Uud dojechałem juz po zmroku. Na mapie miejscowość wyglądała na zabitą dechami, jednak wpływ Chin zrobił swoje i wjechałem do mini metropolii z neonami. Miałem szczerą chęć jeszcze tego samego dnia przekroczyć granicę, jednak okazało się, że Chińczycy cenią sobie prywatność i na noc się zamykają. 'Ok, no to utknąłeś, teraz myśl gdzie spać'. Zaryzykowalbym z namiotem, ale nie miałem ochoty na kikunastokilometrowy spacer na obrzeża miasta. Z 'pomocą' oczywiście przyszło kilku Mongołów z propozycjami hoteli od 70 zł wzwyż. Podziękowałem i zaglądnąłem do prawie niezawodnego przewodnika LP. Coś jest, w dodatku niedaleko. Jak zwykle tanie miejsca są mocno schowane, ale ostatecznie znalazłem niejaki hostel Jantin. Mieścił się w budynku kolejowym. Cierpliwie odrzuciłem drogie propozycje recepcjonistki i wskazałem palcem na cenniku, że interesuje mnie ta pozycja na samym dole. 15 zł za pokój wieloosobowy, w którym oczywiście nikogo nie było, zadowalalo mnie calkowicie. Rzuciłem się na łóżko i rozmyślałem o wszystkim co mnie spotkało w tych mongolskich stronach. Myśli te zostały jednak szybko zastąpione innymi. Chiny. Kto by pomyślał, że jestem już tak blisko. Jeszcze tylko jeden dzień i będę w kraju, który zawsze wydawał mi się końcem świata. Podróż nie przestaje zaskakiwać. Jedziemy dalej!





poniedziałek, 3 listopada 2014

Rekordzista

Z Moron wyruszyłem dopiero około 13, co nie wróżyło dobrego dnia autostopowego. Pierwszy kierowca okazał się być kolejnym, który wiedział lepiej czego potrzebuję. Usilnie próbował mnie zawrócić i zawieźć na postój taksówek. Przypadki takie są równie częste, jak irytujące. Na powtarzanie nazwy docelowego miasta delikwent tylko przytakuje, bo przecież taksówka bardzo chętnie tam pojedzie. Kilka razy musiałem nakładać przez to dobrych kilka kilometrów marszu, więc nauczyłem się, że nie można się w takich sytuacjach cackać. Trzeba od razu chwytać za klamkę i powoli otwierać drzwi, aż się zatrzyma i pozwoli wysiąść. Tak było też w tym przypadku. Kolejny transport był lepszy - prawie 100 kilometrów, ale za to wylądowałem na całkowitym pustkowiu. Auto pojawiało się raz na 10 minut, więc spokojnie rozsiadłem się na poboczu i wstawałem, gdy na horyzoncie pojawiała się chmura kurzu. Brak jakiejkolwiek wioski w pobliżu był trochę niepokojący, ale pocieszałem się, że jeszcze nie jest tak późno i coś na pewno się trafi. Miałem rację. Po pół godzinie jechałem dalej, tym razem jakieś 20 km. Zostałem wysadzony na odcinku, gdzie budowana była nowa droga. Szczerze mówiąc nie wiem dla kogo, bo ruch był raczej symboliczny. Tak czy inaczej nie była ona jeszcze otwarta, co skutkowało dowolnością przemieszczania się samochodów wokół niej. Dla mnie był to ogromny minus, gdyż musiałem stać na środku, wypatrywać potencjalnych transportów dużo wcześniej i starać się dotrzeć na któreś koleiny wzdłuż nowej drogi, które akurat wybrał kierowca. Czasem bywało to komiczne, gdy biegłem z plecakiem na przełaj przez step, żeby przeciąć drogę jakiemuś samochodowi. Niektóre z  nich ewidentnie się mnie bały i uciekały jeszcze głębiej w step. Taki mały Kotlet, a takie wielkie samochody się go boją. 

Stacja benzynowa.

Nowa droga. Posłuży dziesięciolecia, bo prawie nikt nią nie jeździ


Żeby się rozgrzać, szedłem powoli do przodu. Uznałem, że jak nic nie przyjedzie to na Boże Narodzenie może dojdę do Chin. Wreszcie zobaczyłem w oddali jakąś wioskę. Nie była przy drodze więc wyglądała jak każda inna, jednak na 90% byłem pewny, że to ta sama, w której dwa tygodnie wcześniej miałem przyjemność uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych. Przy trasie był natomiast mały barek, gdzie zatrzymał się bezpośredni autobus do UB. Kolejne namowy na zabranie mnie i kolejne gigantyczne zdziwienia, że jednak nie chcę jechać. Z tego wszystkiego zrobiła się 17. Do zmroku miałem maksymalnie dwie godziny. W momencie zachodu słońca zrobiło się oczywiście okropnie zimno, więc odezwał się głos kotletowego rozsądku. 'Nie bądź głupi, nawet jak coś teraz złapiesz to wylądujesz pośrodku stepu ciemną nocą.' Powoli uczę się go słuchać w każdej sytuacji. Mrozy rzędu kilkunastu stopni raczej przekreślały nocleg w namiocie. Cóż mi pozostało... Skierowałem swoje kroki w stronę wioski, licząc że sympatyczna rodzina będzie mnie jeszcze pamiętać i przyjmie na jedną noc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wioska była, jak na mongolskie standardy, naprawdę duża. Poprzednim razem, gdy ją opuszczałem jechałem autobusem i od razu zagadałem się z jakimś chłopcem, więc nie było szans na zapamiętanie drogi. Dostałem się tam natomiast w środku ciemnej nocy siedząc na tylnim siedzeniu i będąc przekonanym, że błądzimy po bezdrożach. Jednym słowem odnalezienie małej chatki w gąszczu małych uliczek graniczyło z cudem. 'Dobra, skup się! Z geografii jedynek nie miałeś, orientację też masz nie najgorszą, więc jakoś dasz radę'. Wytężyłem wszystkie zmysły od pierwszego do dziesiątego. 'Wjechaliśmy do wioski z tamtej strony, później chyba był jakiś rozwalony mur... Pamiętasz? Pomyślałeś, że to jakies ruiny...'. Jest mur! 'Ok, dawaj dalej. Przy murze w lewo, później małą uliczką i w prawo...?'. Ślepa, pudło. 'No to wracamy, może jednak w drugą stronę...'. Też pudło. 'Skup się, skup się, skup się!!' W międzyczasie już prawie się ściemniło, wszystkie domy pozamykane na pięć spustów, na bitych drogach pomiędzy domami ani żywej duszy. 'Dawaj Kotlecie, postaraj się bardziej'. Na odtwarzaniu trasy spędziłem jakieś pół godziny, za każdym razem trafiając na ślepe zaułki. Jakimś dodatkowym zmysłem wydawało mi się jednak, że zmierzam w dobrą stronę.
- Może to w ogóle nie ta wioska?!
- Nie no, bez jaj, okolica jakaś znajoma, jestem prawie pewien, że zbliżamy się do celu. - rozpocząłem konwersacje z jedyną rozmowną osobą w okolicy.
- Okej, jakie inne opcje?
- Hmm...
- Hmmm...
- Mam! Zdjęcia!
- No jasne! Że też JA na to nie wpadłem.
Wyciągnąłem aparat i zacząłem cofać się dwa tygodnie wstecz. Kotlet i babcia, Kotlet i dziecko, Kotlet i jacyś faceci, wnętrze domku... Kto robił takie bezużyteczne fotki?? Wreszcie jest! Rodzina, w tle chatka i dalszy domek z niebieskim dachem. Rozejrzałem się dookoła - co drugi dach niebieski. Yhm. Szukamy dalej. Domek z niebieskimi ścianami. Już trochę lepiej. Podskoczyłem do góry. Coś jest! I to rzut kamieniem, w rzędzie domów obok. Pokonałem krótki labirynt ścieżek i wreszcie dotarłem. Znajoma brama, przez którą ostatnio bezcermonialnie wparował mój kierowca. Wybawienie. 'Zaraz, zaraz coś jest jednak inaczej...'. Brama zamknięta, furtka zaryglowana. Niedobrze. Obszedłem cały kwartał domków, zostałem obszczekany przez każdego psa podwórkowego, ale dostałem się na tyły domu. Dwie z trzech jurt zniknęły, chatka zamknięta, podwórko puste. 'Ekstra, akurat teraz postanowili wyjechać na wczasy do ciepłych krajów czy co?'. Tym samym runął cały plan. Rozważałem przez chwilę przeskoczenie przez płot i próbę dostania się do jurty, jednak perspektywa zobaczenia mnie przez jakiegoś sąsiada nie była kusząca. Policja prawdopodobnie dotarła by tam następnego dnia popołudniu, ale nie podjąłem ryzyka.
- No cóż, trzeba wymyśleć nowy plan.
- Co ty nie powiesz...
- Rusz głową, bo zostaniesz na lodzie dosłownie i w przenośni, czyli albo zamarzniesz gdzieś w tej wiosce albo będziesz się telepał z zimna całą noc w namiocie.
- Dobra, szukamy otwartej bramy.
Zamknięte... zamknięte... pies... dwa psy... otwarte! Zapukałem do okna. Gospodyni niby wyszła, ale chyba udawała, że nie wie o co mi chodzi. Nie trzeba dużo, żeby zrozumieć że chcę gdzieś przenocować, ale nie mogłem przecież się na siłę wepchnąć do czyjegoś domu, więc musiałem odpuścić. Doszedłem do czegoś w rodzaju centrum i zauważyłem sklep, w którym jeszcze świeciło się światło. 'Ha! Biegniemy!'. Wparowałem do środka i z kilkudziesięciu poznanych mongolskich słów skleciłem coś w stylu 'Ja tu spać, jutro jechać, noc zimno'. Słów spać i jechac nie znałem po mongolsku, ale w migowym jak najbardziej. Pani się uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała. Uznałem, że to moja ostatnia deska ratunku i w najgorszym wypadku będę okupował sklep. 'Przecież mnie nie wyniosą siłą.' Siadłem więc przy piecu, uśmiechałem się szeroko, licząc na kotletowy urok osobisty i czekałem na rozwój wypadków. Pani chyba zrozumiała aluzję i z równie szerokim uśmiechem zamknęła sklep i pokazała na tylne drzwi. Zaprowadziła mnie do swojego domu, gdzie czekali już na nią mąż i córeczka. Wspólnie radzili nade mną, pokazywali mnie palcami i wesoło rozmawiali. Wreszcie pani domu usadziła mnie przy stole, dała solidną porcję makaronu z mięsem kozy i miseczkę ciepłej wody. Posiedzieliśmy chwilę prowadząc dosyć ułomną rozmowę w migowo - mongolskim, po czym rozłożono mi koc obok pieca. Tylko na to czekałem! Padłem jak zabity i po 30 sekundach już mnie nie było. 

Szukaj wiatru w polu, czyli gdzieś tam jest znajomy domek


Miejsce mojego jednonocnego zbawienia

Chwila refleksji. Zastanawiałem się, jak można odmówić człowiekowi ogrzania się w swoim domu, gdy na polu trzaskający mróz... Później sobie pomyślałem: 'A czy Ty otworzyłbyś drzwi w środku nocy, jakiemuś niezbyt czystemu typowi?'. W tej chwili już na pewno tak, ale nie mając takiego doświadczenia, jakie mam teraz? Nie wiem... Na szczęście zawsze przekonuję się o tym, że po kilku napotkanych niepowodzenia, Niebo zsyła mi jakąś naprawdę dobrą duszę, która nie waha się długo, widząc człowieka w potrzebie. Moje podróżnicze doświadczenie to jedno. Ważniejszy aspekt to to, że na pewno od teraz sam, jeszcze bardziej niż do tej pory, będę starał się być jedną z takich dobrych dusz na drodze innych ludzi. A kto wie, może kogoś natchnę tymi patetycznymi zdaniami i widząc człowieka w potrzebie dwa razy się zastanowi zanim odmówi?

Zebrałem się z samego rana, nie chcąc robić jeszcze większego kłopotu. Gorąco podziękowałem i już po 8 byłem na znajomej drodze. Oczywiście te same pustki, ale tym razem miałem przed sobą cały dzień i głowę pełną pozytywnego nastawienia. Zaprzyjaźniłem się z dwuosobową ekipą budujacą drogę. Chyba uznali, że idę na nogach całą trasę i uznali mnie za niespełna rozumu. Pewnie nie oni pierwsi. Wreszcie nadjechała jakaś ciężarówka. Zabrałem się z kierowcą może 100 metrów po czym skręcił, zwołał ekipę budowlaną i wszyscy zrobili sobie przerwę na piwo. Fajnie, ale czas mnie naglił, a w międzyczasie oczywiście jak na złość przejechały dwa auta. W końcu udało mi się uwolnić z trochę natrętnego towarzystwa i wróciłem na drogę. Chwila czekania i tym razem mi się poszczęściło - transport aż do Bulgan, czyli najgorszy odcinek będę miał za sobą. Trasa pomiędzy Moron i Bulgan jest praktycznie pusta ze względu na brak większych wiosek. Od Bulgan ruch trochę się zwiększa i osiąga maksimum na drodze przelotowej Rosja - Chiny. Było więc lepiej niż dobrze. W Bulgan zrobiłem sobie przerwę na obiad. Zakupiłem konserwę tyrolską Pamapolu, zagryzłem chlebem i czekoladą Wawelu. Jak w domu. Następnie jednym samochodem dotarłem do Erdenet, jednak utknąłem w centrum. Zacząłem się trochę spieszyć, bo wiedziałem, że kolejnej nocy mogę nie mieć tyle szczęścia i wyląduje w namiocie. Przeliczyłem godziny i uznałem, że jest szansa dotrzeć jeszcze dzisiaj do UB. Żeby zaoszczędzić cenne minuty w Erdenet szarpnąłem się na taksówkę. Za równowartość 90 groszy przejechałem kawał niezbyt wielkiego miasta i byłem prawie na wylocie. 
Obiad po polsku


Autostop w Mongolii z racji bariery językowej jest raczej dosyć milczący, więc miałem trochę czasu na przemyślenia na temat dalszych planów. Pomimo braku konieczności posiadania wizy, po miesiącu swój pobyt w tym kraju trzeba zarejestrować i przedłużyć uiszczając opłatę. Było to jakieś 3 złote za dzień, więc teoretycznie mogłem to zrobić i ruszyć na dalsze podboje innych terenów tego pustkowia. Opcja ta kusiła mnie, jednak było jedno 'ale'. Nadchodziła prawdziwa zima. Temperatura nawet w dzień nie podnosiła się wiele powyżej zera, sytuację ratowało trochę słońce, ale gdy go zabrakło, stanie na poboczu ograniczało się do wymyślania nowych sposobów rozgrzania się. Dodatkowo w nocy mróz wykluczał noclegi w namiocie, więc trzeba było wszystko planować do przodu. Nie dało się beztrosko czekać na transport. To wszystko skłoniło mnie do ostatecznej decyzji. Po kilku dniach odpoczynku w UB postanowiłem ruszyć na południe, do Chin. Południe zawsze oznacza ocieplenie, więc również w tym przypadku na to liczyłem. 

Kilka podwózek później byłem już prawie na głównej drodze do UB. Dowiózł mnie tam miły pan z synkiem, który z przedniego siedzenia urządził sobie ze mną strzelaninę Uczestniczyłem w niej chwilę, po czym szczęśliwie zostałem zabity i mogłem uciąć sobie małą drzemkę. Niestety przemieszczaliśmy się dosyć powoli. Wiedziałem, że muszę dotrzeć na główną trasę przed zmrokiem i złapać coś bezpośrednio do stolicy, żeby uniknąć nocnego stopowania. Niestety nie udało się to i zostałem wysadzony na skrzyżowaniu już po zmroku. Nie było wyjścia. Stanąłem w świetle jedynej latarni w pobliżu jakiejś pustawej stacji benzynowej i zacząłem machać. Zgodnie z przewidywaniem nikt nie był skory do zatrzymania się. Wreszcie nieopodal zatrzymała się jakaś rodzinka na krótki postój przed dalszą drogą. Zlitowali się nade mną i dopakowali do pełnego już samochodu. Kierowca nie przekraczał 50 kmh ale nie miało to znaczenia - wiedziałem że jadę prosto do UB i wszystko mi było jedno o której tam dotrę. Znowu migowe rozmowy uzupełniane zdjęciami na komórce z farmy i dotychczasowej podróży. Droga minęła bardzo miło, w dodatku rodzinka podrzuciła mnie prawie pod same drzwi mieszkania Jasona. Coś pięknego. 
Mój zabójca

Teraz wreszcie o tytułowym rekordzie. U Jasona wszystko dokładnie sobie przeliczyłem, popatrzyłem w kalendarz i jednosobowa komisja ogłosiła werdykt. Życiowy rekord! Dokładnie 14 dni i 5 godzin bez mycia się! Co tam jazda stopem do Chin! To była dopiero rzecz, którą będzie można się dzieciom chwalić. Byłem z siebie niesamowicie dumny. Chwilę napawałem się tym momentem w łazience, po czym ze względu na mojego współlokatora wskoczyłem pod prysznic. Tym samym zerwałem z życiem pastucha i na powrót zostałem mieszczuchem.

Kotlet w czasie ustanawiania rekordu

Szczęśliwy Kotlet na finiszu rekordu

Kotlet zdatny do mieszkania z kimkolwiek oprócz Mongołów

sobota, 1 listopada 2014

Kotlet z konia

Farma przy wszystkich swoich niepodważalnych zaletach miała jeden minus - nie leżała bezpośrednio nad jeziorem Khovsgol. Koniecznie chciałem je zobaczyć, więc po powrocie do wioski bynajmniej nie skierowałem się w stronę Ułan Bator. Zachęcony swoją szaleńczą jazdą na nieosiodłanym koniu, uznałem że fajnie by było dotrzeć nad jezioro na grzbiecie takiego czworonoga. Zadzwoniłem wcześniej z jurtowego telefonu do Bayra i dowiedziałem się, że niedługo na taką dwudniowa wycieczkę rusza trzyosobowa grupka z Hatgal. Nie chciałem jechać sam, więc podpięcie się pod nich bardzo mi odpowiadało. Dodatkowo obniżyło to koszty przewodnika, którego trzeba ze sobą wziąć na wyprawę. Trzy osoby, z którymi miałem wyruszyć okazały się być wesołym Koreańczykami. Imion nie zdołałem zapamiętać, ale w każdym razie było dwóch chłopaków i dziewczyna. Pracowali w Mongolii w ramach wolontariatu i postanowili sobie zrobić kilka dni wolnego. Pierwszy duży plus - mówili po mongolsku, więc byli dobrym połączeniem z mongolskim przewodnikiem. 

W pierwszy dzień wyprawy mieliśmy ruszyć około 11. Konie osiodłane, przewodnik czeka, ja razem z nim, a Koreańczycy dalej krzątają się w jurcie hostelowej. To był pierwszy sygnał, że coś jest z nimi nie tak. Drugi pojawił się, gdy wreszcie się pojawili z wielkimi plecakami i torbami. Jako, że jechaliśmy na dwa dni osobiście ograniczyłem się do wzięcia śpiwora, pudełka na soczewki i zupki chińskiej. Moi towarzysze chyba wzięli pod uwagę więcej nieprzewidzianych wypadków i każdy z nich miał wielki plecak, a jeden nawet zastąpił go torbą. Nie wiem jak wyobrażał sobie jej transport na koniu, ale ostatecznie ulitował się nad nim przewodnik i jakimś cudem przywiązał ją do pleców. Przed wyruszeniem Bayra, pomimo moich sprzeciwów nakazał mi jeszcze wzięcie mongolskiej szaty na wierzch. 'Nie będziesz żałował'. I faktycznie, znowu okazała się zbawienna. Była moją piątą warstwą, a później żałowałem, że nie wziąłem jeszcze szóstej.
Moi koreańscy przyjaciele
W Europie przed jazdą w lesie na koniu prawdopodobnie musiałbym przejść szereg kursów i kilka godzin nudnej jazdy po zagrodzie. Na szczęście byłem w Azji, co więcej na końcu świata zwanym Mongolią. Dostałem więc konia i polecenie 'Wsiadaj, jedziemy'. Doświadczony 15-minutową jazdą na farmie wiedziałem co robić. 'Czo' i jadymy! Koreańczycy podobno kiedyś już jeździli konno, ale nie było tego zbytnio widać. Na początku wszyscy trochę pokracznie i ostrożnie ruszyliśmy do przodu. Dokształcić się o jeździe konnej jak zwykle postanowiłem dopiero po fakcie, więc teraz garstka informacji z Wikipedii połączona z własnym doświadczeniem. Osoby, które kiedykolwiek miały do czynienia z tymi zwierzętami pewnie będą zniesmaczone moją ignorancją, ale trudno. Koń ma generalnie cztery różne rodzaje chodu. Najwolniejszy - stęp jest zdecydowanie najbardziej komfortowy. Prawie nie trzęsie, siedzi się jak na tronie. Od niego zaczęliśmy i oczywiście stwierdziłem 'Eee, banał, mogę tak tydzień jechać'. Tempo jest jednak wolniejsze nawet od Kotleta, idącego ze swoim kolegą plecakiem. Kłus, czyli szybszy chód, powinien być w encyklopedii pod hasłem 'niewygoda'. Nie dość, że trzęsie jak cholera i podskakujesz jak głupi w siodle to jeszcze po paru kilometrach orientujesz się, że pewna część ciała jest tak obolała i poobcierana, że nie nadaje się nawet do siedzenia, a co dopiero do dalszej jazdy. Pech chciał, że większość wyprawy odbyła się przy użyciu właśnie tego rodzaju chodu. To mały minus, teraz duży plus. Mój koń na szczęście lubił ostrą jazdę. Jednym słowem lubił hasać, więc szybko zyskał ode mnie imię Rafał (jeśli ktoś nie kojarzy to niech wpisze sobie w jutuba Koń Rafał). Generanie chyba przypadlismy sobie do gustu i po kilku godzinach przeszliśmy na wyższy poziom zwany galopem. To jest dopiero frajda! Czułem się jak Legolas, podnosiłem się z siodła, wtulałem w grzywę Rafała, spinałem pięty i gnałem pińcet na godzinę. Zwykle jednak po kilkudziesięciu metrach takiej jazdy musiałem stopować i czekać na resztę. No właśnie. Nie jestem może atletą, ale wskoczenie na konia czy zejście z niego nie sprawiało mi problemów. Moich koreańskich znajomych natomiast mama ewidentnie zwalniała z wf-u. Porównałbym ich do pewnego mojego snowboardowego ucznia, który na polecenie zrobienia dziesięciu przysiadów, zapytał mnie co to jest przysiad. Szczytem komedii było, gdy jednemu z moich konnych towarzyszy przy zsiadaniu została noga w strzemionie. Do dzisiaj żałuję, że nie nagrałem filmiku, gdy Koreańczyk podskakiwał na jednej nodze za przemieszczającym się koniem. Dobra, bez szyderstwa, generalnie skośnoocy przyjaciele byli bardzo sympatyczni. Kończąc temat ujeżdżania konia, jest jeszcze najszybszy chód zwany cwałem, ale do niego nie udało mi się dojść. Ogólnie jednak byłem zachwycony jazdą konną. Nie wiem czy zawsze tak łatwo to przychodzi, czy może Kotlet jest stworzony do siodła, ale byłem z siebie dumny. Na tle grupy też wypadłem nieźle, choć to akurat nie był wyczyn. Niniejszym dopisuje konia do listy 'Zażyczę sobie na następne urodziny'.
Kotlet na koniu

Pierwszy rzut oka na jezioro

Koń Rafał
Co do samej wycieczki to byłem trochę rozczarowany. Początkowo widoki były faktycznie dzikie, jednak przewodnik zaprowadził nas nad jezioro w miejsce, gdzie dociera już cywilizacja. Ludzi co prawda nie było, ale podejrzewam że w lecie trochę turystów się tutaj przewala. Ewidentnie niedługo powstanie tam kolejna wieś typu Listwianka nad Bajkałem. Już teraz prowadzi tu całkiem niezła bita droga, za kilka lat pewnie wyleją asfalt. Mongolski przewodnik, który jechał z nami też nie był typem tubylca, orientujacego się w terenie po ruchu słońca. Wybierał raczej główne leśne ścieżki i co chwilę odpalal sobie papieroska. W pewnym momencie się zgubił. Żeby to chociaż było w jakiejś głuszy, ale nie - bita droga i pełno domów dookoła. Dzielny Mongoł nie poddał się jednak, wyciągnął komórkę i spytał znajomego o drogę. Powiem wprost. Do d... z takim przewodnikiem.




Khovsgol paruje przeciwstawiając się nieublaganej zimie
Nie rozczarowało mnie natomiast samo jezioro. Bardzo przypominało mi Bajkał i oczywiście niezapomniane chwile nad nim spędzone. Mogę się założyć, że tutaj było jeszcze więcej miejsc nietkniętych cywilizacją. Prawdopodobnie wieś, do której doprowadził nas przewodnik jest jedyną osadą nad jeziorem. Tak, czy inaczej dotarliśmy do jurty, która ewidentnie służy tylko jako nocleg dla turystów i zaczęliśmy leczyć obolałe części ciała. Torby moich nowych przyjaciół okazały się być w duzej mierze wypełnione przekąskami, na co nie ukrywam nie narzekałem. Następnie dosyć szybko zapadliśmy w sen. Oczywiście żaden z Koreańczyków nie wpadł na to, żeby podtrzymywać ogień w piecu przez noc. Mi specjalnie na tym nie zależało, ponieważ miałem ciepły śpiwór, jednak ich miny o poranku wskazywały, że w nocy temperatura spadła grubo poniżej zera. Drugiego dnia mój zadek ewidentnie zaczął się przyzwyczajać do konnych doświadczeń. Wracaliśmy też dużo ciekawszą drogą nad jeziorem. Na koniec dałem się ponieść ułańskiej fantazji i mając Hatgal w zasięgu wzroku, pognałem ile fabryka dała. Rafał chyba tylko na to czekał, więc nawet nie trzeba było go specjalnie zachęcać do tej szarży. Ogólnie całą wyprawę zaliczyłem do niesamowicie udanych. Zawdzięczałem to jednak zakochaniu się w galopie i wspaniałym widokom. Sama organizacja trąciła trochę komerchą pod bogatych jewropejczyjków.
Kotlet, koń i jezioro

Spocony Rafał po szaleńczej jeździe
Resztę dnia spędziłem na poszukiwaniach sklepu z czymś, co mógłbym uznać za obiad. Ostatecznie zakupiłem leczo warzywne prosto z Polski i odgrzałem je na jurtowym piecyku. Wpadłem w trochę melancholijny nastrój, gdyż miała to być moja ostatnia noc spędzona w jurcie. Chociaż oczywiście nigdy nic nie wiadomo... Rozważałem przez chwilę powrót na farmę na kilka dni, jednak po przeliczeniu czasu ostatecznie postanowiłem skierować się do UB. Napisałem do Jasona, że będę za kilka dni, dorzuciłem do pieca i napawałem się ostatnim noclegiem w okrągłym domku.
Następnego dnia umówiłem się z Bayarem, że za drobną opłatą jego brat zabierze mnie do Moron. Pokonanie tych 100km autostopem graniczyło z cudem, gdyż ruch ograniczał się praktycznie tylko do płatnych autobusów. W Moron zrobiłem mini zakupy na niewiadomo-jak-długą drogę i ruszyłem na główną trasę. Stanąłem tam, wciągnąłem świeże powietrze z dużą domieszką pyłu stepowego, zagryzłem orzeszki kupione na coś w stylu śniadanio-obiad, oparłem plecak o przydrożny znak i po raz kolejny poczułem to Coś. Po dwóch tygodniach przerwy znowu byłem w drodze! Nie wiadomo było gdzie uda mi się dojechać, czy w ogóle gdzieś dzisiaj dojadę, gdzie spędzę kolejną noc i jakich nowych ludzi poznam. Poczułem się najprościej mówiąc szczęśliwy. Popatrzyłem na nadjeżdżający samochód, uśmiechnąłem się i wystawiłem kciuk do góry.

środa, 29 października 2014

Życie w jurcie

Postanowiłem napisać osobny post o samym życiu po mongolsku, czyli w jurcie. W niczym nie przypomina ono życia do jakiego przywykliśmy w mieście. Opiszę oczywiście dom, w którym sam miałem przyjemność mieszkać. Odwiedziłem ich jednak sporo i każdy różnił się tylko drobnymi szczegółami w środku. Wyjątkiem są jurty specjalnych przeznaczeń jak jurta spotkaniowa lub jurta - hostel. Zanim jednak przejdziecie niżej coś, w czym się zakochalem. Muzyka mongolska. Wlaczcie sobie tle, wyobraźcie osmioro a czasem więcej ludzi na minimalnej przestrzeni i tą muzykę lecaca praktycznie w kółko.

Budowa. Jako teoretyczny budowlaniec zacznę od samej budowy jurty. Konstrukcja jest genialna w swojej prostocie. Musi taka być, ponieważ z definicji jest często przenoszona w inne miejsce. Najważniejszy fakt - jurta ma kształt koła. Jest to trochę kłopotliwe jeśli chodzi o ustawianie rzeczy w środku, ale niesamowicie upraszcza jej budowę. Ściany boczne stanowi płot harmonijkowy. Nie jest to ogólnie przyjęte nazewnictwo, sam je wymyśliłem. Pseudo inżynierskim językiem powiedziałbym, że jest to kratownica zbudowana tylko z krzyżulców, która składa się poprzez obroty w węzłach. Na tym płotku oparte są gęsto belki prowadzące aż do szczytu. Tam wszystkie połączone są czymś podobnym do koła od starego wozu. Wreszcie koło to jest podparte dwoma słupami. Całość przykryta jest kilkoma warstwami grubego filcu dla izolacji oraz nieprzemakalnym płótnem. Bardzo pomysłowe jest okno dachowe, które na noc jest zakrywane, a na dzień może być otwarte, wpuszczając do środka światło i świeże powietrze.
Jurta jaka jest, każdy widzi

Wnętrze. W środku jurty wszystko jest uporządkowane i pomimo jednego pomieszczenia, wydzielone są pewne sektory. Wejście stanowią drewniane drzwi o wysokości dostosowanej do hobbitów (żeby wejść do jurty z wielkim plecakiem trzeba zrobić to na kolanach, niczym na pielgrzymce). W centralnym punkcie jest oczywiście piec z kominem wyprowadzonym przez dach. Służy on za ogrzewanie, kuchenkę i suszarnię. Od czasu mieszkania w jurcie wiem, że w szkole nas oszukali i tak naprawdę kolo ma pięć kątów. W pierwszym kącie jurty urządzona jest kuchnia. Małe garnki, przyprawy, sztućce, miseczki. Wszystko na pozornie przypadkowym miejscu. Pani domu dobrze jednak wie gdzie co odłożyć. Drugi kąt zajęty jest przez łoże małżeńsko - dziecięce. Jest szerokości zwykłego łóżka, ale w jakiś magiczny sposób mieści dwoje dorosłych i dzidzię. Kolejny kąt znajduje się w miejscu widocznym od razu po wejściu, więc jest najbardziej wystawny. Są tam pięknie malowane szafy ze skarbami rodzinnymi, a na nich poukładane różnego rodzaju sprzęty. Również te elektroniczne, jak radio, które przez cały dzień serwuje mongolskie hity. Czwarty kąt zajmuje dodatkowe łóżko przeznaczone dla gości lub innych członków rodziny. Miałem na nim spać ja, jednak po długich przekonywaniach ulokowałem się na ziemi, a na nim spoczął ojciec gospodarza. Gdy ojca nie było spałem na łóżku, lecz kiedy tylko mogłem wybierałem podłogę. Powód? Jak już wspominałem jaki to bardzo leniwe zwierzęta. Na noc nie trzeba ich zamykać, bo i tak będą kręcić się wkoło obozu. Natomiast ściany jurty może i są mrozoodporne, ale na pewno nie dźwiękoszczelne. Jeden z jaków upodobał sobie przebywanie w nocy dokładnie obok mojego łóżka, tyle że na zewnątrz jurty. Zawsze gdy już prawie prawie zasypiałem wydawał przenikliwe 'Chruuum'. Pospane. Ostatni kąt to szeroko pojętą spiżarnia. Mleko, jogurt, masło i śmietana, czyli raczej monotematyczne produkty. Niemniej jednak przepyszne. Strop w postaci belek służy jako wieszak na wszystko. Natomiast podłoga podzielona jest na dwie części. Jedna to zwykła trawa, w którą można wytrzeć buty, wylać resztkę herbaty lub wysikać dzidziusia. Na drugiej części wyłożone są grube dywany. Lata świetności mają za sobą, ale idealnie sprawdzają się jako kanapa, bawialnia i moja sypialnia. Oprócz tych wszystkich elementów są jeszcze luźne meble w postaci jednego stolika i kilku krzesełek. Krzesełka mają około 20 cm wysokości i służą równie dobrze do siedzenia, podłożenia pod głowę jak i pod bok. Można wtedy leżeć niczym rzymianin na uczcie. Bardzo przydatne, chyba sobie takie sprawię po powrocie do Polski. 
Kuchnia

Łoże małżeńsko- dziecięce

Łoże Kotleta

Kącik pokazowy

Spiżarnia

Elektryczność. Pomimo dosyć spartańskich warunków w nocy jurtę można oświetlić. Zawdzięcza się to akumulatorom co jakiś czas ładowanymi w wiosce. Co bogatsze domostwa mają też małe baterie słoneczne wyprowadzane na słońce rano razem z owcami. Na zewnątrz znajduje się też talerz podobny do satelitarnego. Jest on jednak chyba tylko ozdobą, ponieważ mały telewizorek dawno nie dziala. Na takim odludziu nie można liczyć na zasięg komórek, więc w jurtach montowane są telefony stacjonarne z ogromną anteną. Czasem zdarza się, że dzwoni inna jurta lub rodzina z wioski.

Kuchnia mongolska. Temat rzeka. Większość posiłków oscyluje wokół mleka jaka i mięsa kozy, choć są wyjątki. Jako wielki fan zarówno mleka, jak i mięsa byłem wniebowzięty. Śniadanie to chleb z czymś, co stanowi połączenie masła i śmietany. Zawsze posypany cukrem. Nie jestem znawcą polskich sposobów wyrobu produktów mlecznych, ale mogę opisać jak działa to w Mongolii. Mleko prosto od jaka jest gotowane i rozlewane do kilku naczyń. Jedna część wzbogacona jest o bakterie, które wytwarzają wspaniały jogurt. Była to prawdopodobnie jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadłem. Pozostałe naczynia są odstawiane, a na drugi dzień zbiera się na nich coś w rodzaju bardzo tłustej śmietany. Nie wygląda to jednak jak śmietana z krowiego mleka. Niektóre 'smietanowe kozuchy' są zjadane na śniadanie, a niektóre odstawiane do wysuszenia. Po kilku dniach zmieniają się w masło. Wszystko naturalne i bez większego nakładu pracy. Jeszcze niedawno moja ograniczona wyobraźnia mówiła też, że do pieczenia chleba potrzebny jest piekarnik. Błąd! Gospodyni wypiekała pyszny chleb w zwykłym garnku położonym na piecu. Oczywiście był delikatnie przypalony, ale to tylko zwiększało jego walory smakowe. Jako 'lunch' jada się dokładkę chleba z masłem lub czasami zupę w stylu rosołu. Mongolska obiadokolacja to natomiast różne wariacje z mięsa owcy, ręcznie robionego makaronu i ziemniaków. Dania zdecydowanie nie dla wrażliwych żołądków ze względu właśnie na mięso. Jak już wspominałem w mongolskich jurtach nic się nie marnuje. Gdy zabija się owce zjada się z niej dosłownie wszystko. 'Mięso' to najczęściej ścięgna, tętnice wypełnione zakrzepłą krwią i tłuszcz ze skórą. Jak się dobrze poszuka to trafi się kawałek z futrem. Większość kęsów człowiek nie jest w stanie pogryźć. Nie pozostaje nic innego jak przełykać w całości i zostawiać robotę żołądkowi. Gdy już cała kość jest obgryziona do bialości, łamie się ją i wysysa szpik. To samo tyczy się kręgosłupa. Nie może zmarnować się również głowa owcy, w której w końcu znajduje się wiele smakołyków. Ba! Można ją nawet kupić jako osobny rarytas na targu. Wykorzystywane są też kopyta, jednak niestety nie wiem w jaki sposób. Widziałem tylko że są przechowywane na honorowych miejscach. W jurcie nic się nie marnuje... Nie myślcie jednak, że mongolskie dania są niesmaczne. Są przepyszne! Co więcej, ani razu nie doświadczyłem jakichkolwiek rewelacji żołądkowych z ich powodu. Piszę po prostu o jej odmienności w stosunku do kuchni 'miejsko - polskiej'. Przed podróżą do Mongolii trzeba się zwyczajnie przestawić na wszystkożerność.  Do każdego posiłku, a także dwadzieścia trzy razy pomiędzy nimi pije się soloną herbatę z mleka jaka.. Herbatę z mleka, a nie z mlekiem. To istotna różnica. Proporcje są na korzyść mleka. Powód? Mleka jaka jest pod dostatkiem, wodę natomiast trzeba przywoźić motocyklem. Chociaż ja akurat trafiłem na okres gdzie wody nie brakowało. Kiedy zapasy się kończyły szedłem z wiadrem po śnieg i topiłem go na piecu. Musiałem tylko uważać,  żeby nie zebrać tego żółtego... Sama herbata również nie jest przeciętna. Liście prasuje są w bloki, które kruszy się przed gotowaniem. Zapobiega to jej rozsypaniu lub zalaniu. Po posiłku pani domu szybko i zręcznie zmywa naczynia. W ramach oszczędności wszystkie naczynia zostają umyte w małym kubeczku wody. W ten sprytny sposób przejdę do...
Chleb z garnka

Jogurtomasło

solona herbata z mlekiem

Prawie woda na herbatę

Suszone jogurtomasła

Pani domu w akcji

Mój faworyt - kluski z mięsem

Jeszcze dużo mięsa!

Higiena. A właściwie... Co?! W jurcie nie funkcjonuje to pojęcie. A przynajmniej nie w takiej postaci, jak na zachodzie. Mycie ogranicza się przepłukania wodą twarzy i rąk. Raz dziennie, bo co za dużo to niezdrowo. Gładko wpasowałem się w tę zasady. Mocowałem się z jakami i owcami, a później tymi samymi rękami jadłem posiłki. Jedynym ratunkiem był śnieg, w którym można było zrzucić trochę błota. Po kilku dniach nie wytrzymałem i chciałem chociaż umyć zęby. Poprosiłem więc o miednicę i wodę, po czym pomimo mrozu zdjąłem koszulkę i trochę się przemyłem. Chyba nie było to do końca zrozumiane przez moich gospodarzy, więc więcej tego nie zrobiłem. Wszelkie sprawy higieny załatwialem podczas wypasu owiec. One mnie rozumiały. Trochę bardziej ciekawskie były pieski preriowe, ale nimi się nie przejmowałem. W pierwszy dzień miałem też problem ze znalezieniem wychodka. Myślałem, że ta dziura na środku obozu ogrodzona blachą to studnia. Głupio byłoby pomylić te dwa miejsca. Ostatecznie latryną byłem jednak pozytywnie zaskoczony. Nocny mróz oraz otwarta konstrukcja robiły swoje i czuć było tylko piękne zapachy traw. W jurcie znajdowała się jedna Czysta Ścierka. Służyła do wycierania względnie umytych naczyń, rąk oraz ust po obiedzie. Niezależnie ile osób jej użyło, nadal była czysta. W końcu to Czysta Ścierka. Znowu nie chcę być źle zrozumiany. Ani razu nie narzekałem na warunki w jurcie, a wręcz mi to odpowiadało. Ci ludzie po prostu tak żyją i mają się dobrze. Na zdrowie nie narzeka też mała dzidzia, która nie ma higienicznej taryfy ulgowej.
Wychodek.

Prywatność. Kolejne martwe pojęcie w jurcie. Jeśli robisz cokolwiek innego niż zwykłe picie herbaty, możesz być pewny, że jakaś para oczu skierowana jest w twoją stronę. Gdy robisz coś ciekawego spoczywa juz na tobie wzrok wszystkich domowników. Pół biedy, gdy było to zszywanie paska plecaka i zewsząd sypały się rady jak zrobić to lepiej. Gorzej, gdy po kilku dniach uznałem, że mimo wszystko fajnie byłoby zmienić gacie na czyste. Opowieści o tym wydarzeniu prawdopodobnie będą przekazywane kolejnym pokoleniom w jurcie. 
Jak robi 'chruum' za ścianą jurty


Życie w jurcie. Jak je podsumować? Paradoksalnie chyba 'łatwe'. Nie w sensie fizycznym, bo oczywiście trzeba się nieźle napocić, żeby wykonać rzeczy, które dla nas są kwestią wciśnięcia przycisku. Nie ma jednak problemów egzystencjalnych, myśli o tym, czy znajdzie się pracę i czy będzie się miało gdzie mieszkać. Wszystko jest na miejscu. Całe szczęśliwe życie w małym, okrągłym domku.

"- Hej George, proszę opowiedz mi jeszcze raz o tym domku na farmie.
- Dobrze, ale ostatni raz..."