poniedziałek, 27 października 2014

Dzień z życia pastucha


Dni, które spędziłem w jurcie razem z mongolską rodziną nie różniły się specjalnie między sobą. Wszystko odbywało się według codziennego schematu. Opiszę więc typowy dzień życia Kotleta, który został pastuchem. Na koniec natomiast opowiem o kilku wydarzeniach, które odbiegały od tej monotonii. 

Rodzina, u której mieszkałem i której pomagałem, to Honda - głowa rodziny, Moncha - jego żona i mała Dalcin - trzymiesięczna dzidzia. Oprócz Dalcin małżeństwo miało jeszcze czwórkę dzieci. Najstarsza córka ma już własną rodzinę, natomiast pozostała trójka wracała do domu tylko na weekend. W ciągu tygodnia mieszkali w wiosce z babcią i chodzili do szkoły. Dodatkowo przez kilka dni mieszkał z nami ojciec Hondy. Rodzina umieściła jurtę na kompletnym odludziu, kilkanaście kilometrów od wioski Hatgal. Do dojazdu do wioski służył im motocykl tajemniczej marki 'Mustang'. Hodowali jaki, kozy i owce. Stado tych dwóch ostatnich było moim głównym zajęciem. Zostałem przyjęty prawie jak nowy członek rodziny. Nazwano mnie Matrusz, gdyż wymówienie tak wielu samogłosek w jednym słowie nie mieściło im się w głowie. Rodzina niestety nie mówiła po angielsku. Bardzo tego żałowałem. Lubię czasem być sam na odludziu, ale jeśli już jestem wśród ludzi to chcę jak najwięcej z nimi rozmawiac. Porozumiewalismy się językiem migowym, który sprawdzał się dobrze do prac domowych, ale pytań o sens życia raczej nie dało się przekazać. Nie ukrywam, że był to jeden z większych minusów mojego pobytu na farmie. Niemniej jednak rodzina umiała kilka słów po angielsku czasem pomieszanych z mongolskim. Poniżej mały słowniczek.
Szip - słowo klucz, oznacza owcę, kozę, a jeśli zwierzę jest duże - to jaka,
Jak - jak, słowo wprowadzone po jakimś czasie, gdy okazało się, że po mongolsku i angielsku brzmi tak samo,
Tii - zazwyczaj herbata, ale niestety tu pojawiał się problem. Tii to też 'tak' po mongolsku. Nigdy nie wiedziałem więc, czy pani domu nie mówi po prostu do kogoś innego. Na wszelki wypadek piłem herbatę.
Mama - o dziwo, po mongolsku 'dziecko'. Na początku było to przyczyną pewnych trudności komunikacyjnych
Bejbi - mała kózka, owieczka lub dziecko-jak
Gut, okej - znaczy Kotlet się spisał
Slip - możesz jeszcze pospać. W połączeniu z 'szip' - zaprowadź owce do zagrody
Itit - jedz, jedz. Powtarzane wielokrotnie i zawsze w połączeniu z 'tii'
Moj chwilowy dom

Każdy dzień zaczynał się około 8. Tak późno, że względu na to że dopiero wtedy robiło się jasno. Ja nie narzekałem, bo spanie 10 godzin (od 22) mi odpowiadało. Wspólne śniadanie i każdy rozchodził się w swoją stronę. Pan domu z ojcem do roboty w postaci budowania zagród i domów na zimę dla zwierząt (swoją drogą zawstydziliby niejednego polskiego budowlańca. W dwa i pół dnia postawili szopę, mogącą z powodzeniem służyć ludziom). Moncha krzątała się chwilę w kuchni, po czym ruszała na dojenie jaków. Ja w tym czasie miałem uśpić Dalcin. Gdy mi się to udało, robiłem z niej eskimoskie zawiniątko i szedłem pomóc przy jakach. Bardzo chciałem spróbować wydoić jaka, jednak Moncha uznała, że jest to zbyt niebezpieczne. Jaki to nie potulne mućki i potrafią się wkurzyć nie na żarty. Czasem atakowały kopniakiem nawet Monchę, jednak ona jakimś cudem parowała te ciosy ręką. W moim przypadku wylądowałyby pewnie na głowie. Moja robota była ciężka fizycznie i logistycznie. Fizycznie, bo musiałem przeciągać ociężałe jaki do dojenia. Logistycznie, bo do tego dochodziło zarządzanie dziećmi-jakami. Były w osobnej zagrodzie i trzeba było pojedynczo wprowadzać je, aby popiły trochę od mam. W międzyczasie gospodyni wprawnie uzyskiwała około 10 litrów mleka. Po tych czynnościach wypędzałem jaki na łąkę. Same są zbyt leniwe i nigdzie by się nie ruszyły. 
Dalcin.

Kotlet i Dalcin

Jak, jak je

Jak, jak nie je

Po powrocie do jurty zwykle było około dziesiątej. Za niewielkimi namowami robiłem powtórkę śniadania z przepysznym świeżym mlekiem z kożuszkiem. Smak dzieciństwa! Następnie szedłem do mojego stadka kozo-owiec i w gąszczu blisko trzystu zwierząt musiałem odnaleźć jedną małą kózkę i zanieść ją do jurty. Nie tak dawno przyszła na świat i była za mała na pastwiska, więc dzień przeczekiwała w domu. 
Mała kózka czeka na mamę
Wreszcie około 11 wyruszałem na górskie pastwiska z moim stadem. Jeśli ktoś kiedyś mi powie, że praca pastucha jest prosta to go wyśmieję. Może z kilkoma owieczkami byłoby łatwo, jednak opanować prawie trzysta kóz przemieszanych z owcami to nie lada wyczyn. Pierwsze dni to była męczarnia. Biegałem jak głupi w te i we wte, próbując bezpiecznie doprowadzić stado do domu. Później zacząłem rozumieć istotę ich natury, czyli podążanie za tłumem. Wtedy praca stała się trochę łatwiejsza. Wystarczyło zawrócić ze złej drogi kilka z nich, a reszta podążała za nimi, bo 'skoro one tam idą...'. Zawsze zdarzały się jednak jakieś wyjątki, które nie poddawały się tej zasadzie. Irytujące było to, że stado musi wiecznie się poruszać. Jakby nie można zjeść trawy na jednej łące i dopiero iść dalej. Kozo-owca mając głowę przy ziemi zdaje się zawsze widzieć jakieś lepsze źdźbło przed sobą. Nie zje go nawet do połowy, ale już widzi kolejne i kolejne i kolejne... Z tego letargu może ją wyrwać tylko jakiś hałas lub spadający przed nią przedmiot. No właśnie. Po każdym dniu bolały mnie trzy części ciała. Nogi od przebytych górskich kilometrów, biceps od machania kijem i rzucania kamieniami oraz gardło od przeróżnych krzyków. Generalnie jednak polubiłem moje stadko i po tych wielu dniach miałem już swoich ulubieńców i 'czarne owce', o których wiedziałem, że zawsze musiały zostać gdzieś w tyle. Z owcami miałem wrócić około 16. Pięć godzin to teoretycznie dużo, jednak zanim doszedłem na górę była już 12, a koło 14 trzeba był już myśleć o odpowiednim kierowaniu owcami w stronę domu. W tym wolnym czasie zazwyczaj wylegiwałem się na słońcu, robiłem zdjęcia, czytałem książki (średnio co trzy strony trzeba było podnieść wzrok i skontrolować ruch stada, natomiast co 10 przenieść się za nim w inne miejsce lub zawrócić je z niewłaściwej drogi), próbowałem zliczyć moje stado, ćwiczyłem celność w rzutach obok owiec, zastanawiałem się dokąd mogą lecieć samoloty nade mną, rozbijałem jacze zaschnięte kupy lub po prostu robiłem nic. W każdym razie nigdy się nie nudziłem. 
Sezon snowboardowy czas zacząć?

Albo i nie...

Życie pastucha

Po zejściu z gór zostawiałem podopieczne przed obozem, a sam ogrzewałem się w jurcie i jadłem zupę odgrzaną specjalnie dla mnie (zwykle w porze 'lunchu' byłem na górze). W czasie odpoczynku zajmowałem się mamą (patrz słowniczek), gdy Moncha wychodziła lub gotowała obiad. Około 18 ZAWSZE okazywało się, że owce zamiast jeść grzecznie trawę przed zagrodą, gdzieś polazły i trzeba było ich szukać. Miałem do tego profesjonalny sprzęt w postaci małej lunety. W najlepszym wypadku okazywało się, że są w pobliskim lesie. W najgorszym - poszły gdzieś w góry. Najdłużej szukałem ich prawie dwie godziny. Po powrocie słyszałem już beczenie małej kózki z jurty, więc trzeba było ją ubrać w ubranko mrozoodporne i zaprowadzić do mamy kozy. Wreszcie całe stado zaganiałem do zagrody. Wtedy nagle nie były już takie głupie i wiedziały dokładnie gdzie trzeba iść. Kolejnym punktem dnia był obiad. Jedzenie do syta, a potem oczywiście kilka(naście) miseczek mlecznej herbaty. Przez całą dotychczasową podróż nie jadłem tyle co w jurcie. Co prawda owce dbały o moją kondycję fizyczna, ale podejrzewam że i tak nabrałem kilka kilogramów na dalszą drogę. 

Wieczorem następował trochę smutny dla mnie czas, ponieważ cała rodzina prowadziła rozmowy o minionym dniu. Też chętnie bym opowiedział o wszystkich przygodach z owcami, jednak język migowy jest trochę ubogi. Uczestniczyłem więc w tych rozmowach tylko w ograniczonym zakresie. Nie przejmowalem się jednak aż tak bardzo i wykorzystywalem ten czas na czytanie, słuchanie mongolskiej muzyki lub zabawy z Dalcin (z nią było łatwiej się porozumieć niż z resztą rodziny). Czasem też wychodziłem na zewnątrz i napawałem się idealną ciszą i najbardziej rozgwieżdżonym niebem, jakie kiedykolwiek widziałem. Około 22 padało magiczne słowo 'slip' i Moncha rozkładała posłania. Na noc nie paliło się w piecu, podejrzewam że zapasy drewna szybko by się skończyły. Było więc zimno, ale mrozy nie przenikały ścian jurty. Tak czy inaczej cieszyłem się, że mam ciepły śpiwór. Inni spali pod bardzo grubymi filcami, które ważyły chyba ze sto kilo i przygniatały człowieka niczym kawał blachy. 

Tak mijał dzień za dniem mojego pobytu na farmie. Teraz o rzeczach, które łamały codzienną rutynę. Może nie było ich zatrważająco dużo, ale warto o nich wspomnieć.

Pierwszego dnia kilka owiec weszło do lasu. Myślałem, że już po nich. Bardzo się bałem. 

Trzeciego dnia ktoś z domowników przez pomyłkę wziął mój kij na owce i spalił w piecu. Było mi bardzo przykro.

Pewnego poranka okazało się, że zaginął jak pociągowy, czyli największy w stadzie, używany do robót na farmie. Przez chwilę bali się wszyscy, ale wypatrzyliśmy go przez lunetę. Kierowałem jednoosobową ekipą ratunkową. 
Jak pociągowy

Któregoś dnia zaszedłem ze stadem tak daleko, że natrafiłem na sasiednią jurtę. Właściciel był chyba samotnym gospodarzem i usilnie namawiał mnie na odwiedzenie go. Zostawiłem więc na chwilę moich podopiecznych i wstąpiłem na ciastko oraz chwilę rozmowy w migowym. 

Pewnej nocy przez nasz obóz przeszła watacha wilków. Odległe wycie w lesie to zupełnie co innego, niż dziesiątki ujadań wkoło jurty. Mój gospodarz z ojcem poszli bronić dobytku i specjalnym dzwonem narobili hałasu, który rozgonił wilki. Nie bałem się. Siedziałem w ciepłym śpiworze w jurcie.

Pewnego wieczoru, jak codzień chciałem zaprowadzić małą kózkę do mamy. Mamy kozy jednak nie było. Mała kózka beczała rozpaczliwie i biegała w zagrodzie. Próbowała podpiąć się pod jakąś inną mamę, jednak te ją tylko bodły. Spędziłem dużo czasu poszukując mamy, w końcu znalazła ją Mocha. Koza zwyczajnie przysnęła sobie w zakamarku zagrody. Wyrodna matka.
Mała kózka szuka mamy

Innego dnia przyszedł zły sąsiad zabić jedną z moich kóz. Było mi smutno. Później jednak pomyślałem, że jutro będzie świeże mięso i smutek przeszedł. Oprawca znał więcej słów po angielsku, więc obserwowałem cały proces z zaciekawieniem i dopytywałem o szczegóły. Nie myślcie, że Kotlet jest bez serca. Po prostu zwyciężyła chęć nauczenia się czegoś nowego. Nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda. Osoby wrażliwe niech jednak przejdą do następnego akapitu. Żeby nie było że nie ostrzegałem. Sąsiad miał niesamowitą wprawę. Wybrał jednego z większych kozłów, który jeszcze godzinę wcześniej zajadał trawę pod moją opieką. Nie podrzynał gardła, bo znał szybszy sposób na zabicie. Niczym zapaśnik chwycił kozła za rogi, jednym ruchem przewalił go na plecy i wykonał niewielkie nacięcie na brzuchu. Następnie włożył w nie rękę razem z małym scyzorykiem Victorinoxa i przebił nim kręgosłup. Gołymi palcami wyrwał rdzeń kręgowy i kozioł w momencie przestał ujadać. Całość trwała 10 sekund, a polały się może dwie krople krwi. Potem przyszedł czas na zdejmowanie skóry, łamanie nóg, które zostały przy skórze i wreszcie pozbycie się wnętrzności. Nie miałem pojęcia, że kozy mają tak gigantyczne żołądki. Wyglądał jak wielki worek wypełniony trawą. Żołądek został opróźniony i przekazany pani domu - pewnie na coś się przyda. Krew pokazała się dopiero przy wyjmowaniu serca i rozdzielania kozła na poszczególne części. Wbrew zewnętrznemu wrażeniu, kozy to wewnątrz bardzo czyste zwierzęta. Całe przedsięwzięcie mam oczywiście udokumentowane na zdjęciach, a nawet krótkim filmie, ale myślę, że publikacja ich na blogu to mogłaby być przesada. W zamian - zdjęcie stada przerażonego tym, co dzieje się z ich kolegą. 
Smutne stado

Innym razem z wioski przyjechał kupiec na jedną z owiec. Potrzebował jej żywej, więc związaliśmy jej kopyta i z dużym trudem zapakowałem ją kupcowi i jego synowi na motocykl. Pomachałem jej na pożegnanie i zrobiłem zdjęcie na pamiątkę. Moje stado się kurczyło. 
Owca na wynos

Po tygodniu uznałem, że trzeba dać jakiś znak życia do Polski. Najbliższy zasięg komórkowy był w Hatgal, więc spróbowałem wytłumaczyć migowo moim gospodarzom, że popołudniu chcę się tam dostać. Szczęśliwie był piątek i Honda jechał po dzieci, więc obiecał mnie wziąć. Przed drogą założyłem profesjonalny kask w postaci czapki i kombinezon w postaci mongolskiego ubioru ludowego. Okazał się on zbawienny, gdyż w czasie jazdy było niesamowicie zimno. Gdyby nie on prawdopodobnie skończyłbym jak głupszy z 'Głupiego i Głupszego' (mam nadzieję, że to arcydzieło również jest Wam znane). Co to była za jazda! Około 15 kilometrów wertepami na motocyklu o wątpliwej przydatności do czegokolwiek. Na każdym podjeździe prychał i dusił się. Z kolei z górki rozpędzał do niebotycznych prędkości, co skutkowało podskokami na każdej nierówności. Wielokrotnie odrywałem się od siedzenia i z hukiem na niego powracałem. Całe szczęście, że na kolanach wiozłem wielkie pojemniki z mlekiem na sprzedaż, bo prawdopodobnie zostałbym wystrzelony na orbitę. W wiosce gospodarz zostawił mnie na godzinę, a sam pojechał sprzedać mleko. Odezwałem się do domu, po czym spotkałem jakiegoś chłopca, kopiącego piłkę o płot. Kilka kopnięć później, szybkie bramki z jaczych kup i już 'ciupaliśmy mecza'. Nie miałem takiej frajdy od podstawówki. Dla takich chwil warto ruszyć się z domu... Nie uwierzycie, ale chłopak okazał się być synem mojego gospodarza! Na wstępie więc zaskarbiłem sobie jego sympatię. Powrót do farmy opóźnił się i w międzyczasie zapadł zmrok. Co TO była za jazda! Na jednym motocyklu Mandach, ja i jego syn. Na drugim jego dwie córki i kolega w charakterze kierowcy. W naszym wysiadło przednie światło, więc jechaliśmy jeden obok drugiego używając tylko światła kolegi. Gdy nie było to możliwe, zapadała przed nami kompletna ciemność i Honda jechał z pamięci. Pochylał się wtedy do przodu, wytężał wzrok i powtarzał 'Gut, gut', chyba chcąc mnie uspokoić. Po blisko godzinie jakimś cudem udało się dotrzeć do jurty.
Rozmyte Kotlet w stroju motocyklowym

Kotlet sportowiec

Na weekend, oprócz dzieci gospodarzy, przyjechała tez Emily - Niemka, którą poznałem wcześniej w Hatgal. Pracowała ona wcześniej na farmie i wpadła na dwa dni się pożegnać. Wreszcie można było z kimś pogadać! Te dwa dni były zupełnie inne. Razem zajmowaliśmy się stadem, co zdecydowanie ułatwiało sprawę. Wylegiwaliśmy się na górskich łąkach, gadaliśmy, a w tym czasie niejednokrotnie owce uciekały w bliżej nieokreślonym kierunku. Do tego czasu wiedziałem już, że nie można się nimi aż tak przejmować - zawsze jakoś się znajdowały. Miłą odmianą była też obecność dzieciaków. Graliśmy z nimi w gry, jeździliśmy na sankach, czasem wspólnie doglądaliśmy stada. Te dwa dni były całkowicie odmienne od reszty.
Sanki.


Emily, kózka i Kotlet w pracy


W pewną sobotę Honda miał tak zwane 'wychodne'. Wyruszył więc na motocyklu do wioski i wrócił dopiero koło drugiej w nocy. Był pijany jak bela, ledwo udało mu się trafić w drzwi, potknął się o kilka garnków i zaległ na podłodze obok pieca. Zaznaczam, że wrócił na motocyklu, pokonując wszystkie zawiłości drogi bez reflektora. Musiał mieć niemałą wprawę. Rano nie był zbyt dyspozycyjny, więc poratowałem go tabletką na ból głowy i przejąłem małą Dalcin. O dziwo żona nie była bardzo zła. Kilka razy w ciągu dnia rzuciła tylko czymś, co brzmiało 'Ty siedź cicho, już się dzisiaj popisałeś...'.

Pod koniec mojego pobytu gospodarz uznał, że jestem swój chłop i po zmroku poprosił o pomoc z końmi. Zawsze robił to z ojcem lub małym synem, więc nie wiedziałem na czym ta pomoc polega. Tu muszę wtrącić, że Mongołowie są mistrzami jazdy konnej. Nieraz widziałem ludzi pędzących na nieosiodłanych koniach w pozycji zbliżonej do stania. Wykonywali przy tym manewry godne Mam Talent. Honda zdjął z koni siodła (zostały one po jakichś amatorach), wskazał jednego konia i miejsce za górą, gdzie miał swoją stajnie. Chwyciłem więc za uzdę i zacząłem go prowadzić.
- Noł, noł! - powiedział klepiąc konia po grzbiecie
- Że niby mam wsiąść?
- Jes, jes!
- Honda, moje doświadczenie z końmi to kilkakrotnie pogłaskanie go i szaleńcza jazda na kucyku w zoo w wieku lat może siedmiu. Nie mam o tym pojęcia. - wyobraźcie sobie jak to pokazałem w migowym.
- Jes, jes!
- Noł, noł!
- Jes, jes!
- No dobra, wsiądę i co dalej?
- Jes, jes!
Zdałem sobie sprawę, że chyba nie pogadamy na ten temat, więc posłusznie wskoczyłem na konia. Honda wziął ode mnie latarkę, bo uznał, że jemu bardziej się przyda, dał do ręki lejce, wskazał kierunek i powiedział tylko 'czo - goł', czyli że chyba na 'czo' pojadę. Ciemna, bezksiężycowa noc, koń bez siodła, w oddali stajnia, której nie było szans dostrzec, a na koniu Kotlet nie mający pojęcia, jak się z nim obchodzić. Tak wyglądało moje pierwsze konne doświadczenie. Nie wiedziałem czy bliżej mi do śmiechu czy płaczu.
- Yyy... Czo? - Ruszyłem! Niby powoli, ale dla mnie prędkość zabójcza. - Honda, jak się zatrzymać?!
- Jes, jes!
Mhm, czyli muszę sam kombinować... 'Nie-czo?' - dalej jadę. 'Czo-wróć?' - nic.
W końcu pociągnąłem lejce do siebie i zadziałało. Koń okazał się dosyć łatwy w obsłudze. Ciągnę w prawo - jadę w prawo, ciągnę w lewo - jadę w lewo, do siebie - staję. Po 10 metrach byłem mistrzem jazdy konnej! Udało mi się bezpiecznie dotrzeć do stajni, a nawet po drodze pokonać olimpijską przeszkodę w postaci wystającego korzenia. Honda powiedział tylko 'Gut, gut' i poklepał mnie po ramieniu. Według słownika - 'Kotlet się spisał!'.
Mongołek na koniu

Ostatniego wieczoru Moncha powiedziała, że przyjedzie jeszcze dwóch wolontariuszy. Miałem pewne podejrzenia i nie zdziwiłem się bardzo, gdy w drzwiach zobaczyłem Laurę i Rafaela - francuską parę poznaną w Irkucku. Kolejny dzień poświęciliśmy na wspólne pastuchowanie. Starałem się przekazać im całą tajemniczą wiedzę, którą posiadłem. 

W ostatni dzień rodzina zrobiła coś w rodzaju uczty na moje pożegnanie. Może to był przypadek, ale akurat w ten dzień zabili kolejnego kozła. Na mój ostatni posiłek w jurcie zostały przeznaczone największe przysmaki, czyli wnętrzności. Generalnie jestem raczej wszystkożerny, choć odczuwałem lekkie obawy. Mimo to z czystej ciekawości popróbowałem wszystkiego. Najbardziej smakowały mi prawy przedsionek serca (lewy był strasznie tłusty) i jądra. Żołądek też niczego sobie. Nie smakowała mi za to aorta, bo kozioł chyba cierpiał na miażdżycę i była zapchana tłuszczem i jakimś osadem. Wspominałem już, że w Mongolii nic się nie marnuje? Nie? To jeszcze o tym wspomnę. 
Uczta pożegnalna

Zdjęcie pożegnalne

Te drobne wydarzenia łamały szarą codzienność na farmie. Nie da się jednak ukryć, że życie na niej było bardzo monotonne. Codzienny cykl powtarzających się czynności. Na krótki okres czasu to niesamowity, umysłowy odpoczynek, a w dodatku kolejne ciekawe doświadczenie, jednak w dłuższej perspektywie może to być nurzące. Według mnie dobrze jest zażyć w życiu trochę spontaniczności, która nie ograniczy się do 'dzisiaj zaszaleję - wyprowadzę kozy pół godziny później'. Na farmie chyba trzeba się po prostu urodzić. A może jeszcze nie dorosłem do takiego życia...

piątek, 24 października 2014

Na wieś!

Droga, którą opiszę miała miejsce tydzień temu. Opóźnienie spowodowane jest kolejnym odcięciem od internetu :)

Pomimo, iż tak dobrze mieszkało mi się u Jasona, zdecydowałem, że trzeba ruszyć dalej. Nie żegnałem się jednak wylewnie, ponieważ droga do Chin wiedzie przez Ułan Bator i na pewno nie odmowię sobie odwiedzin u mojego indyjskiego przyjaciela. Od mojego wolontariatodawcy dostałem instrukcje jak dostać się na nad jezioro Khovsgol i jego farmę. Najpierw 17 godzin autobusem do Moron, potem przesiadka i kolejny autobus do Hatgal, następnie stamtąd miał przyjechać po mnie na motocyklu i zabrać na farmę. Wygląda skomplikowanie, ale uznałem że można to zrobić ciekawiej i oczywiście postanowiłem jechać stopem. Przygotowałem się lepiej niż ostatnio. Spisałem najważniejsze zwroty po mongolsku (tak, nie, nie mam pieniędzy, dziękuję, do widzenia), na tabliczce napisałem 'nie tugruk' i oczywiście uzbroiłem się w dużo cierpliwości. 
Kotlet przygotowany do drogi

Następnie ruszyłem autobusem jak najdalej od centrum, przeszedłem przez jakieś tory kolejowe i już byłem na głównej drodze. Tak jak myślałem zatrzymało się pierwsze auto. Nowe słowa zadziałały i zostałem zrozumiany, że chcę jechać za darmo. Oczywiście kierowca wybuchnął śmiechem, ale ostatecznie zgodził się wziąć mnie na pierwsze rozdroże za UB. Mówił trochę po rusku i zrozumiałem tylko, że pójdzie do budki policji i z nimi pogada. Okazało się, że chciał żeby zatrzymywali auta i spróbowali mnie gdzieś upchać. Chęci dobre, ale niestety policjant, jak można było się spodziewać zareagował śmiechem. Zwołali jeszcze kilku okolicznych kierowców i wszyscy razem mieli ubaw po pachy z Kotleta, który chce jechać za darmo.'No to się zaczęło' - pomyślałem. Mimo to stanąłem niedaleko nich przy drodze i łapałem dalej. O dziwo po 5 minutach zatrzymał się młody kierowca dobrze mówiący po angielsku i bez problemu zgodził się mnie wziąć. Miny szyderców - bezcenne. Tsavhil (albo jakoś tak, imiona mają tu odjechane w kosmos) pracował kiedyś w Anglii, gdzie nauczył się języka i poznał kilku Polaków. Był niesamowicie uczynny. Co chwilę pytał mnie czy czegoś mi nie trzeba, napoił mnie sfermentowanym mlekiem konia (nie pytajcie - nie wiem) i zabrał na obiad, za który nie pozwolił mi płacić. Żeby dostać się do Moron musiałem najpierw cofnąć się kilkaset w stronę granicy rosyjskiej, a później odbić na zachód. Tsavil jechał dokładnie w te stronę, więc spędziłem z nim jakieś 5 godzin. Wysiadłem kilkadziesiąt kilometrów przed jego miastem, bo uznałem że fajnie by było zobaczyć przydrożny klasztor Amarbalasgalant. 'Przydrozny' oznaczało prawie 40 km gruntowej drogi w bok. Ruch zerowy. Po pół godziny zjawiła się jakaś ciężarówka. Trójka facetów była bardzo sympatyczna, ale nie szło się z nimi dogadać. Próbowałem się dowiedzieć czy będą dzisiaj wracać, bo nie chciałem utknąć tam na noc. Tak samo energicznie potakiwali na pytanie 'Wracacie dzisiaj?' oraz 'Wracacie jutro?', więc ostatecznie nie zaryzykowałem i wróciłem na główną drogę. 
Autostop w Mongolii


W międzyczasie zdarzyły się dwie smutne rzeczy. Mój aparat ucierpiał przy jakimś upadku i zrobiła się spora wyrwa w obudowie. Działał, ale wszechobecny kurz dostający się do każdej szpary raczej mu nie sprzyjał. Przed wyjazdem czytałem książkę W. Cejrowskiego 'Wyspa na prerii'. Preria to to samo co step, ale Amerykanie zawsze muszą nazywać rzeczy po swojemu. Wśród wielu historii pisał o pyle, który dostawał się wszędzie. 'Co on tam wie, kurz jest nawet w Polsce, nic w tym nadzwyczajnego' - myślałem. Teraz już wiem. Pył stepowy faktycznie wchodzi wszędzie. To nie jest zwykły kurz. To kurz - ninja. Wedrze się do auta pomimo zamkniętych okien i do ust pomimo zaciśniętych warg. Po kilku dniach miałem pył we włosach, uszach i nosie. Czasami czułem go też w środku głowy. Jak widzicie mój aparat z centymetrową dziurą miał nikłe szanse na przetrwanie. Druga usterka była gorsza. Urwał mi się jeden pasek w plecaku. Cały ciężar wylądował na jednym ramieniu, co nie należało do przyjemności. Aparat naprawiłem taśmą, a plecak kawałkiem sznurka. Na razie musiało wystarczyć. 

Wracam do dalszej podróży. O dziwo sporo kierowców podwoziło mnie i rozumieli, że nie chcę płacić. Oczywiście były to podwózki po parę kilometrów. Dotarłem do miejscowości Erdenet. Znajduje się tam kopalnia miedzi, która jest w pierwszej dziesiątce największych kopalni odkrywkowych na świecie. Mongolia jednak coś produkuje, w dodatku produkcja ta podobno zużywa 50% całego zapotrzebowania na energię tego kraju... Uznałem, że fajnie byłoby takie cudo zobaczyć, ale niestety nie dane mi to było z powodu licznych patroli policji. Pewnie więcej ludzi miało taki pomysł. Złapałem więc kolejny transport. Kierowcy w Mongolii mają zwyczaj nachalnego podawania swojego numeru i żądania mojego. Nie mam pojęcia, czy chwalą się później ilością zagranicznych kontaktów, ale mi to odpowiadało. Zapisywałem każdego z nich pod nazwą danej miejscowości. Kiedyś może się przydać. Tym razem nowy nieznajomy nie tylko wziął numer, ale też zaoferował, że mogę się u niego przespać. Była dopiero 17, więc po krótkim wahaniu podziękowałem. Kolejny powiedział, że jedzie tylko 20 km, za to był niezwykle pomocny. Wyprzedzał wszystkie samochody i będąc na ich wysokości trąbił na całego. Następnie otwierał okno i wykrzykiwał kilka słów, z których rozumiałem tylko Bulgan, czyli mój kolejny cel. Jednym słowem szukał mi kolejnej podwózki. Któraś z kolei ciężarówka zatrzymała się i ładunek został przerzucony. Oczywiście nastąpiły kolejne migowe próby dogadania się. Liczyłem, że dotrę do Bulgan przed zmrokiem, jednak prędkość maksymalna chińskiej ciężarówki sięgała 40kmh, dodatkowo utknęlismy na jakiejś kontroli ładunku. Wylądowałem w docelowej wiosce po ciemku, czyli stało się to czego najbardziej nie lubię. Pożałowalem odmówienia noclegu w Bulgan. Nie ma gdzie rozbić namiotu, stopa nie da się łapać i w dodatku na ulicach krążą tylko podejrzane typy. 'No nic, czas sprawdzić gościnność Mongołów'. Pierwszy dom - pustka, drugi - pilnie strzeżony przez psa, trzeci - sklep! W środku oczywiście wysłali mnie do hotelu. Chciałem rozbić namiot na podwórku, ale z tego co zrozumiałem - nie zgodzili się. Test wypadł słabo. Ruszyłem więc pieszo za wioskę z nadzieją pustych pól na namiot.
Minąłem jakieś auto na poboczu. Machnąłem ręką i uznałem, że i tak się nie dogadam. 10 kroków dalej pojawiła się myśl 'Oj Kotlecie (tak, czasami sam do siebie mówię per Kotlet), za łatwo się poddajesz!' Zawróciłem i z kilku rosyjskich słów, które umieli wywnioskowałem, że jadą prosto do Moron! Mój cel! W dodatku zgodzili się mnie zabrać. 'A widzisz głupi Kotlecie, chciałeś iść dalej'.

Moi wybawcy byli miłym starszym małżeństwem. Zrobili mi miejsce z tyłu, dali chleb do zjedzenia i nakazali, żebym się przespał. Do Moron mieliśmy 350 km, stwierdzili że będziemy za 4 godziny. Wydało mi się to trochę zbyt optymistyczne podejście, ale co tam, ważne że jechałem. Małżeństwo było bardzo sympatyczne, ale problemem było jak zwykle dogadanie się. Miałem też dziwne wrażenie, że nie mają pojęcia gdzie jadą. Droga do Moron w dużej części jest dwiema koleinami ciągnącymi się przez step. Koleiny te mają tendencję do rozdwajania się, skręcania bez zapowiedzi lub kończenia się metrowym uskokiem. W dzień jakoś się jedzie, ale po ciemku było ciężko. Starszy pan przy każdej takiej okazji gorączkowo radził się żony co robić, po czym i tak robił swoje, czyli przejeżdżał najbardziej karkołomną opcją. Na szczęście auto było w miarę terenowe. Mieli jeszcze inne ciekawe zwyczaje. Średnio co 10 minut otwierali wszystkie okna na dłuuugą chwilę. Podejrzewam, że starszy pan już zasypiał i chciał się otrzeźwić, ale na moim tylnym siedzeniu temperatura spadała poniżej zera. Innym sposobem na walkę ze snem był postój co 30 min na szklankę piwa. Piwo polewane było z ogromnej butelki. Oczywiście nie byłem pomijany. Ostatnia ciekawa przypadłość to zatrzymywanie każdego auta z naprzeciwka i pytanie o drogę. Również każda tabliczka z nazwą rzeki lub wioski była wnikliwie zgłębiania, jednak sposób czytania ewidentnie wskazywał, że słyszą o niej pierwszy raz w życiu.
Po dwóch godzinach, patrząc na gpsa, stwierdziłem ze ledwo drgnęliśmy z miejsca. Uznałem, że wolę przejechać tę trasę w dzień, pooglądać widoki, a przede wszystkim najpierw się wyspać. Dookoła pustkowie, mimo to przebąknąłem moim przewodnikom, że chciałbym wysiąść i rozbić sobie namiot. Nie wchodziło to w grę, w dodatku chyba zaczęli mnie uznawać za niespełna rozumu. Jedynym wyjściem było wyskoczenie z auta niczym Jackie Chan, ale po namyśle zrezygnowałem. Ludzie mili, chyba niegroźni, więc jakoś dam radę. W taki wesoły sposób minęło... 6 godzin podróży i nagle stała się pierwsza w nocy. Cały czas mieliśmy kawał drogi do celu. Na którejś z kolei polnej drodze starszy pan wybrał złe koleiny i ku mojej rozpaczy zaczęliśmy oddalać się od drogi. Wreszcie nie wytrzymałem.
- Chyba jedziemy złą drogą...
- Ghrdkaghtrdhf
- Musimy wrócić i odbić w prawo.
- Trhgfrdkytgvsh (tak, mongolski brzmi jakby zapomnieli, że istnieją samogloski)
- Panie, dawaj pan w prawo!!!
Nie było odzewu, mogłem tylko patrzyć jak kropeczka na gpsie oddala się od głównej drogi. Nagle pojawiły się jakieś małe domki i jurty. Moja mapa oczywiście je przemilczała. Wydawało mi się, że para zrozumiała, że coś jest nie tak. Domy się zagęściły, płoty wysokie, więc zaczął się slalom i wybieranie przypadkowych skrętów. Nagle starszy pan zobaczył jakąś otwartą bramę. Dał po gazie i wtarabanił się komuś na podwórko. Zaparkował obok jurty, po czym stwierdził 'Koniec, śpimy tutaj, rano jedziemy dalej' (tłumaczenie z migowego). 'Ocho, no to trafiłem na kompletnych świrów, wcześniej czy później musieli mi się trafić' - pomyślałem. Szybkie rozważanie alternatyw. Szybkie, bo takowych nie było.
- No dobra, to ja sobie namiot tu rozłożę przy jurcie...
- Nie! Za zimno. Śpisz z żoną w aucie, ja poszukam miejsca w którejś jurcie. - A przynajmniej tak to wtedy zrozumiałem.
Nie miałem siły na kłótnie. Wyciągnąłem śpiwór i ułożyłem się na rozłożonych siedzeniach obok starszej pani...
Nocleg 'w drodze'


Uwaga, nadchodzi puenta! Rano obudziły mnie rozmowy. Zdziwiłem się, bo moi kierowcy wesoło rozmawiali z ludźmi z jednego z domków i jurty. Wysłano do mnie dziewczynę mówiącą nieźle po angielsku. Bogu niech będą dzięki! Wszystko mi wreszcie wytlumaczyła. Przede wszystkim powiedziała, że za 2 godziny znajomy jedzie do Moron i mnie zabierze. Ekstra! Starsze małżeństwo okazało się być rodziną ludzi z jurty. Nie byli jedynymi gośćmi. W chatce było już około 30 ludzi i cały czas przybywali nowi. Wszyscy zebrali się tu na... stypę po zmarłym trzy dni temu ojcu dziewczyny, z którą rozmawiałem. Przyznacie, że sytuacja trochę niezręczna. Zazwyczaj wszelkie problemy komunikacyjne załatwiam uśmiechem, ale tam jakoś nie wiedziałem co mam robić. Pomimo okoliczności rodzina była nasłychanie życzliwa. Usadzili mnie przy stoliku na środku i dali śniadanie. Następnie przyszła pora na obiad, a później dokładkę śniadania. Lubię jeść i nabrałem już umiejętności najadania się na zapas, ale to była przesada. Mało nie pęknąłem. W międzyczasie zostałem zaproszony do jurty obok chatki. Starałem się przypomnieć sobie wszystko, czego uczył mnie Jason. Obejść jurtę dookoła przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, spróbować każdej potrawy, po czym usiąść we wskazanym miejscu. Udało się, chyba nikogo nie uraziłem. 

Gospodarze

Prawdziwi mężczyźni

Obowiązkowe fotki z rodziną
Opiszę po krótce obrządki pogrzebowe, których byłem świadkiem. Na honorowym miejscu w pokoju wystawiony jest obrazek z podobizną zmarłego. Oczywiście pięknie przystrojony buddyjskimi ozdobami. Obok stoi małe radyjko z zapętlona muzyką. Muzyka sprowadza się do intonowania jednego zdania, pewnie coś w rodzaju 'Wieczne odpoczywanie...'. Każdy z gości przynosi dary w postaci złotych dzbankow, kielichów i czegoś słodkiego. Wdowa przyjmuje je wszystkie, po czym siada przy obrazie i rytualnie czyści każde z naczyń. Następnie napełnia je czymś, co wygląda jak miód, ale jest palne. Do środka wkłada sznurki, służące jako knoty. Wszystkie słodycze, ryż i olej (nie mam pojęcia czemu akurat on) również układane są przed obrazem. W międzyczasie każdy z domowników odmawia coś na kształt różańca. W buddyźmie wygląda on jak zwykły naszyjnik z koralikami. Zamiast wypowiadania słów każdy koralik jest pocierany kilkakrotnie. Zacząłem mieć wrażenie, że buddyści są trochę leniwi, jeśli chodzi o odmawianie modlitw. Po internetowym doksztalceniu się wiem już, że na wszechobecnych młynkach również wypisane są modlitwy, a kręcenie nimi ma podobno identyczny skutek jak wypowiedzenie jej na głos. To samo tyczy się kolorowych chorągiewek. Spisane na nich mantry wysyłane są prosto do nieba. Spore uproszczenie sprawy... Wracam jednak do naszej stypy.  Po jakimś czasie przychodzi buddyjski mnich i jest podejmowany prawie tak wystawnie jak ja. Następnie odmawiane są modlitwy, na czas których zostałem poproszony o wyjście. Podejrzewam, że są zarezerwowane tylko dla buddystów. Jedna myśl nie dawała mi spokoju. Gdzie jest ciało zmarłego?! Na wszelki wypadek nie zaglądałem do żadnych szaf i kredensow. 
Wnętrze chatki z 'kapliczka' zmarłego

Po dwóch godzinach jedzenia i rozmów na migi przyjechał owy znajomy. Okazało się, że jest to zwykły autobus. Bilet zakupiła mi rodzina i za nic w świecie nie chcieli się zgodzić na oddanie pieniędzy. Na koniec dostałem jeszcze prezenty w postaci soku z aloesu i czereśni w słoiku. Te drugie oczywiście prosto z Polski. Pożegnałem się gorąco z całą rodziną i po kolejnych dwóch godzinach w autobusie znalazłem się w Moron. Miasteczko niesamowicie mi się spodobało. Wreszcie miejsce pełne ludzi, ale  prawdopodobnie ani jednego turysty. Krzyk, wrzawa, przekupki na targu. Azja w pełnej krasie. Z moim plecakiem trochę się wyróżniałem, mimo to polaziłem po wszystkich targach i uliczkach. Następnie spędziłem pół godziny na drodze w stronę Hatgal. W końcu zrezygnowałem. Bynajmniej nie dlatego, że nikt się nie zatrzymywał. Stawał dosłownie każdy, większość jadących w drugą stronę. Pomimo bariery językowej usilnie chcieli mnie zabrać na miejsce. 100km za mniej więcej 200 zł. W dodatku byli niesamowicie natarczywi. Wkrótce zgromadziło się koło mnie około dziesięciu ludzi, kolejni już nadjeżdżali, więc łapanie zwykłego stopa stało się niemożliwe. Byłem zmuszony wrócić na autobus. Złapałem jakiś transport z dostawą do sklepu, który zabrał mnie za 20 zł pod samą chatkę mojego wolontariatodawcy. Po drodze, z racji pięknych widoków co chwilę otwierałem okno i robiłem zdjęcia. Trochę zamrażalem przy okazji wspołpasażerów, jednak zamiast denerwować się na mnie tylko pokazywali co ciekawsze widoki i nakazywali robić więcej zdjęć. Oczywiście mieli ze mnie niezły ubaw. 

Bayara, czyli właściciel farmy i domku w Hatgal, pokazał mi jurtę z moim łóżkiem i powiedział, że jutro pojedziemy na farmę. W jurcie była też Gloria. Gloria jest Chilijką i podróżuje po świecie już 9 lat. W sumie nie nazywa tego już podróżą, to po prostu jej sposób na życie. Oprócz tego poznałem sympatyczną parę z Australii, Niemkę i Japończyka. Wszyscy ruszali następnego dnia na konny trekking nad jezioro. Spędziliśmy miły wieczór z Bayarem, jego żoną i czwórką dzieci. 
Hostel

Z samego rana (no dobra, o 11, po śniadaniu) ruszyliśmy w stronę farmy. Okazało się, że mam udać się na farmę brata Bayara. Telepaliśmy się jego jeepem długie kilometry, po czym nagle zatrzymał się.
- Dalej nie pojadę, za duże dziury. Twoja farma jest tam - popatrzył na mnie i wskazał kierunek jedną ręką - A wasze konie tam - pokazał drugą ręką.
Zabraliśmy więc rzeczy i zaczęliśmy marsz. Poszedłem najpierw z nowymi znajomymi ich pożegnać. Na farmie z ich końmi szczęśliwie spotkałem brata Bayara i razem z nim ruszyliśmy na jego motocyklu w siną dal...

sobota, 18 października 2014

Kotlet nauczyciel

Będzie tylko o jednym dniu z życia Kotleta, ale za to z niesamowicie ciekawym dla mnie doświadczeniem.

Jason, u którego zatrzymałem się w UB i zasiedzialem trochę, bardzo dobrze zna angielski. Z tego powodu, oprócz pracy w wolontariacie, dorabia sobie też ucząc angielskiego w mongolskiej szkole. Pewnego (kolejnego już...) dnia mojego pobytu padło takie pytanie:
- Hej, Matthew (Mateusz jest zdecydowanie za trudnym imieniem dla obcokrajowców), co robisz dzisiaj popołudniu?
- Pomyślmy... Prawdopodobnie... Tak! Nic! - od kilku dni napawałem się po prostu zwykłym mieszkaniaem w Ułan Bator.
- To może byś to przełożył i poprowadził lekcje angielskiego dla dzieciaków w szkole?
Najpierw trochę mnie zamurowało. Dogaduję się po angielsku, ale żeby prowadzić lekcje chyba trzeba trochę większych umiejętności. W sumie nie wiedziałem nawet na jakim oni są poziomie. Jason zapewnił mnie jednak, że gramatyki i ósmego czasu zaprzeszłego nie będę musiał wykładać. 'Po prostu z nimi pogadasz, opowiesz coś, nauczysz słówek'. Łatwo mu było mówić, jak robi to od kilku lat. Jednak w myśl pierwszej rzeczy na liście 'nauczone podczas podróży' zgodziłem się, zanim pojawiły się większe wątpliwości. W końcu uczenie w mongolskiej szkole to doświadczenie, które już raczej się nie powtórzy. Jason poszedł na dwie godziny do pracy, a po jego powrocie mieliśmy ruszyć do szkoły. Zostałem sam w domu. 'No to trza by się chyba jakoś przygotować...' - pomyślałem. Niestety laptop Jasona nie chciał się z jakichś powodów uruchomić, więc nie mogłem przygotować nawet jakichś ciekawych zdjęć. Po raz kolejny uznałem 'jakoś to będzie' i zamiast przygotowań uciąłem sobie drzemkę.

Do szkoły dotarliśmy z 15-minutowym opóźnieniem, ale dzieciaki (przekrój od 12 do 16 lat, więc już nie takie dzieciaki...) grzecznie na nas czekały. Jason przedstawił mnie po czym zostawił na ich pastwę. Wiedząc z doświadczenia, że samym gadaniem nie zasłużę na uwagę, odpaliłem laptopa i pokazałem mapę świata. Oczywiście pierwsze pytanie czy wiedzą co to jest Polska. Ktoś słyszał - nie jest źle. To teraz gdzie leży. 'Gdzieś w Europie'. Też nie najgorzej. Ostatecznie została zlokalizowana jako państwo pomiędzy tą gigantyczną rosyjską plamą na mapie, a Niemcami, o których większość słyszała. Pierwsze cukierki rozdane, uwaga przyciągnięta.



Później postanowiłem opowiedzieć trochę o swoich studiach. Poopowiadalem więc jak to przez pięć lat pilnie uczyłem się jak wybudować most. Równocześnie starałem się wplatać jakie nowe słówka i wyciągać od nich te, które już umieli. Od mostów gładko przeszedłem do środków transportu, tylko po to żeby uświadomić ich że istnieje jeszcze jeden sposób podróżowania, o którym nie mają pojęcia. Nazywa sie autostop. Miałem pewność, że go nie znają bo kilka dni wcześniej bezskutecznie próbowałem wytłumaczyć jego zasady być może ich rodzicom. Oczywiście nie mogłem ominąć najlepszej części podróży, czyli Mojego Miejsca. Było to strzałem w dziesiątkę. Historią przedzierania się przez las, rozbijania obozu i przebywania z dala od ludzi udało mi się zaskarbić ich sympatię. Oczywiście wszystko uwiarygodniłem zdjęciami.

Profesjonalne nauczycielskie rysunki
Czas szybko leciał, więc porzuciłem wizje przeróżnych podróży i zaproponowałem grę. Miałem ze sobą Dobble. Może ktoś z Was zna, to taka prosta gra karciana o bardzo wysokim wskaźniku towarzyszących jej emocji. Była idealna na tą okazję, bo wymagała nazywania przedmiotów. Oczywiście po angielsku, więc najpierw przerobilismy wszystkie niezbędne słowa. Tak jak liczyłem emocje sięgały zenitu, dodatkowo podsycane przeze mnie cukierkami dla zwycięzców. Reszta z półtoragodzinnej lekcji minęła w oka mgnieniu. Na koniec jeszcze wspólna fotka, 'Thank you, teacher' i można było rozejść się do domów. Zaomnialbym. Wesoła gromadka sporządziła dla mnie listę mongolskich dań, których muszę spróbować. Wszystko ładnie spisane po mongolsku,  więc będzie czym machać w jadłodajniach. 


'Hitler' - pupil jednego z uczniów

Myślę, że było to doświadczenie, które będę pamiętał całe życie. Przyznam szczerze, że miałem trochę obaw, ale koniec końców świetnie się bawiłem!  Myślę, że dzieciaki też były zadowolone, sądząc po ich śmiechu, gdy prezentowałem moją wyprawę przez las i odpędzanie węży kijem (w jego charakterze wystąpiła miotła). Możliwość uczenia mongolskich dzieci pewnie już nie powtórzy się w moim życiu, chociaż kto wie...

Pozdrawiam,
Teacher Kotlet 


piątek, 17 października 2014

Przełomowa Mongolia

'Ok, jestem w Mongolii. Fajnie!' Popatrzyłem w lewo - step, w prawo - step, prosto - pusta droga. 'Tiaaa... No to co dalej?' Podrapałem się po głowie i z tego wszystkiego usiadłem na plecaku. Tak mniej więcej zaczął się mój pobyt w tym kraju. Może zanim napiszę co było dalej przytoczę kilka faktów o tym państwie. Wtedy jeszcze nie z wszystkich zdawałem sobie sprawę i dlatego mój pierwszy dzień tutaj był naprawdę ciężki. 

Wrota do Mongolii

Mongolia jest krajem ogromnym. Powierzchnię ma około 5 razy większą niż Polska. Na tej przestrzeni żyje około 2,7 miliona ludzi, czyli tyle ile w Warszawie razem z Krakowem. Dodatkowo z całej tej populacji blisko połowa żyje w stolicy - Ułan Bator. Jednym słowem Mongolia jest jednym z najsłabiej zaludnionych krajów świata. Idziemy dalej. W Polsce narzekalismy, że wybudowano tylko kilka tysięcy kilometrów autostrad. W Mongolii jest około 800km utwardzonych (co nie znaczy, że wszystkie są wyasfaltowane) dróg. Oczywiście wszystkie skoncentrowane są przy stolicy i na trasie przelotowej Rosja - Chiny. W Mongolii, poza stolicą, nie ma czegoś takiego jak posiadanie ziemi. Jeśli jakiś skrawek ci się podoba to po prostu rozkładasz tam swoją jurtę (o nich później), sadzisz zboże (tylko ono ma szansę tu wyrosnąć), wyganiasz krowy, konie i owce na stepy i zaczynasz życie. Gdy ci się znudzi, przenosisz się kilka lub kilkaset kilometrów dalej. Ten 'skrawek' to zazwyczaj 'od tej góry na horyzoncie do tej którą ledwo widać po drugiej stronie'. To nie koniec. W centralnej Mongolii praktycznie nie ma drzew. Gdziekolwiek okiem sięgnąć tylko suche trawy. Nie można więc liczyć na jakikolwiek cień.  Ciężko znaleźć też rzekę, czasem trafi się jezioro z wodą o wątpliwej przydatności do spożycia. Z grubsza już macie przed oczami ten obraz? To teraz postawcie w tej wizualizacji małego Kotleta w jego lekko śmiesznej czapce, czterech warstwach ubrań, z uśmiechem na twarzy i wystawionym kciukiem. Oto moja wizja Mongolii!
Mongoł.

Też Mongoł.

Na początku jednak byłem pełny autostopowego optymizmu, którym napełniła mnie Rosja. Wypatrzyłem na horyzoncie stację i ochoczo ruszyłem w jej stronę. 'Może będzie wifi to zobaczę czy mam u kogo spać w Ułan Bator i wrzucę coś na bloga'. Doszedłem. Wifi może kiedyś założą, na razie byli zajęci pogłębianiem dziury pod drewnianym wychodkiem, bo już trochę się zapchał. Zjadłem część zapasów, wiedząc że najedzony Kotlet od razu inaczej patrzy na świat. Następnie stanąłem przy drodze i zacząłem wypatrywać samochodów. Nie było źle, co jakiś czas ktoś przejeżdżał. Wreszcie zatrzymali się młodzi chłopacy. Bez pytania chcieli brać ode mnie plecak i pakować mnie do środka. Powtórzyłem kilka razy, że nie mam pieniędzy, a gdy w końcu zrozumieli pokiwali głowami, oddali plecak i odjechali w dokładnie w moim kierunku... Mongołowie na wstępie więc mieli u mnie minusa. Przez całą drogę przez Rosję nikt, dosłownie nikt nawet nie wspomniał o pieniądzach. Prosta zasada - i tak jadę, więc czemu ktoś ma mi płacić? No nic, uznałem, że nie będę się uprzedzal. Któreś z kolei auto wreszcie mnie wzięło. "Przecież Ty z jewropy, powinniście zostawiać u nas pieniądze, a nie jeździć za darmo". Zacząłem gadkę o biednym studencie i jakoś przeszło. Miałem szczęście, że kierowca mówił po rosyjsku, później było już tylko gorzej. Kompletnie nie mogłem się dogadać. Wreszcie dojechałem z kimś do miasta Darkhan. Również chciał pieniądze, ale na szczęście nie był natarczywy. Uznałem, że wystarczy na dziś. Znalazłem w przewodniku Lonely Planet całkiem dobrze zapowiadający się hostel, więc postanowiłem zostać i dopiero kolejnego dnia kontynuować tą autostopową gehennę. Nie było mi to dane, ponieważ po godzinnych poszukiwaniach okazało się, że hostel już nie istnieje. Alternatyw zero, w dodatku dzień się powoli kończył, wszyscy dookoła patrzyli na mnie spode łba i uznałem, że nie jest to miejsce, w którym chcę spędzić noc... Kupiłem więc paczkę ciastek na obiad (pierwszy plus - mega tanie jedzenie) i chcąc, nie chcąc musiałem wrócić na główną drogę. 
Na koniu do sklepu? Czemu nie!

Wyjąłem wszystkie pieniądze z portfela i machałem nim przed oczami każdemu kierowcy, który się zatrzymał. Nie było innego sposobu żeby mnie zrozumieli. Stanęło łącznie około 15 aut, każde odjeżdżalo, gdy widzieli mój portfel. Wreszcie jakiś mężczyzna kiwnął, żebym wsiadał. Rozłożyłem się wygodnie przed kilkugodzinną drogą do Ułan Bator. Po dwóch kilometrach zatrzymaliśmy się. Kierowca podwiózł mnie na dworzec taksówek, gdzie czekało juz na mnie kilkunastu chętnych do zarobku na bogatym Europejczyku. Nawet nie miałem już siły im tłumaczyć dlaczego nie chcę jechać, tylko cierpliwie wróciłem na drogę. Byłem już zmęczony, więc wyciągnąłem dawno nieużywaną tabliczkę i napisałem UB. Chciałem narysować przekreślony znaczek ich waluty, ale niestety go nie znałem. Znowu wiele zatrzymanych aut i tyle samo odjeżdżających w siną dal. Moja frustracja na ten kraj wzrastała. Ostatecznie wzięła mnie pewna kobieta. Byłem pewien, że zrozumiała mój brak funduszy, bo pokazała kciukiem do góry. Po jakimś czasie okazało się, że gest ten oznaczał, że zabiera jeszcze jedną osobę po drodze. Oczywiście płaciła ona jak za normalną taksówkę, więc zorientowałem się, że nie zostałem zrozumiany. Postanowiłem jednak zatrzymać ten sekret do Ułan Bator i tam jakoś to rozwiązać. Łatwo nie było. Pomimo pokazania pustego portfela, żądała żebym wyciągnął pieniądze z bankomatu. Pomachałem kartą euro26 i udałem, że innej nie mam. Następnie ładnie podziękowałem i opuściłem samochód. Od razu skierowałem się do hostelu, bo wiedziałem że na kontakt z moim hostem jest za późno. Tym samym zaliczyłem pierwszy płatny nocleg w całej wyprawie. Na miejscu wreszcie odetchnąłem. To był jeden z trudniejszych dni w mojej dotychczasowej podróży...

Kontynuujemy ciekawostki. Tym razem garść o stolicy. Ułan Bator ma dwa rekordy. Jest najzimniejszą i najbardziej zanieczyszczoną (szczególnie w zimie) stolicą świata. Równocześnie życie w stolicy jest bardzo drogie, co generuje sporą ilość bezdomnych. Przez wiele lat procent ludzi zamarzających w zimie na ulicach był ogromny. Miasto znalazło pewne rozwiązanie. Pod ziemią znajduje się ogromna sieć rur ciepłowniczych. Jest tak rozbudowana, że praktycznie tworzy drugą metropolię. Uznano więc, że jest to darmowe miejsce do ogrzania biednych ludzi i kanały w zimie są zwyczajnie otwierane przez służby miejskie. Generuje to inny problem, gdyż ludzie często do tych otwartych studzienek wpadają i robią sobie krzywdę, ale to już sprawa wtórna. Drugi rekord stolicy jest trochę powiązany z pierwszym. W Ułan Bator są całe dzielnice zapełnione jurtami. To takie małe domki w stylu okrągłych namiotów, które można szybko przenieść w razie potrzeby. Porządna, nówka sztuka jurta kosztuje na targu około 10 tysięcy złotych, do tego wystarczy poprosić sąsiada o kawałek miejsca w ogrodzie i już mamy własny dom bez czynszu i dodatkowych opłat. W środku jurty znajduje się mały piecyk opalany drewnem, węglem lub starymi kapciami. I to właśnie źródło niesamowitego zanieczyszczenia miasta. W czasie mojego pobytu, gdy wychodziłem wieczorem z domu, aż dusiłem się od zapachu spalin. Podobno w zimie jest wielokrotnie gorzej. Zanieczyszczone zwykłymi śmieciami są też ulicę. Złośliwi twierdzą, że Mongołowie, jako lud koczowniczy, pewnego dnia po prostu przeniosą swoją stolicę gdzie indziej i w ten sposób nie będą musieli sprzątać.
Miasto i dzielnice jurt

Jeszcze jedna dygresja. Wspominałem o planach na Mongolię. Od francuskiej pary z Irkucka dowiedziałem się o ciekawej pracy oferowanej w workaway.info (strona z pracami w ramach wolontariatu we wszystkich zakątkach świata). Dwa dni drogi od stolicy znajduje się jezioro Khovsgol. Jest to podobno najpiękniejsze miejsce w Mongolii. Bardzo chciałem tam pojechać, ale nie miałem pomysłu na noclegi, gdyż w namiocie mogłoby już być za zimno. Niesamowitym zrządzeniem losu okazało się, że właśnie nad tym jeziorem jest pewna farma, na której potrzebują pomocy. Praca polega na opiece nad zwierzętami, pomocy w domu i przy gromadce dzieci. W zamian dostaje się spanie i jedzenie, czyli dokładnie wszystko, czego mi potrzeba. Wysłałem zgłoszenie i pisząc to jestem już na 90% pewny, że wszystko wypali. Po kilku dniach w stolicy ruszam więc na wioski. Prawdopodobnie spotkam się tam z francuską parą i Hiszpanem, których poznałem w Irkucku.
Wallmarta nie ma ale jest Wellmart

Decathlon w Mongolii (tak, jeden pokój)


Wracam do Ułan Bator. W hostelu zostałem aż do godziny 13 następnego dnia. Spotkałem tam starszego Holendra, podróżującego po Mongolii już miesiąc. Odbyłem z nim niesamowitą rozmowę, poruszającą wiele wątków dotyczących nie tylko podróży. Oczywiście nie mogę zanudzić Was jej streszczeniem, ale napiszę o jednej rzeczy. Żaliłem mu się, że Mongołowie chcą pieniądze za podwiezienie mnie. Wytłumaczył mi to w ten sposób: "U nich jest oczywiste, że każdy samochód działa jak taksówka. Gdy byli mali mama brała ich do miasta machając samochodom i płacąc kierowcom. Teraz sami robią to samo. Są do tego po prostu przyzwyczajeni". Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że nie można być złym na kogoś tylko dlatego, że jest inaczej wychowany. Nie można też wchodzić z buciorami do jego kraju i wymagać, żeby przyjął twoje zasady. Co najwyżej można przedstawić mu je i zaproponować żeby się na nie zgodził. Jeśli nie - trudno. Jego kraj - jego prawo. W ten sposób zabiłem w sobie lekki gniew na Mongołów i z nowym, pozytywnym nastawieniem ruszyłem na miasto. To był pierwszy przełom. Jakby na potwierdzenie tych myśli, zjawili się życzliwi ludzie. Najpierw jakiś chłopak, widząc mój plecak, zapytał czy mi nie potrzeba pomocy albo przewodnika po mieście. Później pani w siedzibie sieci komórkowej cierpliwie mnie znosiła, pomimo że wracałem tam chyba trzy razy (tym razem dostałem 2 GB w sieci 2.5G cokolwiek to znaczy. Tak czy inaczej wątpię, żeby działało gdziekolwiek poza stolicą). Później spotkałem się z moim hostem. Jason to Hindus pracujący od roku na wolontariacie w Mongolii. Większość rzeczy dotyczących tego kraju dowiedziałem się właśnie od niego. Jest niesamowicie życzliwy, w dodatku świetnie gotuje. Opowiadał mi też mnóstwo rzeczy o Indiach. Podobno w jego kraju życie jest około 5 razy tańsze niż w Mongolii. Biorąc pod uwagę, że dla mnie tu i tak jest tanio to tam chyba jedzenie rozdają za darmo... Hindusi uwielbiają jeść gigantyczne porcje. Nazywają siebie nawzajem 'mountain climbers' co nawiązuje do ogromnej góry jedzenia na talerzu. Spożywając powoli wspinasz się na szczyt. Najczęściej do jedzenia używają rąk, ewentualnie łyżki. Uwielbiam to podejście, bo sam jestem fanem jedzenia wszystkiego łyżką. Te i wiele innych historii spowodowały, że uznałem ten kraj za wspaniałe miejsce na Ziemi. Hmmm...
Mój host host w swoim zywiole

W międzyczasie do UB (nikt nie bawi się tutaj w wymawianie całej nazwy) dotarł Hiszpan Andreu, którego poznałem w Irkucku. Kolejnego dnia połaziliśmy więc razem po mieście i zwiedziliśmy buddyjską świątynię z gigantycznym posągiem. Andreu miał lekkie problemy z wizą chińską, więc nasze wspólne plany na pracę na farmie trochę się oddaliły.

Andreu i Kotlet





 Później odwiedziłem jeszcze Narantuul Market, czyli jeden z największych targów w całej Azji. Spędziłem tam dwie godziny, a mam wrażenie że nie przeszedlem nawet połowy alejek. Niesamowite miejsce. Żywe zwierzęta, rękodzieła, antyki, części samochodowe, rowery, wyposażenie kuchni, meble do domu, łóżka, materiały budowlane, ubrania, dywany, buty, jurty w całości i na części to tylko garstka przykładów rzeczy, które można tam kupić. Oczywiście wszystko pod otwartym niebem. Z tego całego bałaganu zakupiłem sobie mongolską łyżkę do oblewania się mlekiem...
Narantuul Market



Wieczorem urządziliśmy u Jasona wieczór polski w indyjskim domu w Mongolii z jego przyjaciółmi ze Stanów i Słowacji. Niezła mieszanka. Moj host jest wegetarianinem, więc zaserwowałem placki ziemniaczane z deserem w postaci jabłek w cieście (lub jak kto woli racuchów). Owoce i warzywa było ciężko dostać, ale udało się. 

Polska uczta


Ok, jeszcze jedna dygresja, obiecuję ze ostatnia. Mongolia praktycznie nic nie produkuje, bo zwyczajnie nie ma z czego. Niewiele tu rośnie, a to co uda się wyhodować ludzie od razu zjadają. Większość produktów w sklepach pochodzi z importu. Skutkiem jest sprzedaż w większości przeterminowanej żywności. Nie mając wielkiego wyboru jadłem rzeczy teoretycznie zepsute od miesiąca do pół roku temu. Żyję i mam się dobrze, choć do spleśniałego chleba ze sklepu jeszcze się nie przekonałem. Patrząc na półki można zauważyć, że jednym z największych eksporterów żywności jest... Polska. Czułem się tu jak u siebie. Najbardziej cieszyła mnie obecność polskich słodyczy, w szczególności moich ulubionych 'Korsarzy'. To takie draże czekoladowe drugiej albo i trzeciej kategorii, które uwielbiam. W Polsce nie cieszą się powodzeniem, tutaj natomiast można je kupić w każdym sklepie, kiosku i u babuszek na ulicach. Z racji trudnej nazwy mówią na nie 'Ali Baba'. Wreszcie ktoś oprócz mnie poznał się na nich!  





Rano pospałem oporowo,  ale ostatecznie wygramoliłem się na miasto i poszedłem do drugiego, a zarazem chyba ostatniego miejsca wartego zobaczenia w UB. Pałac zimowy, jak wszystkie zabytki, zyskał na tym, że praktycznie nie było w nim turystów. Siadłem na ławce i jedząc drożdżowke z jajkiem zadumałem się nad egzotyczną dla mnie architekturą. Fajnie zobaczyć coś kompletnie odmiennego od europejskich gotyków i późnego rokokokoko. Wracając zastanawiałem się nad najbliższymi dniami. Miałem zostać w UB dwa dni, a właśnie mijał dzień czwarty. Bardzo dobrze mieszkało mi się u Jasona, więc uznałem, że zostanę jeszcze dwa dni i w sobotę wyruszę ze stolicy. Plusy braku wizy do Mongolii - mogę spędzić tu tyle czasu, ile mi się podoba. 

Wieżowce z widokiem na zabytek

Wieczorem Jason ugotował dania indyjskie. Poprosiłem, żeby nie stosował taryfy ulgowej w sprawie przypraw. Musiałem przygotować się na ostre jedzenie w Chinach. Nauczyłem się też jedzenia rękami po indyjsku. Wbrew pozorom nie jest to takie proste! Mój host oprócz umiejętności kulinarnych, ma też umiejętność jedzenia ogromnych ilości jedzenia. Zawsze zjadaliśmy wielkie porcje, posiedzieliśmy chwilę i padało pytanie 'Druga runda?'. Naprawdę mamy ze sobą dużo wspólnego...
Kotlet je ręcyma

Kotlet je dużo

Na koniec o tytułowym przełomie. W Ułan Bator, u Jasona, po raz pierwszy zrozumiałem, że ta podróż nie jest czymś w rodzaju wyjazdu z domu i odpoczynku. Zwyczajnie poczułem, że sama podróż może być moim domem na jakiś czas. Nie potrzeba mi jednego miejsca, codziennie mogę być gdzie indziej, ale w każdym z tych miejsc czuję się jak u siebie. Można powiedzieć, że zadomowiłem się w podróży. Uporządkowałem sobie plecak, zorganizowałem w nim miejsce na każdą rzecz, gdy spałem w namiocie miałem już kilka rzeczy, które służyły mi za mini mebelki, prawie codziennie sprawdzałem wiadomości z Polski, a gdy byłem u kogoś w domu oglądałem sobie amerykańskie filmy... Jak w domu. W podróży zazwyczaj ma się jakiś cel. Wtedy poczułem, że takiego celu tak naprawdę nie potrzebuję. Ciężko to wytłumaczyć, ale czułem się naprawdę dobrze. Nie wiem jak długo ten stan potrwa, wiem natomiast że dopóki nie minie, nie będę chciał wracać...

wtorek, 14 października 2014

Kotlet po rosyjsku - podsumowanie

Spędziłem w Rosji miesiąc. Jak na jeden kraj to teoretycznie dużo. Biorąc jednak pod uwagę jego rozmiary to trochę tak jakby przejechać Europę w miesiąc. Jechałem autostopem i pociągiem, nocowalem u ludzi w domach i samochodach, spotykałem ich na górskich szlakach i w miejskich dzunglach. Nie dało się nie poznać mieszkańców tego państwa, nawet jeśli bym tego nie chciał. A chciałem. Wypada więc napisać kilka słów o moich spostrzeżeniach. Nie chcę jednak skupiać się na tym, o czym można poczytać w szeroko pojętych internetach. Niezależnie od tego czy to prawda (jak chociażby używanie rejestratorów jazdy) czy fałsz (jak picie na umór). Napiszę o moich własnych obserwacjach tych poważnych i tych trochę śmiesznych. 

Fakt 1.
Rosjanie kochają swój kraj. Widać to szczególnie w samochodach. Bardzo dużo flag i symboli narodowych. Inny przykład: każdy, nawet podwórkowy sportowiec musi mieć koszulkę z napisem 'Russia'. Od tych kompletnych początków kariery dla samego siebie jest reprezentantem Rosji. Można znowu spłycić i powiedzieć 'propaganda'. Osobiście chciałbym jednak takiej 'propagandy' w Polsce, gdzie ludzi trudno zmusić do wywieszenia flagi na Święto Narodowe, a rządzących - do flagi na Wawelu...

Fakt 2.
Rosjanie kochają swojego prezydenta. Tu od razu uściślam - nie wszyscy. Ale nawet ci 'niekochający' mówią o nim 'ani zły ani dobry'. Otwarcie nienawidzą natomiast Jelcyna, który 'sprzedał ich kraj hamerykańcom'. Wszyscy mówią, że Rosjanie fałszuja wybory, a mi się wydaje że wcale nie muszą. Nie mówię, że to dobre, bo to już pewnie efekt faktycznej propagandy. Z drugiej strony przyjemnie musi żyć się w kraju, gdzie nikt nie narzeka na rząd...

Fakt 3.
Problemy Rosji. Pewien kierowca powiedział mi, że takowe są dwa: głupcy i wojny. Ja bym trochę zmienił tą tezę i powiedział: głupcy i wojny głupców. Dlaczego? Ano dlatego, że wojny nie dotyczą wszystkich. Na Syberii młody chłopak przy okazji tematu Ukrainy podsumował: 'Siedź u nas,  tu jest bezpiecznie. Jeszcze żadna wojna nas nie dosiegnęła, więc nie mamy powodu się tym przejmować'. Natomiast głupców faktycznie widać, szczególnie na drogach. 'Rosjanie giną na drogach jak muchy' - J. Hugo-Bader. 

Fakt 4.
Rosjanie na Syberii są przyzwyczajeni do mrozów. Faktycznie kilka osób potwierdziło,  że u nich 25 stopni mrozu to odwilż i wszyscy ściągają czapki. Jako przeciwwagę uwielbiają jednak ciepło w samochodach. Grzeją nieubłaganie, zazwyczaj do około 30 stopni. Gdy wsiadałem do aut, różnica temperatur rzędu 35 stopni była zabójcza. Kończyło się na katarze i przeziębieniu, ale spokojnie można by nabawić się zapalenia płuc. 

Fakt 5.
Rosjanie wyglądają młodo. Wielokrotnie się na tym łapałem. Mamy dwójki dzieci wyglądające jak nasze gimnazjalistki, kierowcy o twarzach dzieci, babuszki ze skórą niemowlaka. Mistrzynią była żona brata Nastii w Ułan Ude. Wziąłem ją za moją rowiesniczke po czym okazało się że moim rówieśnikiem jest jej syn... Może ten mróz ich tak konserwuje, nie wiem. 

Fakt 6.
Rosyjskie kobiety. Naraziłbym się wielu moim kolegom, gdybym nie napisał o tym temacie choć kilku zdań. Zdań oczywiście subiektywnych. Otóż Pan Bóg w Rosji, jeśli chodzi o urodę,  był niezwykle niesprawiedliwy. Kobiety są albo skrajnie piękne albo skrajnie brzydkie. Nikogo pośrodku. Na szczęście tych pierwszych jest więcej. Nie wiem dlaczego, ale głównie w miastach. Delikatna uroda, piękne uśmiechy i długie włosy. Wbrew stereotypom nie ubierają się jak panie lżejszych obyczajów. Choć spódnica zawsze musi być, nawet gdy trzaska mróz. Generalnie jeśli ktoś szuka żony to polecam Rosję. Trochę żałuję że nie jestem typem szybkiego kochanka, bo może zdążyłbym się zakochać i odkochac w ciągu tej miesięcznej wizy. Te mniej urodziwe spotykałem częściej w wioskach i pociągach. Nie wiem dlaczego. Niezależnie od urody kobiety są bardzo serdeczne i pomagały mi dużo chętniej niż mężczyźni. No może oprócz autostopu, ale tu akurat trudno się dziwić. 

Fakt 7.
Rosyjscy faceci. Nie jestem fanem męskiej urody, więc wypowiadał się nie będę. Zauważyłem jednak jedną rzecz. Uwielbiają oni swoje grzywki. To taka typowa rosyjska fryzura - całość na krótko, a grzywka zapuszczona do pół czoła. W Polsce gdy facet patrzy w lustro zazwyczaj rozczochruje lekko fryzurę, tworząc 'artystyczny nieład'. Tutaj odwrotnie. Przechodząc obok witryny sklepowej włosy są z czułością gładzone, ze szczególnym naciskiem na grzywkę. Gdy ta staje się niesforna, stosuje się naturalny żel w postaci śliny. 

Fakt 8.
Było o kobietach, było o facetach to teraz o nich razem. Rosjanie uwielbiają publicznie okazywać swoje uczucia. Całowanie się, trzymanie za pupę swojej wybranki i czułe słówka,  które słyszą wszyscy obok to tylko czubek góry lodowej. W metrze, autobusach, bibliotekach i sklepach. Wszędzie. Mistrzami była dla mnie para w Kunstkamerze w Petersburgu. Czułe całowanie sie przed gablotą z ludzkimi płodami? Czemu nie.

Fakt 9.
Rosjanie mają skłonność do 'zawieszania się'. Najczęściej ma to miejsce w metrze i autobusach, jednak równie dobrze może to być w czasie jedzenia czy odpoczynku. Wybierają sobie przypadkowy obiekt, zawieszaja się i cyk!, już ich nie ma. Wędrują myślami po odległych krainach. Jako że byłem obiektem wyróżniającym się, często stawalem sie ich celem. W szczególności upodobali sobie mój wielki plecak. Ileż to razy oglądałem go z wszystkich stron czy wszystko z nim w porządku, bo przecież ktoś wpatrywał się w niego pół godziny...

Fakt 10.
Niedopijanie wódki. Wspomnieć o alkoholu muszę,  choć nie widziałem go w Rosji tak dużo, jak się spodziewałem. Tak czy inaczej Rosjanie nienawidzą zostawiać otwartej butelki wódki. To samo tyczy się resztek trunku w kieliszku. Gdy już naprawdę nie mogą wypić więcej przelewaja cała zawartość do tzw. przepitki (zawsze, ale to zawsze musi to być woda) i traktują to jako napój bezalkoholowy. Jeśli proporcje były powyżej 1:1 na rzecz alkoholu - zdarzy im się skrzywić. 

Fakt 11.
Rosjanie kochają mikrofalowki. Brzmi głupio, ale to prawda. Nie chodzi bynajmniej o używanie ich w domach. W każdym barze i restauracji przynajmniej jedna mikrofalówka musi być na widocznym miejscu. Nikt nie kryje się z tym że wszystkie dania są przygotowywane w ten sposób, wygląda na to że jest to wręcz powód do dumy. Mało tego. Urządzenie to znajduje się również w każdym szanujacym się sklepie. Na początku dziwilem się, że pani sklepowa pyta po zakupie chleba lub drożdżówki czy 'podgrzać'. Później już sam o to prosiłem, żeby bardziej wtopić się w rosyjski tłum. 

Fakt 12. - Najważniejszy.
Rosjanie i kotlety. Te z małej litery. Powiadam Wam: Rosjanie nie wiedzą co to prawdziwy kotlet! Ryzykowałem dwa razy. Raz dostałem coś na kształt klopsa, a za drugim - mięso luźno nawiązujące do sznycla. Jako nomen omen Kotlet jestem tym faktem zniesmaczony. Trzeba w jakiś sposób uświadomić ten kraj, jakim wielkim dobrem jest zwykły kotlet schabowy.
Zaobserwowałem jeszcze mnóstwo mniejszych i większych przywar Rosjan, jednak nie sposób o nich wszystkich napisać. Generalnie mój zachwyt Rosją z pierwszego posta o tym kraju nie zmniejszył się. Przerodził się natomiast w bardziej dojrzałe uczucie, świadome wszystkich wad i zalet drugiej strony. Rosja jest piękna. Rosjanie to wspaniali ludzie. Nie zmienią tego takie, czy inne działania polityków. 

Chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić, ale póki co jadę dalej. Powieje patosem, mimo to przytoczę pewien cytat.  'Spróbuj w życiu wszystkiego i dopiero wtedy wybierz, gdzie chcesz żyć i co chcesz robić'.